Dalej Izka, dasz radę!

Dalej Izka, dasz radę!

Jest sławna nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Od ponad 50 lat nieprzerwanie na scenie. Nie zrezygnowała z zespołu nawet wtedy, gdy umarł jego założyciel i zarazem mąż piosenkarki. O miłości, sile wiary, sposobach na utrzymanie urody i figury w rozmowie z Magdą Wieteską opowiada Izabella Skrybant-Dziewiątkowska.

Magda Wieteska: Nie ma chyba w Polsce osoby, która nie znałaby Tercetu Egzotycznego, zespołu, który od ponad półwiecza święci triumfy na scenie. Powspominajmy początki, bo nie jest tajemnicą, że Pani kariera muzyczna miała pójść w zupełnie innym kierunku…
Izabella Skrybant-Dziewiątkowska: To prawda. Choć w moim rodzinnym domu zawsze grała muzyka, bo tato był organistą, formalną edukację rozpoczęłam w liceum muzycznym. Potem dostałam angaż do operetki, gdzie śpiewałam i grałam na altówce. Pierwszą rolę zagrałam w „Mów mi Teo”, w dodatku była to główna rola. No i tam wypatrzył mnie Zbyszek Dziewiątkowski. Polecił mu mnie zresztą Szymon Szurmiej, takimi mniej więcej słowami: „Słuchaj, jest taka piękna dziewczyna, o południowej urodzie, świetnie śpiewa i znakomicie się rusza, idź zobacz ją, przydałaby się wam do zespołu”. Wtedy dyrektor Beata Artemska powiedziała mi tak: „Jako dyrektor cię nie zwalniam, ale jako starsza koleżanka radzę ci, żebyś skorzystała z tej okazji”. Argumentowała, że po 40-tce będzie problem z karierą mezzosopranistki. No i tak Zbyszek sprzątnął mnie z operetki.
Chociaż ja nie od razu się zachłysnęłam, bo nie wiedziałam, czy to są podchody mężczyzny do kobiety, czy rzeczywiście zawodowa współpraca. No, ale on był wytrwały i w końcu dopiął swego, czego owocem są nasze córki.

M.W.: No właśnie, wiem, że długo czekaliście Państwo na dzieci.
I.Z.-S.: Tak, przez lata się leczyłam, żeby zajść w ciążę. Los okazał się jednak dla mnie bardzo łaskawy, czego doświadczam zresztą przez całe życie. Nie dość, że doczekałam się dwóch pięknych córek, to jeszcze Bóg nie pozwolił zabrać jednej z nich. Bo Ania w wieku 12 lat zachorowała na bardzo rzadką odmianę nowotworu – na całym świecie było tylko 19 takich przypadków. Lekarze nie dawali żadnej nadziei… A dziś, nie dość, że moja córka jest zdrową, piękną kobietą, to jeszcze dwa miesiące temu urodziła piękną, zdrową dziewczynkę! No i mamy wielkie szczęście w rodzinie z powodu maleńkiej Hani.

M.W.: Jest więc Pani wreszcie babcią, a przy tym wciąż atrakcyjną, pełną sił i werwy kobietą. Jakich sposobów Pani używa, aby zachować urodę i świetną sylwetkę?
I.Z.-S.: Przede wszystkim codzienna gimnastyka. Jak się człowiek dobrze rozgrzeje, to nie jest mu już ani zimno, ani smutno. Pływam, jeżdżę na rowerze, chociaż muszę przyznać, że nie lubię chodzić. Parę lat temu chciano mi wszczepić endoprotezę, ale codziennymi ćwiczeniami sama się wyprowadziłam na prostą.
Poza tym staram się pozytywnie myśleć. Mam przy łóżku „Potęgę podświadomości”, bardzo mądrą książkę, z której często korzystam i którą poleciłabym wszystkim ludziom, żeby przynajmniej dwa razy ją przeczytali, podkreślili ważne fragmenty i zaczęli według niej żyć.
Łykam uzupełniające mikroelementy, używam kremów przeciwzmarszczkowych z kwasem hialurunowym, korzystam z zabiegów laserem, nie oszczędzam na nich, bo twarz jest moją wizytówką. Nie korzystam jednak z botoksu i tylko raz w życiu zrobiłam lifting, 25 lat temu, po wypadku, do którego doszło, gdy byłam w Stanach. Ale na złość i nienawiść żadne kremy nie pomogą. Na szczęście ja lubię ludzi i bardzo dużo im zawdzięczam. Również to, że po śmierci Zbyszka reaktywowałam zespół.

M.W.: Dla wielu było to dużym zaskoczeniem. Pół roku po odejściu męża Izabella Skrybant-Dziewiątkowska zagrała pierwszy koncert!
I.Z.-S.: Wiem, że Zbyszek by tego chciał. Chociaż przez kilka miesięcy po jego śmierci miałam zastój, nie mogłam pracować, normalnie żyć. Bo przecież spędziliśmy razem tyle lat, na scenie i w domu. I jak wyszłam pierwszy raz na scenę bez niego, przez chwilę dławiło mnie w gardle i bałam się, że nie dam rady. Ale wtedy usłyszałam jego głos, jak mówi mi: „Dalej, Izka, poradzisz sobie!”
Poza tym chce mi się dalej pracować, to jest chyba dla mnie sensem życia. Ruch, taniec dają mi siłę, pogodę ducha.

M.W.: Jak wyglądało Państwa małżeństwo? Nietrudno o kłótnie, gdy przebywa się ze sobą 24 godziny na dobę, a na domiar tego małżonkowie są artystami…
I.Z.-S.: Mój mąż był nie tylko wspaniałym człowiekiem, ale dobrym mężem i dobrym ojcem dla naszych dzieci. Był również moim przyjacielem. Gdybym miała jeszcze raz wybierać męża, nie zawahałabym się ani chwili i znów wybrałabym Zbyszka. Po raz drugi, trzeci, piąty!
Co do nieporozumień – zdarzały się, to oczywiste, ale nauczyłam się odpuszczać, nie wchodzić w sprzeczki. Zresztą po roku bycia razem zrozumiałam, że nie mam żadnych szans wygrać w kłótni, więc po prostu wychodziłam. Kłótnie niszczą związek, robi się jakaś przepaść, obcość. Po co? Wystarczy wyjść na kwadrans, ochłonąć, a potem na spokojnie porozmawiać.

M.W.: Nie był zazdrosny o wielbicieli, którzy zawsze Panią otaczali?
I.Z.-S.: No, był, był, ale ja mu nie dawałam powodów do niepokoju. Tylko kwiaty od nich zawsze wyrzucał za okno. Zresztą, w naszym domu zawsze było wesoło, bośmy sobie nawzajem żarty robili, czasem nawet takie dość makabryczne. Raz na przykład wypłynęliśmy kajakiem na jezioro. Wyskoczyłam nagle do wody i za jakiś czas zaczęłam krzyczeć do Zbyszka, że się topię. Więc szybko podpłynął do mnie, a ja się wynurzam i widać, że wody mam zaledwie do pasa. Jaki był na mnie zły! W chwilę potem rzeczywiście poczułam się niepewnie i znów go zawołałam. Ale odkrzyknął, żebym teraz radziła sobie sama. Więc jakoś dopłynęłam do brzegu.
Albo taka sytuacja. Zbyszek miał irytujący zwyczaj uderzania mnie w tył głowy, gdy przychodził do domu. Mówił „cześć, Izka” i klepał mnie w tę głowę. Strasznie mnie to wkurzało. No więc pewnego razu zrobiłam z gazet manekina, ubrałam w swoje ciuchy, założyłam perukę i posadziłam przy stole tyłem do drzwi. Wchodzi Zbyszek i jak zwykle mówi to swoje „cześć, Izka” i uderza w tył głowy. A tu manekin nagle się rozsypuje. Jak on się wystraszył! Do dziś pamiętam wyraz jego twarzy!
Albo jak oglądał telewizję. Skakał i skakał po tych programach, jakby nic innego nie istniało na świecie. Niby go rozumiałam, bo tak rozładowywał zmęczenie i napięcie, ale ileż można tym pilotem pstrykać? No więc zaczaiłam się przy drzwiach na niego i mu robię takie „łuu”, żeby go przestraszyć. A on na to: „może ta wasza matka i ładna, ale jaka głupia”. Ale powiedział to z takim uczuciem w głosie, że nawet nie mogłam się na niego obrazić.

M.W.: Minęło już 13 lat od śmierci Pani męża. Nie myślała Pani o tym, by jeszcze ułożyć sobie życie?
I.Z.-S.: Nie. Po części dlatego, że ja zawsze lubiłam starszych mężczyzn. A teraz, w moim wieku, starszy mężczyzna to byłby naprawdę bardzo, bardzo już mocno starszy pan… A mnie wciąż rozpiera energia.

M.W.: W wielu wywiadach mówi Pani o swoim życiu jako wspaniałej przygodzie. Niczego Pani nie żałuje?
I.Z.-S.: Żałuję. Na przykład tego, że nie byłam cały czas z córkami, kiedy były malutkie. Po urodzeniu Ani dostałam kontrakt w USA, wyjechaliśmy na pół roku. Z córeczką została moja siostra, najlepsza opiekunka, jaką można sobie wymarzyć. Ale dziś wiem, że to ja powinnam być z małą przez ten cały czas, to ja powinnam zobaczyć jej pierwszy ząbek, usłyszeć pierwsze słowo „mama”. Później już zabieraliśmy córki w trasy koncertowe. 2-letnia Ania w finałowej scenie zawsze śpiewała razem z nami. Cała sala ryczała ze śmiechu.

M.W.: W 2010 r. otrzymała Pani Złoty Krzyż Zasługi oraz Medal Zasłużony Kulturze Gloria Artis, a w zeszłym roku Medal Milito Pro Christo. To ważne odznaczenia…
I.Z.-S.: Jestem za nie wdzięczna i bardzo z nich dumna. Chyba najbardziej z tego ostatniego, którego przyznanie jest wyróżnieniem za godne życie, za życie bez żadnych skandali.
Natomiast na sukcesy zawodowe zespołu zapracowali wszyscy ludzie, to nie jest moja indywidualna zasługa. I muzycy, i panowie od świateł. Nie ma u nas gwiazdy ani nie ma robotnika.

M.W.: Jakie ma Pani plany na najbliższy czas?
I.Z.-S.: Chcemy zrobić trasę po Niemczech z dość dużym programem, moim marzeniem jest też wielkie widowisko z udziałem muzyków z całej Polski.
A zaraz po świętach, 27 grudnia, zagramy koncert noworoczny, z którego dochód, jak co roku, przeznaczony jest na rzecz dzieci z Kliniki Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej we Wrocławiu. Koncert połączony jest z promocją naszego najnowszego, 3-płytowego albumu wydanego przez Universal Music Polska „Tercet Egzotyczny – 50 lat legendy polskiej muzyki”, na którym znajdują się takie przeboje, jak „Malaguena”, „Granada”, „Cu-cu-ru-cu-cu Paloma”, „O Izabello”, „Gdzie te góry, gdzie te lasy”, „Ile wieczorów”, „Noc w Ekwadorze” i, oczywiście, największy hit zespołu „Pamelo żegnaj”.

M.W.: Czego zatem można Pani życzyć z okazji Świąt i Nowego Roku?
I.Z.-S.: Ach, tyle już mam! Jestem wdzięczna za to wszystko, a przede wszystkim za ludzi, za ich dobroć, wiarę we mnie i to, że przy mnie są. Gdyby nie oni, nie chciałoby mi się tak bardzo, jak chce. Nadal chce. Pomimo upływu lat.

M.W.: Życzę więc dobrych ludzi wokół.

tercet4 - Kopia (2)

Źródło: „Gazeta Senior” Poznań, grudzień 2015 – styczeń 2016

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany