DJ Wika, kosmiczna babka

DJ Wika, kosmiczna babka

Okazją do spotkania i rozmowy z panią Wirginią Szmyt była promocja biograficznej książki, która w styczniu miała swoją premierę. Czym tak zafascynowała dwóch panów Jakuba Jabłonkę i Pawła Łęczuka, że napisali książkę? Obaj mówią zgodnie – energią i radością życia. Jaka jest naprawdę DJ Wika? Mądra.

Wywiady i relacje pokazują najstarszą DJ-kę. Zachwycają jej witalnością, tym że na jej koncerty przychodzą tłumy, tym że organizuje dyskoteki międzypokoleniowe i wczasy w niskiej cenie dostosowane do emeryckich portfeli.

„Nie jestem zwyczajną celebrytką” – mówiła, kilkunastu osobom, które przyszły na spotkanie autorskie do wrocławskiego empiku w DH Renoma. „Chronię życie mojej rodziny, nie opowiadam o bliskich. Mówię o sobie, mam prawo żyć według swojego pomysłu, mam prawo do zabawy, do pomagania innym i to wszystko robię, bo sprawia mi to przyjemność”.
Błyskotliwie opowiada o sobie: „Skończyłam liceum pedagogiczne i zostałam nauczycielką. Potem byłam opiekunką w „szkole życia”, której wychowankami były dzieci upośledzone umysłowo. Sukcesem było, kiedy udało się dziecko nauczyć przygotowania kanapki na śniadanie”.

„Dużo później zostałam wychowawczynią w ośrodku dla trudnej młodzieży. Różna była to młodzież, koledzy wychowawcy mogli stosować przemoc fizyczną dla wymuszenia posłuszeństwa, ja przytulałam. Z takimi młodymi ludźmi, niedostosowanymi do życia, przepracowałam prawie 30 lat.”

Wtedy poznała dyplomatę i cytat „zakochałam się w jego miłości do mnie”. Rzuciła dotychczasowe zajęcia i pojechała na placówkę do Szwajcarii. Inny świat, high life, rauty, spotkania, limuzyny. Tak było przez pięć lat. Po powrocie ze Szwajcarii mieszkała w leśniczówce. Polowania i wielkopańskie życie skończyło się po zmianie władzy. Wtedy zaczęła pomagać seniorom. Nie chciała życia poświęconego prowadzaniu wnuków do szkoły i obieraniu kartofli. „Może to kogoś zadowala, mnie nie. Wolę towarzystwo młodych, pełnych beztroski, radosnych ludzi” – opowiadała publiczności.

„Mam konto na Facebooku, mam fanów mojego grania” – chwaliła się zgromadzonej widowni. Jeździ po świecie, grała w Londynie i Berlinie, będzie w tym roku w Pradze, Mińsku, dużo gra charytatywnie. Kalendarz ma wypełniony na kilka miesięcy do przodu. „I to mi się podoba” – mówi. Organizuje dla niezamożnych „wczasy za grosik”. Udało się tak wszystko ułożyć, że dwutygodniowy pobyt nad morzem kosztuje poniżej tysiąca złotych od osoby. Ma grono fanów, teraz jeden z nich dogląda kotów w jej mieszkaniu.
Najbardziej rozpoznawalna jest na dyskotekach, w Sylwestra grała do 6 rano, a później nogi do góry, przytuliła swoje koty i poszła spać.

Na zakończenie powiedziała: „Cieszyć się z drobiazgów, to sztuka życia”. I realizuje to z pełnym zaangażowaniem. A na dodatek zaraża swoim optymizmem i witalnością. Po spotkaniu autorskim jeden z wrocławskich DJ-ów zapytał, czy będzie wydawała płytę ze swoją muzyką. DJ Wika odparła, że nie zamierza, ale autorzy wywiadu Jakub Jabłonka i Paweł Łęczuk nie byli przekonani, czy to się nie zdarzy. W końcu znają ją od roku.

Więc jeśli ta relacja was zaciekawiła, jeśli macie dość niańczenia i codziennego krzątania się w kółko dla zabicia czasu, jeśli nudzą was seriale, sięgnijcie po książkę „DJ Wika. Jest moc!”, a znajdziecie tam gotowy przepis na barwną jesień życia. Powodzenia! Wszak każdy jest kowalem swego losu.

_DSC3417

_DSC3442

Tekst i zdjęcia: Jerzy Dudzik


DJ_Wika_3D_twarda_360x600 - KopiaWirginia Szmyt znana jako DJ Wika to społeczny fenomen. Angażuje się w sprawy seniorów, inspiruje i łamie stereotypy, a jej dyskoteki łączą pokolenia. Inteligentna, skromna, z poczuciem humoru przyciąga tłumy i udowadnia, że wiek nie jest żadnym ograniczeniem. Teraz możemy ją lepiej poznać, zrozumieć i nauczyć się od niej pięknie dojrzewać. Książka „DJ Wika. Jest moc!” ukazała się nakładem Burda Książki 13 stycznia 2016 r. Oto jej fragmenty:

Fragment rozdziału pt.: Fantazję mam po tatusiu
Skąd w Pani taki odjazd?
Naprawdę myślicie, że pielgrzymki i kościół to jedyne rozrywki starszych ludzi? Zapewniam Was, że jest miejsce dla babć tradycyjnych i odlotowych. Mam nadzieję, że tych drugich będzie przybywać.
Fantazję odziedziczyłam po tatusiu, a muzykalność pewnie po dziadku. Jedno z moich najwcześniejszych i ulubionych wspomnień jest związane właśnie z fantazją taty. Mieszkaliśmy wtedy w Pikieliszkach, bo ojciec przez chwilę administrował majątkiem marszałka Józefa Piłsudskiego. Pamiętam dużą kuchnię, w której było zawsze kilka młodych dziewcząt. Ojciec chciał im się przypodobać i któregoś dnia wjechał do kuchni na koniu. To był wielki rumak i hen, wysoko, tata w czarnych oficerkach, bryczesach i białym mundurze. Wyglądał bardzo elegancko. Panny piszczały z radości, poklepywały konia i karmiły go kostkami cukru. Ja też biegałam dookoła z radosnym piskiem. Wtedy tato zwinnym ruchem podciągnął mnie do góry i posadził przed sobą na koniu. Czułam się jak księżniczka, po którą właśnie przybył mężczyzna jej życia. Jednak nie zawsze było tak sielankowo. Historia taty ma tragiczny początek w rodzinnym majątku pod Wilnem.

Fragment rozdziału pt.: Jak zostałam nauczycielką
Rok w szpitalu w tak młodym wieku musiał wydawać się wiecznością.
To było trudne przeżycie, bo choroba izolowała mnie od rówieśników, nie mogłam się bawić ani chodzić do szkoły. To mnie bardzo onieśmielało i blokowało. Trochę mi z tego zostało do dziś. Potrafię żyć samotnie, a nawet lubię tę swoją samotność. Odpoczywam i relaksuję się, tylko gdy jestem sama. W Żydowie przychodziły do mnie koleżanki z sąsiedztwa, ale już nie mogłyśmy wspólnie skakać przez płot. W międzyczasie trochę się pozmieniało, jedni wyjechali, inni przyjechali. Mój ojciec wtedy też zmienił pracę. Został dyrektorem kolejnego PGR-u i przeniosłyśmy się z mamą do niego. Tych majątków, PGR-ów, było bardzo dużo, co kilka miesięcy przeskok z miejsca na miejsce. Każdą zmianę bardzo mocno przeżywałam. Dyrekcje PGR-ów zawsze lokowano w pięknych pałacach, więc można powiedzieć, że w tamtym czasie byłam dziewczyną „z dworu”, „panienką”. W piątej klasie do szkoły jeździłam konno. Miałam piękne, skórzane siodło. Koń czekał przed szkołą pod czujną opieką koniuszego.

Fragment rozdziału pt.: Praca w pierdlu
Jak to się stało, że tak wrażliwa i empatyczna osoba trafiła do „pierdla”?
Sama sobie na to zasłużyłam. W zawodówce w Poznaniu nie udało mi się rozwinąć skrzydeł. Był to krótki epizod, ponieważ mąż znów awansował i kolejnym przystankiem jego kariery stała się Warszawa. Niechętnie się przenosiłam. Życie jednak przyzwyczaiło mnie do przeprowadzek, dlatego wszystko szło dosyć sprawnie. I tak moim miastem stała się Warszawa. A moim sąsiadem, jak się okazało kilkanaście lat później, był najważniejszy mężczyzna mojego życia. W Warszawie szybko się zorientowałam, które placówki potrzebują pedagogów specjalnych. Wymarzyłam sobie pracę w domu poprawczym przy Barskiej, dokąd skierowałam pierwsze kroki. Wszystko załatwiałam sama, bez pomocy męża. Pamiętam zaskoczenie ówczesnego dyrektora placówki, kiedy usłyszał, że mój mąż jest profesorem. Zapytał wtedy: „A mąż nie będzie się wstydził, że pani w pierdlu pracuje?!”. Nie miał pojęcia, że to moje marzenie i z dumą przyjmę tę pracę. Powiedział mi jeszcze, że z moją figurą i umiejętnością przekonywania powinnam pracować w telewizji. Ostatecznie stwierdził, że da mi szansę, jeśli się sprawdzę przez dwa tygodnie. Przyjęłam to z wielką ekscytacją, ale też obawą, czy sobie poradzę. Wchodziłam na zupełnie nowy teren. Niestety, mąż nie podzielał moich ambicji. Twierdził, że pracując w takim „szambie”, zmarnuję życie. „Jesteś za słaba” – powiedział. I jeszcze bardziej zaangażował się w swoją pracę naukową, zostawiając mi cały dom na głowie. „No cóż – pomyślałam – sama tego chciałaś”. Do dzisiaj pamiętam pierwsze dni w zakładzie – były dla mnie bardzo trudne emocjonalnie.

dj Wika-4536gotowe - Kopia

fot. Dorota Koperska Photography

Fragment rozdziału pt.: Najważniejsza jest miłość
Ma Pani czterdzieści lat. Spełnia się zawodowo jako doskonały pedagog. Dzieci odchowane. I zakochuje się Pani jak nastolatka!
I to z wzajemnością! Tak, nie da się ukryć, że jak nastolatka. To był celny strzał amora. Już od pierwszego spotkania czułam, że coś między nami zaiskrzyło i nie pomyliłam się. Spotkaliśmy się na przyjęciu w Belwederze podczas nadania znajomemu stopnia naukowego. Janusz pracował w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, był w pewnym sensie gospodarzem tamtego spotkania. Zaczęliśmy bardzo sympatyczną pogawędkę przy lampce wina. Przez następnych kilka dni nie mogłam zapomnieć tej miłej chwili. I nagle przypadek? Przeznaczenie? Spotkaliśmy się na ulicy pod moim domem. Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że jesteśmy sąsiadami z tego samego bloku! Janusz przyjechał wtedy na kilka dni do Polski z placówki. Umówiliśmy się na kawę. To było bardzo luźne spotkanie. On był taki przystojny… Z każdą chwilą zbliżamy się coraz bardziej do siebie. Wreszcie poczułam się adorowana. Zrozumiałam, że to może być mężczyzna, który pokocha mnie taką, jaka jestem, z całym moim szaleństwem, ze wszystkimi moimi wadami i zaletami.

Fragment rozdziału pt.: Kabaret „Viagra”
Cofnijmy się do roku 2000. Koniec świata nie nastąpił, a nastroje i obawy schyłku wieku odchodzą w niepamięć. W tym czasie do Polski wprowadzony zostaje lek, który u większości osób starszych wywołuje lekki uśmieszek zawstydzenia, ale też fascynuje i daje nadzieję. Czy dlatego swój pierwszy kabaret nazwała Pani „Viagra”?
Chciałam, żeby nazwa była trochę przewrotna. Żeby się kojarzyła z frywolnością, lekkością, śmiechem. Mój zespół składał się głównie z mężczyzn, którzy byli seniorami, więc „Viagra” wpasowała się idealnie w ten klimat. Zresztą moja idea kabaretu od początku była taka, żeby wzmagał potencję życia i dodawał siły. Żeby to nie były wyssane z palca wierszyki i skecze. Chciałam wywołać w aktorach i widzach żywiołowość, aktywność i radość. Nie było to łatwe. W klubach seniora dominują kobiety i to głównie one wykazują inicjatywę. A ja od początku założyłam sobie, że mój kabaret będzie składał się z mężczyzn i najwyżej dwóch pań. Wiedziałam, gdzie szukać utalentowanych seniorów, bo już od jakiegoś czasu w klubie seniora przy Baśniowej na Ochocie prowadziłam wieczory literackie, podczas których udało mi się wypatrzeć potencjalnych aktorów do zespołu. Nawet nie podejrzewałam, że słowo „Viagra” w niektórych środowiskach jest wręcz tematem tabu. Niektórzy bali się go używać i mówili „niebieskie tabletki”.

Fragment rozdziału pt.: Parada Seniorów
Ten pomysł dojrzewał we mnie latami. Właściwie od kiedy zaczęłam się zajmować seniorami, jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, już myślałam o paradzie. Wówczas były jednak ważniejsze sprawy i pomysł musiałam odłożyć na lepsze czasy. Dla mnie parada jest idealnym narzędziem do rozładowania emocji i napięć. Po raz pierwszy zrozumiałam to, obserwując parady w Szwajcarii. Tam ciągle odbywały się takie imprezy. Pamiętam na przykład wesoły sznur ludzi z okazji święta kartofla. Każdy szedł uśmiechnięty z ziemniakiem na głowie. Towarzyszył temu wielki festyn, a ziemniaki były wszędzie: gorące, gotowane, pieczone – cudo! Albo święto buraka! Kolorowy pochód w maskach w kształcie buraków. Szwajcarzy naprawdę potrafili się wspólnie cieszyć z byle powodu. Zwykłe zakończenie roku szkolnego czy święto miasta były wspaniałą okazją do organizowania parad. Wyobraźcie sobie – wszystkie szkoły idą wspólnie w radosnym szyku, każda szkoła ma swoje kolorowe stroje. Grają orkiestry dęte. Zabawa, śmiech, radość. Piękne! Chciałam coś z tamtej atmosfery przenieść w nasze warunki i, jak widać, udało się i zadziałało.

dj Wika i kuba i pawel v1 - Kopia

DJ Wika i autorzy książki: Jakub Jabłonka i Paweł Łęczuk fot. Dorota Koperska Photography

Źródło: „Gazeta Senior” Kraj luty-marzec-kwiecień 2016

Słowa kluczowe

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany