Czy psychoterapia w dojrzałym wieku ma sens?

Czy psychoterapia w dojrzałym wieku ma sens?

Nieszczęśliwe dzieciństwo, nieudane małżeństwo. Mobbing, utrata pracy, depresja. Rak.
Pani Elżbieta (lat 60), nasza czytelniczka, opowiada o swoim życiu, próbach walki z przeciwnościami losu i psychoterapii, która pomogła jej odnaleźć spokój, akceptację siebie i nadała nowy sens wszelkim działaniom.

Dopiero w późniejszym wieku dowiadujemy się, co nas spotkało w młodości. Mądrość jest tylko w prawdzie. Johann Wolfgang Goethe

Czy psychoterapia w dojrzałym wieku ma sens? Zadawałam sobie to pytanie wielokrotnie. Szukałam potwierdzenia u profesjonalistów, ale nadal miałam wątpliwości. Z drugiej strony potrzeba pomocy była silniejsza. Już na pierwszym spotkaniu usłyszałam, że terapia jest konieczna, ale ze wskazaniem na terapię grupową. Było to dla mnie nie do przyjęcia. Nie wierzyłam, że się otworzę i będę w stanie opowiadać o sobie obcym ludziom, na pewno młodszym ode mnie i różnej płci. Internet jest pełen anonsów o możliwości terapii do 40 roku życia. Mnie wybiła sześćdziesiątka, czy więc jeszcze warto? W desperacji zadzwoniłam nawet do księdza, którego znałam z prowadzenia programu telewizyjnego „Rozmównica” na kanale „Religia”. Ksiądz ten jest dla mnie autorytetem. Byłam mu wdzięczna, że oddzwonił, rozwiał moje wątpliwości i pomógł podjąć ostateczną decyzję. Bardzo ważny był też dla mnie wybór prowadzących terapię. Jestem katoliczką, toteż chciałam, aby w proponowanych rozwiązaniach nie było rozdźwięku. Ku mojemu zadowoleniu i w tej kwestii ksiądz mnie uspokoił, podkreślił też profesjonalizm prowadzących. Pozostał mi tylko jeszcze jeden krok. Potwierdzenie deklaracji. Co też uczyniłam.

Trudne, smutne życie
Co skłoniło mnie do szukania pomocy? Myślę, że zebrało się tego dużo po drodze przez całe moje smutne życie. Wychowywałam się w rodzinie, w której panowała przemoc. Byłam niechcianym dzieckiem. Rodzice po trudnych przejściach obozowych bili mnie i moją starszą siostrę. W domu panowała atmosfera strachu. Ojciec był alkoholikiem. Za niedopilnowanie pracy trafił na wiele lat do więzienia. Nie było pieniędzy na życie. Czułam się gorsza od innych, niedowartościowana. Mimo że zdobyłam wykształcenie, uzyskując wysokie wyniki, nadal nie wierzyłam w siebie. Mama zachorowała na raka. Miała przerzuty. Wyszłam za mąż za człowieka, który nie powinien się żenić. Rozstaliśmy się po trzech miesiącach. Otrzymałam orzeczenie o nieważności małżeństwa. Mama zmarła. Od tej pory moja siostra poczuła się za mnie odpowiedzialna, myślę, że aż za bardzo. Po śmierci mamy, kiedy zakończyłam remont, właściciel domu polecił mi, abym poszukała innego mieszkania, uznając, iż to jest za duże. Czekały mnie więc kłopoty ze znalezieniem mieszkania i przeprowadzka do mniejszego lokalu.

Praca ucieczką od życia
Oddałam się całkowicie pracy. Niestety, trafiłam na szefa tyrana, który bardzo źle traktował ludzi. Kiedy stanęłam w ich obronie, zgotował mi mobbing. Nikt nie zareagował. Wpadłam w depresję. Na szczęście w niedługim czasie mogłam odejść na emeryturę. Podjęłam nową pracę. Kiedy wydawało się, że wszystko zaczyna się układać, okazało się, że mam raka. To była kropka nad i. Nie chodziło tu o chorobę. Tłumaczyłam sobie, że przeżyłam swoje lata, że nie zostawiam dzieci, ale łzy nie przestawały lecieć. Rak był tą kroplą, która przelała czarę goryczy. Wówczas poczułam, że nie poradzę sobie sama, że powinnam skorzystać z pomocy specjalisty.

Lęk przed terapią grupową
Otrzymałam decyzję o zakwalifikowaniu się na terapię i terminy zjazdów, po czym z niepokojem wyobrażałam sobie, jak to będzie. Po przyjeździe wszystko było dla mnie nowe i tajemnicze. Nuciłam sobie nawet piosenkę „Co ja tutaj robię”, ale o wycofaniu się nie myślałam nigdy. Szybko przekonałam się, że trafiłam do bardzo doświadczonych pań prowadzących i zaufałam im bez reszty. Co do grupy, potwierdziło się, że jestem nieco starsza, ale nikt nie dawał mi tego odczuć. Stworzyliśmy grupę, w której każdy każdemu mógł zaufać, liczyć na szczerość i czuć się jak w rodzinie.
Terapia pozwoliła mi zobaczyć siebie w prawdzie. Moje użalanie się nad sobą, wracanie do przeszłości i sprawianie, aby inni litowali się nade mną biedną, skrzywdzoną przez los. Przy tym mówienie przez łzy, głosem cierpiętnicy, która chyba zaraz z żalu uschnie. Widziałam też, jak to denerwowało innych. Grupa była dla mnie lustrem, w którym mogłam się przejrzeć.

Niewiara w siebie i w dobre intencje ludzi
Innym razem dostrzegłam, jak zabiegam o akceptację u innych, wychodząc naprzeciw ich potrzebom, aby mnie lubili, bo tak wypada, a nie z potrzeby serca. Zobaczyłam też, jak inni manipulują mną. Moje liczne zranienia spowodowały, że nie tylko nie miałam zaufania do ludzi, ale byłam w stosunku do nich podejrzliwa, snułam domysły co do ich intencji.
Nie można pokochać innych, kiedy nie kocha się siebie, a ja siebie nie kochałam. Widziałam w sobie nieudacznicę, która do niczego się nie nadaje, której nikt nie lubi. Byłam krytyczna w stosunku do siebie i do innych. Bardzo surowa dla siebie, bez żadnej taryfy ulgowej, mimo że niejedno w życiu mi wyszło. Nikt mnie nie chwalił. Nie czułam się atrakcyjną kobietą, ale bardzo przeciętną. Na terapii usłyszałam tyle miłych słów pod swoim adresem, że nie od razu w nie uwierzyłam. Włączył się mój zmysł podejrzliwości. Myślałam, że muszą tak mówić, aby nas podnieść na duchu. Wywoływało to nawet niezadowolenie u drugiej strony, że im nie dowierzam, a może domagam się przez to potwierdzania swoich walorów. Dopiero kiedy podobne rzeczy zaczęłam słyszeć w pracy, gdzie nikt nie wiedział, dokąd jeżdżę, zaczęłam powoli je przyjmować i dostrzegać. Zrozumiałam też, że jestem dziełem Boga, a więc nie mogę być bublem.

Wdzięczność i akceptacja
Jestem wrażliwą osobą, łatwo się wzruszam, ale już nie płaczę nad sobą. Mimo przebytych operacji czuję, że jestem kobietą zadbaną i mogę się podobać. Zdałam sobie też sprawę z potencjału, który posiadam, z którego czerpię ja i inni, i za który powinnam dziękować. Znam swoją wartość. Mam więcej pewności siebie. Częściej jestem uśmiechnięta i zaczynam uczyć się cieszyć. Nie jestem ideałem i zdaję sobie sprawę z tego, że nie zawsze wszystko mi wyjdzie, ale nie chcę być dla siebie tak surowa, jak dawniej.

Ocena terapii
Decyzja o terapii grupowej okazała się słuszna. Tylko funkcjonując w grupie, można uczyć się relacji z ludźmi, pozbywać się egoizmu, dostrzegać, że inni też mają problemy, okazywać im empatię i czuć się odpowiedzialnym za innych. Cieszyć się ich zwycięstwami i wspierać w trudnych chwilach.
Terapia była ciężką pracą nad sobą, wymagającą zawierzenia i samozaparcia, ale pozwoliła mi odnaleźć samą siebie w prawdzie i żyć w wolności. Dlatego warto ją podjąć w każdym wieku, aby cieszyć się życiem. Jestem wdzięczna wszystkim, którzy mi pomogli w podjęciu decyzji o terapii i wspierali mnie w jej trakcie, ale przede wszystkim jestem wdzięczna prowadzącym, za ich profesjonalizm. Tym, którzy nie są przekonani co do słuszności korzystania z pomocy psychologów i psychoterapeutów powiem: uwierzcie, naprawdę warto, trzeba tylko dobrze wybrać.

Elżbieta (Na życzenie bohaterki imię zostało zmienione.)

Nadesłane przez Czytelnika

Czekamy na Twoją historię pod adresem: biuro@mediasenior.pl lub Gazeta Senior, ul. Kościuszki 35 C, 50-011 Wrocław

Słowa kluczowe

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany