Disney i Daniec

Disney i Daniec

Marcin Daniec – jeden z najlepszych i najbardziej lubianych polskich satyryków. Zdobywca wielu nagród, m.in. tytułu „Satyryka Wszechczasów”. Na  50. Festiwalu Piosenki w Opolu otrzymał nagrodę „Ikona Festiwalu” i dwie „Karolinki” za debiut, a tygodnik „Wprost” uznał go za jednego z dwudziestu „Kreatorów Rzeczywistości”.  Laureat wielu Telekamer, znany telewidzom również z popularnych autorskich programów, takich jak „Marzenia Marcina Dańca”, „Meeting Kabaretowy”, „Hit Dekady”, „Euro Show”.
Z Marcinem Dańcem o scenie, rodzinie, sporcie rozmawia Magda Wieteska.

Magda Wieteska: Jest Pan absolwentem krakowskiej AWF oraz absolwentem Studium Teatralnego we Wzdowie. Studiował Pan te dwie dziedziny równocześnie.  Jednak zdecydował się Pan pójść w stronę artystyczną, a nie sportową. Dlaczego?
Marcin Daniec: Przekonałem się, że bardziej ciągnie mnie na scenę, niż na boisko. Poza tym, gdybym został trenerem, na pewno straciłbym zmysły. Przygotowujesz drużynę przez wiele miesięcy, a twój zawodnik, w ważnym meczu, strzela z pięciu metrów w… zegar boiskowy. Próbujesz go udusić i… lądujesz w więzieniu. A w kabarecie nikt nie sprawdza mnie, o czym i o kim będę mówił!

M.W.: Pamiętam, jak siadałyśmy z mamą przed telewizorem, gdy transmitowano festiwal w Opolu i czekałyśmy na Kabareton. Obie uwielbiałyśmy Pana, a mnie w pamięć szczególnie zapadła kreacja Marcinka. To musiało być niełatwe – mówić  głosem dziecka. Jak Pan to wspomina? 
M.D.: Dziękuję pani za przywołanie Opola, ponieważ mam cudowne wspomnienia związane z tamtejszym festiwalem. Podczas debiutu w 1993 roku dostałem nagrodę za debiut, zwaną „Karolinką”. Dziesięć lat później dostałem kolejną „Karolinkę” za debiut w roli… prowadzącego. W ważnym miejscu trzymam też „Ikonę Festiwalu”, choć podobno ta nagroda… postarza!
Jeśli chodzi o „Marcinka”, to też go lubię! Wymyśliłem go, by sparodiować dzieci. Okazuje się, że one również lubią „Marcinka”.
Przez pięć lat nie grałem tej postaci. Po powrocie „Marcinek” dostaje znów takie brawa, że głupio mi, iż dałem mu taki długi „urlop”. Słyszałem, że małe dzieci też go lubią! Jeden z kolegów powiedział: – Disney i Daniec…

 M.W.: Wciela się Pan w wiele postaci. Najbardziej znane to „Profesor”, „Pan Ignacy”, „Waldemar K.”, „Kibic”, „Góral” i wspomniany „Marcinek”. Którą z nich najbardziej Pan lubi i dlaczego?
M.D.: Każdą z tych postaci uwielbiam! Wymyśliłem je, by nie być tym samym facetem od pierwszej do ostatniej minuty programu. Myślę, że ta różnorodność jest ważna, kiedy prowadzi się „One Man Show”.

M.W.: Żartuje Pan z wielu tematów, ale nigdy z religii. Czy wiara ma dla Pana duże znaczenie? Jakie miejsce zajmuje w Pana życiu? 
M.D.: Nigdy (!) nie dworuję sobie z Pana Boga i żadnej religii. Nie ze strachu, ale z szacunku. Nigdy też nie robię żartów z chorób, kalectw i… śmierci.

M.W.: Z pasją oddaje się Pan oglądaniu meczów. Jak wygląda taki wieczór meczowy? Towarzyszy Panu żona, koledzy, czy może woli Pan przeżywać  te pełne emocji chwile w pojedynkę? 
M.D.: W pojedynkę można czytać książkę. Mecz najlepiej ogląda się na stadionie! Jeśli przed telewizorem, to musi być namiastka „sektora”. Rodzina, kilku kolegów, kłótnie, wrzaski… Jak na stadionie! Jeśli trzeba zakląć, to bardzo cicho. Ostatnio, po recitalu w „Radiówce” we Wrocławiu i… trzech bisach, gnaliśmy z żoną i córeczką do teściów do Kruszwicy na mecz z Rumunią. Mecz oglądaliśmy w restauracji w Kaliszu. Nie chcę myśleć, co by było, gdybyśmy ten mecz odpuścili. Do teściów dojechaliśmy po meczu i po moich imieninach!

M.W.: Jak wypoczywa Marcin Daniec? 
M.D.: Uwielbiam wypoczynek czynny: siatkówka, pływanie, tenis, narty i długie spacery. Podczas meczów siatkówki plażowej jestem graczem i „trenerem”. Cały świat szkolę, że gra się na trzy odbicia. Po kilku dniach nazywają mnie: „One, Two, Three…”.

M.W.: Ma Pan o 20 lat młodszą żonę, niewiele starszą od Pana pierwszej córki. Czy odczuwacie Państwo tę różnicę wieku? Jak dogadują się najbliższe Panu kobiety? 
M.D.: Już dawno nie pytano mnie o różnicę wieku w naszym związku. Pani by chciała, żebym narzekał, czy się chwalił ? Między nami nie ma żadnej odczuwalnej różnicy. Moja żona jest najlepszą… macochą na świecie!

M.W.: Dużo Pan podróżuje, występując za granicą. Który wyjazd sprawił Panu największą przyjemność, a może czymś Pana zaskoczył albo przeciwnie – rozczarował? 
M.D.: Nie ma pani tyle „miejsca antenowego”, by zmieścić wszystkie moje zachwyty dotyczące występów zagranicznych i miejsc, które przy okazji zwiedziliśmy! Od 1996 roku stale występuję w USA, Kanadzie, Niemczech, Anglii, Austrii. Byłem też z występami podczas Igrzysk Olimpijskich w Australii. Zawsze wyjeżdżam z rodziną i na dodatkowe zwiedzanie przeznaczam większość honorariów. Ostatni pobyt w Stanach wypadał w moje urodziny. Nigdy nie zapomnę pełnej sali Copernicus Center śpiewającej na stojąco „Sto lat”!

M.W.: Co jest w życiu najważniejsze, co się najbardziej dla Pana liczy? 
M.D.: Zdrowie, miłość, uczciwość i lojalność.

M.W.: Ma Pan wnuczkę. Jak się Pan czuje w roli dziadka? 
M.D.: Na szczęście, zostałem dziadkiem dopiero cztery lata temu. Myślę, że jestem niezły…

M.W.: Od 1996 prowadzi Pan w telewizji niezwykle popularny program pt. „Marzenia Marcina Dańca”. Jakie są dziś marzenia Marcina Dańca? 
M.D.: Niektórzy moi koledzy twierdzą, że marzenia to niemęska rzeczUważam, że prawdziwy mężczyzna jednak może marzyć! Już dawno przekonałem się, że nie da się mieć wszystkiego równocześnie. Chciałbym zdrowo, rodzinnie i spokojnie żyć. Bez żadnych „fajerwerków”! Życzę sobie niezmiennej wierności widzów, których będę zawsze szanował.
Nie chcę zapeszać, ale są duże szanse, że nagram XVII część „Marzeń” na Święta Wielkanocne w przyszłym roku.

M.W.: W takim razie życzę spełnienia marzeń, i tych zawodowych, i prywatnych.

Słowa kluczowe

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany