Gangsterzy w życiu i na scenie

„Ojciec żył, tak jak chciał”, „Tyle złamanych serc”, „Mężczyzna i łzy” – te piosenki w latach 80. nuciła niemal cała Polska. Potem na jakiś czas Gang Marcela zniknął ze sceny muzycznej, a od 2007 r. nagrywa płyty w stylistyce zainspirowanej sferą sacrum.
O historii zespołu, muzycznych trendach i miłości w rozmowie z Magdą Wieteską opowiada Marceli Trojan, lider zespołu.

gang marcela2 v2

 

Magda Wieteska: Zanim zawiązał się Gang Marcela, graliście Państwo pod szyldem zespołu Familia. Dlaczego zmieniliście nazwę, skąd wziął się na nią pomysł i jak w ogóle doszło do powstania jednego z najbardziej znanych zespołów w Polsce lat 80.?

Marceli Trojan: Familia to zespół 8-osobowy, stricte wokalny, coś na kształt Partity, w którym występowali liderzy i przyszli założyciele Gangu Marcela – Barbara Pysz i Marcel Trojan. Zespół był aktywny w latach 1977-1979.
Z końcem 1979 r. ww. dwójka liderów postanowiła założyć nieco mniej liczną grupę muzyczną i w tym celu dobrała do składu wokalistę z Gliwic – Jerzego Różyckiego. Tej 3-osobowej formacji nadano pierwotnie nazwę „Gang”. Nazwa ta była odzwierciedleniem charakteru muzyki, jaką początkowo zamierzali wykonywać wspólnie Barbara Trojan, Jerzy Różycki oraz Marcel Trojan w roli „szefa gangu”. Miała to być muzyka lat 30-tych, a więc czasów amerykańskiej prohibicji, big-bandów i… gangsterów.
Jednak los zdecydował, że ze względu na sytuację rynku muzycznego w Polsce nowopowstały zespół rozpoczął działalność od współpracy z Krzysztofem Krawczykiem (1980-1981), a następnie z Marylą Rodowicz (1981-1983) w charakterze 3-osobowego zespołu towarzyszącego, co przesunęło realizację pierwotnych zamierzeń zespołu o niespełna dwa lata.
Jeszcze w trakcie tej współpracy, pod koniec 1981 r., „gang” rozpoczął wreszcie swą samodzielną aktywność muzyczną na estradach kraju i zagranicy. Znaczącym tego akcentem było nagranie przez zespół przeboju „Tyle złamanych serc”. Sukces ten, za przyczynkiem ówczesnego managera zespołu – Andrzeja Kosmali, spowodował taktyczne „pójście za ciosem”, czyli nagranie kilku piosenek własnych w podobnym charakterze, co z kolei wpłynęło na przesunięcie zainteresowania zespołu bardziej w stronę muzyki country. I to dlatego właśnie, ze względu na ukształtowanie swojej odrębnej stylistyki i własnego repertuaru nawiązującego przede wszystkim do muzyki country, a także z uwagi na rozszerzenie brzmienia nazwy na Gang Marcela, ten właśnie okres (1981 r.) uważany jest przez członków grupy za prawdziwe narodziny zespołu.

M.W.: Wasze piosenki wywodzą się z pogranicza country, folku i popu. Który z tych gatunków jest/był Wam najbliższy?
M.T.: Trudno się tak jednoznacznie zdeklarować; są utwory country, które nas fascynują, ale także znajdziemy tzw. „perełki” w muzyce pop czy folk, czy nawet w innych stylach muzycznych.
Myślę, że jesteśmy gdzieś pośrodku; nasze piosenki są niejako specyficznym konglomeratem tych właśnie trzech stylistyk. Ogólnie określamy naszą muzykę jako „country na swojską nutę” i myślę, że to oddaje kwintesencję naszej muzyki. A zdarza się, że sięgamy także do innych, bardziej odległych rejonów muzycznych, zgodnie z powiedzeniem „gramy tak, jak nam w duszy gra”.

M.W.: Jedna kobieta i dwóch mężczyzn – tak zapamiętałam Państwa z telewizji. Czy dla Pani Barbary, a może odwrotnie – dla Panów – stanowiło to jakąś barierę? W końcu wspólne trasy koncertowe bywały długie i pewnie nie zawsze komfortowe?
M.T.: Jedna kobieta i dwóch mężczyzn to najlepszy z możliwych układów zespołowych. Wokalnie, bo trzy osoby wystarczają żeby śpiewać w akordach (akord to minimum 3 dźwięki); prywatnie – bo dwaj mężczyźni z reguły funkcjonują nieproblematycznie, a jedna kobieta także nie stanowi problemu, natomiast przy dwóch kobietach znacznie częściej rodzą się problemy (np. która ma śpiewać konkretną solówkę, piosenkę…); zaś ogólnie w bardziej liczbowo rozbudowanych grupach powstają „podgrupy”, co z pewnością nie ułatwia współpracy zespołu.
Poza tym znaczenie ma także „dobór osobniczy”. U nas nigdy nie było z tym problemów. Zawsze dobieraliśmy do zespołu współpracowników na tzw. poziomie, potrafiących się zachować, współpracować, z tzw. kulturą osobistą i wyczuciem oraz określonym morale. Tak że trasy koncertowe Gangu Marcela to bardziej spotkania przyjaciół niż ciężka praca lub przykry obowiązek.

M.W.: W 1985 roku Gang Marcela zawiesił działalność. Na stronie zespołu można przeczytać, że właśnie ten czas liderzy grupy – Barbara i Marceli Trojan wykorzystali na uregulowanie spraw rodzinnych, czyli krótko mówiąc – pobrali się. Czy to była miłość od pierwszego wejrzenia, która długo dojrzewała do sformalizowania relacji, czy może decyzja podyktowana innymi względami?
M.T.: Sprawy rodzinne trzeba tu potraktować nieco szerzej, nie tylko w kategorii ślubu, który zawarliśmy już w 1982 r. Bardziej chodziło nam o stworzenie prawdziwej rodziny, a więc o dzieci, na które nie mogliśmy sobie w naszej koncertowej rzeczywistości pozwolić. Nasza średnia koncertowa wynosiła wówczas ponad 25 dni w miesiącu w trasie, poza domem. A do tego żadnej pomocy ze strony bliskich, ponieważ ze strony Barbary takowych już nie było, a ze strony mojej (Marcela) wszyscy za granicą. Stąd właśnie ten zwrot ku zagranicy. Chcę dodać, że dzięki temu pobytowi poza Polską udało się nam uregulować nasze sprawy rodzinne w postaci dwóch synów, Davida i Jakuba, urodzonych właśnie w czasie „urlopu” za granicą.
Jeżeli zaś idzie o rodzaj łączącego nas uczucia, to rzeczywiście była to swoista miłość od pierwszego wejrzenia, która objawiła się pewnym magnetyzmem i wzajemnym zainteresowaniem jeszcze w okresie naszych wspólnych studiów na Akademii Muzycznej w Katowicach. Uczucie to potrzebowało jednak kilku lat dojrzewania, zanim przemieniło nas w trwały związek uwieńczony w 1982 r. ślubem.

M.W.: Razem w domu i w pracy. Proszę zdradzić receptę na taki sukces.
M.T.: Wspólnota poglądów, planów i… miłość…

M.W.: W latach 90. zespół się reaktywował, idąc bardziej w stronę country i piosenek biesiadnych niż muzyki pop. Jeździliście Państwo na festiwale do Mrągowa, czy któryś z występów zapadł Wam szczególnie w pamięci?
M.T.: Wszystkie te (szczególnie te ostatnie), w których braliśmy udział, ponieważ mimo że zjawiamy się w Mrągowie co kilka lat, i że w międzyczasie na widowni przewinęły się przynajmniej ze dwa pokolenia „countrowców”, to już przy samym wejściu na scenę witają nas wciąż te same gorące oklaski i serdeczne przyjęcie.
To bardzo przyjemne odczucie. Swego rodzaju ponadczasowość… Dlatego tak bardzo lubimy tam jeździć.

M.W.: Moją ulubioną piosenką jest „Ojciec żył, tak jak chciał”, a który utwór najchętniej wykonuje Gang Marcela?
M.T.: Ze względu na naszych fanów, najczęściej, bo praktycznie w czasie prawie każdego koncertu, wykonujemy właśnie piosenkę „Ojciec żył tak jak chciał”. Od lat jest to nasz przebój numer 1. Wiemy, że publiczność także lubi ten utwór, więc dlatego gramy go chętnie. Chociaż ojcowie, którym był on przed laty dedykowany, to już dzisiaj dziadkowie albo i lepiej, to jednak sądzę, że z przyjemnością wracają oni na krótką chwilę do tamtych lat swojego ojcostwa. A najważniejsze przecież, żeby nasza publiczność była zadowolona.

M.W.: W 2007 roku Gang Marcela nagrał płytę „Pokój i dobro”. Znajdują się na niej utwory związane z postacią i ideami głoszonymi przez św. Franciszka. Skąd wzięła się taka zmiana w Państwa repertuarze? Czy fascynacja sferą sacrum dotyczy tylko muzyki, czy również życiowych postaw?
M.T.: Muzyka sakralna/parasakralna towarzyszy Gangowi Marcela niemal od samego początku (piosenki „Bym drogi nie pomylił”, „Rachunek sumienia”), chociaż nie było łatwo w czasach poprzedniego ustroju lansować w mediach tego rodzaju twórczości. Większość takich utworów pisana była wówczas do szuflady. Konkretny „wysyp” repertuaru sakralnego nastąpił dopiero w latach 90-tych, kiedy to wydaliśmy płytę „Pytania o sens”, dotykającą swoją treścią spraw egzystencjonalnych, a wręcz religijnych.
Jeśli idzie o płytę „Pokój i dobro” to znakomitą okazją do jej wydania (wraz z książkowym albumem) był jubileusz 800-lecia istnienia zakonu franciszkańskiego (2009 r).
Nasza „przygoda” ze św. Franciszkiem zaczęła się w maju 2007 roku, kiedy to zespołowo wybraliśmy się na pielgrzymkę do Asyżu, organizowaną przy współudziale o.o. franciszkanów z Brodnicy. W czasie licznych pielgrzymkowych rozmów z Ojcem Łukaszem z brodnickiego klasztoru dowiedzieliśmy się wielu szczegółów i ciekawostek zarówno z życia Biedaczyny z Asyżu, jak i założonego przez niego zakonu franciszkańskiego. Między innymi tego, że na 2009 r. zaplanowane były uroczyste obchody jubileuszu 800-lecia istnienia zakonu franciszkanów, co zainspirowało nas – jako zespół – do uczczenia w sposób także artystyczny tego znaczącego wydarzenia, tym bardziej że św. Franciszek jest przecież również patronem artystów.
Dodać tu trzeba, że w naszym późniejszym repertuarze znajdują się także inne pozycje dotykające mniej lub bardziej tematyki religijnej, a i w naszych zamierzeniach na przyszłość leżą kolejne edycje twórczości bardziej uduchowionej.
Reasumując, fascynacja sferą sacrum nie jest dla nas jedynie atrakcyjną przygodą ani też nie odnosi się wyłącznie do naszej twórczości artystycznej, ale jest wypadkową naszych przekonań i regularnie praktykowanego światopoglądu.

M.W.: „Gangsterzy” nadal koncertują, zarówno z piosenkami z wcześniejszych, tak dobrze znanych szerokiej publiczności płyt, jak i z nowymi utworami. Kto przychodzi na Państwa koncerty? Fani z dawnych lat, a może zupełnie młodzi ludzie, którzy nie mieli możliwości poznać zespołu w latach jego świetności?
M.T.: W zależności od koncertu przychodzą przedstawiciele różnych wiekowo generacji. Na koncerty zamknięte, kameralne, przychodzą głównie nasi dawni i aktualni fani, zaś na otwartych imprezach plenerowych są to również rodzice czy dziadkowie z dziećmi, jak i kilkunastoletnia młodzież, która – ku naszemu zaskoczeniu – mimo zmieniających się trendów muzycznych całkiem dobrze bawi się przy naszych piosenkach.

M.W.: Jak Państwo postrzegają dzisiejszą muzykę, współczesne muzyczne trendy? Gdybyście dziś zaczynali karierę – byłoby łatwiej niż w latach 70., 80., czy może wręcz przeciwnie?
M.T.: Muzyka zdaje się być swego rodzajem odbiciem świata, jaki nas otacza. Rzeczywistość lat 80-tych ubiegłego wieku była nieco inna niż ta obecnie. Mniej pośpiechu, więcej czasu i pogody ducha… I to odzwierciedla się także w muzyce z tamtych lat… z naszych lat. W dzisiejszej muzyce z jednej strony słychać większą dozę hałasu, pośpiechu, nerwowości, a mniej zadumy czy romantyzmu, zaś z drugiej strony, tej bardziej „discopolowej”, obowiązują ścisłe reguły dopuszczające wyłącznie piosenki szybkie, rytmiczne, proste harmonicznie i z wieloma powtórzeniami, ażeby było łatwiej. Wolne, refleksyjne utwory, wymagające skupienia czy refleksji, z reguły uważa się za nudne.
Jak widać z powyższego nasze piosenki, w których dominują tematy bardziej refleksyjne, romantyczne i melodyjne, przynależą jednak do minionej – niestety – epoki lat 80-tych. To był nasz świat, nasz czas i nasza wrażliwość, którą razem z naszymi fanami, pamiętającymi tamte lata, staramy się zaszczepić w dzisiejszej rzeczywistości. Na ile nam się to udaje, to już muszą ocenić młodsze pokolenia.

M.W.: Na 35-lecie Gang Marcela wydał podwójny album pt. „Wciąż chce mi się żyć”, z 35 piosenkami, wśród których znajdują się zarówno znane wielkie przeboje, jak i nowe pop-owe utwory. Czy z okazji 40-lecia zespołu również będziemy mogli liczyć na nową płytę?
M.T.: Naszą „czterdziestkę” zamierzamy świętować w 2021 roku, a więc mamy jeszcze pełne 4 lata, żeby stworzyć jeszcze kilkanaście piosenek dla naszych fanów.
W zależności od naszej kondycji fizycznej i duchowej być może będzie to płyta-niespodzianka, z czymś zupełnie nowym i zaskakującym, albo może romantyczna płyta na pożegnanie z estradą (?).

gang marcela 5

 

Słowa kluczowe

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany