Daj mi, Boże, trochę zdrowia i koncertów

Krystyna Giżowska, znana i bardzo popularna piosenkarka, która zadebiutowała w 1976 r. i rok po roku zbierała nagrody na najważniejszych polskich i zagranicznych festiwalach, nadal koncertuje. O muzyce, miłości, pasjach oraz historii największego przeboju „Nie było ciebie tyle lat” opowiada w rozmowie z Magdą Wieteską.

Krystyna Giżowska

Magda Wieteska: Pani Krystyno, gdyby nie muzyka, co by Pani dziś robiła? Jaką ścieżkę kariery – czy również artystyczną – wybrałaby Pani?
Krystyna Giżowska: Muzyka to jest to, co kocham. Nie myślałam nigdy o tym, co by się stało, gdybym nie mogła śpiewać. Chociaż mój tata bardzo dbał o to, bym zdobyła dobry, stabilny zawód. Skończyłam więc technikum ekonomiczne, kierunek handel wewnętrzny i nawet przez chwilę pracowałam w biurze. Więc gdyby się tak zastanowić, że jednak nie muzyka, to może pracowałabym w jakimś sklepiku?

M.W.: Może w sklepiku z butami? Nie ukrywa Pani w wywiadach, że lubi Pani buty.
K.G.: Kocham buty! Problem mam tylko z tym że ich nie niszczę, w związku z czym mam strasznie dużo butów. I nie umiem wyrzucać czegoś, co jeszcze jest dobre. Śmieję się, że widocznie chodzę jak kot.

M.W.: Co jeszcze Pani lubi, a czego nie? Podobno nie lubi Pani słuchać własnych piosenek.
K.G.: Tak, to prawda. Widzę wtedy wszystkie niedociągnięcia i zawsze wydaje mi się, że mogłam to zaśpiewać lepiej. Nie lubię się też fotografować, nie lubię narzekających ludzi i nerwowych sytuacji wokół siebie. Ale wolę mówić o tym, co lubię: przede wszystkim ludzi z pasją, bo sama taka jestem.

M.W.: W pracy poznała Pani męża, który jest akustykiem i Pani menadżerem. Od razu zaiskrzyło?
K.G.: Nie, nie od razu. Kiedy poznałam Wojtka, byłam już bardzo dorosłą kobietą i ostrożnie zawierałam znajomości z facetami. Najpierw połączyła nas nić przyjaźni, a zaczęło się od dobrych kaw. Z czasem zauważyliśmy, że to znajomość nie tylko kawowa. Już 32 lata jesteśmy razem, łatwo mi policzyć, bo nasz syn ma 31 lat.

M.W.: À propos syna. Podobno odziedziczył po rodzicach muzykalność.
K.G.: Tak, jest uzdolniony muzycznie, ale wybrał inną drogę życiową. Długo chodził na lekcje pianina, ale nie chciał być zawodowym muzykiem. Na początku próbowałam na niego wpłynąć, ale potem zrezygnowałam. Spełnia się w swojej branży i to jest najważniejsze. Choć muzyka towarzyszy mu ciągle – słucha ciekawych, rozwijających rzeczy.
Myślę, że duży wpływ miał na niego rodzinny dom, nasz dom, który zawsze był otwarty dla wszystkich muzyków i nie tylko (mamy studio nagraniowe w domu). A ja uważam, że muzyka nie tylko łagodzi obyczaje, ale i bardzo uwrażliwia.

M.W.: Pamięta Pani swoje początki przygody z muzyką? Jeszcze zanim rozpoczęła Pani karierę na estradzie?
K.G.: Za moich czasów bardzo prężnie działał ruch amatorski. Ogniska muzyczne, domy kultury, warsztaty muzyczne – one bardzo wspierały młodych ludzi, choć za występy na tych scenach nie dostawało się pieniędzy. Ale ja tak mocno parłam w stronę muzyki, że w ogóle mi to, że nie zarabiam na śpiewaniu, nie przeszkadzało. Chociaż nie liczyłam wtedy, że będę się spełniała w tym, co kocham.

M.W.: I przy okazji koncertów spełni Pani swoją kolejną pasję – podróżowanie. Zwiedziła Pani niemal całą Europę, Stany Zjednoczone, Afrykę, Azję. Kiedyś powiedziała Pani, że nie była jeszcze we Włoszech. Czy ta podróż nadal jest przed Panią?
K.G.: Tak, za to dwa lata temu, podczas koncertu z okazji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, udało mi się zobaczyć Grecję – moje ukochane Ateny i Akropol. Kocham historię starożytną, geografię. Ale z tą całą Europą to przesada – proszę sobie wyobrazić, że nie byłam jeszcze w Londynie, a w Paryżu, gdzie pojechałam z koncertem, byłam zdecydowanie za krótko.

M.W.: Czy któryś z licznych koncertów szczególnie utkwił w Pani pamięci?
K.G.: Tak, festiwal w Sopocie w 1984 roku, gdy otrzymałam Grand Prix. Dopóki nie weszłam na scenę, dopóki nie ogłoszono wyników, byłam jak we śnie, bo tak wiele nerwów mnie to kosztowało. Nie lubię festiwali, bo to są wyścigi, a emocje powodują, że człowiekowi na skutek tremy i nerwów nie wychodzi tak, jak powinno. A ja rokrocznie byłam wysyłana na jakiś festiwal i to ciągłe sprawdzanie się dawało mi się we znaki.
Ale wtedy w Sopocie, gdy ogłoszono wyniki, a na scenę wszedł pan z setką róż od wielbicieli, łzy leciały mi jak groch. Tego się nie da zapomnieć.

M.W.: „Nie było ciebie tyle lat” – to wielki przebój, który znają chyba wszyscy Polacy. Z tą piosenką wiąże się ciekawa historia…
K.G.: No tak, po pierwsze nagrałam ją przypadkiem, właściwie w przerwie programu, który robiłam w radiu. Po drugie, przez lata nie rozumiałam tego fenomenu – tekst wydawał mi się taki banalny i dziwiło mnie, że ludzie wciąż chcą tego słuchać. Aż ktoś mi kiedyś wyjaśnił, że przez tę prostotę – zarówno w treści słów, jak i muzyce, ta piosenka tak bardzo trafia do ludzi. A w życiu chodzi przecież o te proste, ale najważniejsze rzeczy…
Nie zapominajmy też, że gdy ją nagrywałam, trwał stan wojenny, ludzie emigrowali, więc słowa piosenki były bardzo na czasie.

M.W.: I są bardzo aktualne do dzisiaj, i nadal je Pani śpiewa na koncertach. Kiedy najbliższe występy?
K.G.: W grudniu sporo graliśmy, w lutym zagramy kilka koncertów, ale większą parą ruszymy od marca. Czekam na cieplejszy okres, żeby ruszyć w Polskę. Niestety, ale zima zawsze przygwoździ nas do pokoju i siedzenia w domu.

M.W.: Jak Pani spędza wolny czas?
K.G.: Śmieję się, że zawsze brakuje mi czasu, że kiedyś miałam go więcej. Jestem taką osobą, która nie potrafi wysiedzieć na miejscu. Mam ogródek, który uwielbiam uprawiać. Nawet zimą ja go odśnieżam. Zabawne, bo tu, gdzie mieszkam, to właśnie my, kobiety, odśnieżamy. Taka praca z łopatą to jest niezły wysiłek fizyczny!
Poza tym lubię gotować, spotykać się z przyjaciółmi.

M.W.: Jest Pani bardzo pogodna, choć nie jest tajemnicą, że zmagała się Pani z nowotworem piersi.
K.G.: Na szczęście udało mi się z tego wyjść. Nie było dobrze, bo nawet biopsje niejednoznacznie określały, co się dzieje. Dopiero na stole operacyjnym wszystko się wyjaśniło. W takich radykalnych sytuacjach nie zwlekam, tylko od razu zaczynam działać. Im szybciej, tym lepiej, bo samo się przecież nie rozejdzie.

M.W.: A jak Krystyna Giżowska dba o urodę?
K.G.: Chodzę do kosmetyczki, robię mikrodermabrazję. Nie mam zaufania do zastrzyków, zresztą z przerażeniem patrzę na panie, które wstrzyknęły sobie za dużo w usta i wyglądają jak Quasimodo.
Zresztą uważam, że wieku nie należy się wstydzić. Ważne jest natomiast, jak się człowiek starzeje. Zmarszczki odzwierciedlają charakter człowieka. Jak ktoś jest fajny, pogodny, to i zmarszczki układają mu się inaczej, ładniej.
Sporo ćwiczę. Robię brzuszki, rowerki, chodzę na długie spacery z psem. W lecie korzystam z urządzeń do ćwiczeń na wolnym powietrzu. W gimnastyce, sporcie ważna jest systematyczność.
Poza tym kocham ludzi i świat.

M.W.: Czego można Pani życzyć?
K.G.: Zawsze powtarzam: Daj mi, Boże, trochę zdrowia i koncertów.

M.W.: W takim razie życzę dużo zdrowia i dużo koncertów.
K.G.: Dziękuję. A, i miłości!

M.W.: Więc zdrowia, miłości i koncertów. Bardzo dziękuję za rozmowę.

źródło: Gazeta Senior wyd. Poznań/Wielkopolska – numer 01/2017 

Słowa kluczowe
  1. Pani Krystyna wspaniała piosenkarka ,serdecznie pozdrawiam

    Odpowiedz

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany