Historia pewnego gołąbka

„Historie kuchenne…” Barbary Czaykowskiej-Kłoś mieszczą w sobie nie tylko opowieści o kulinariach. To zbiór wspomnień rodzinnych, zabawnych anegdot, które na długo zostają w pamięci. Jak ta o gołąbkach… Takie książki – mądre, piękne literacko i jednocześnie zabawne i wzruszające coraz rzadziej się zdarzają. Z Barbara Czaykowską-Kłoś, autorką „Historii kuchennych o miłości, rodzinie i sile tradycji”, rozmawia Magda Wieteska.

Barbara Czaykowska_Kłoś II

 

Magda Wieteska: Zadebiutowała Pani jako pisarka w dojrzałym wieku. Późni debiutanci „tłumaczą się”, że wcześniej praca, wychowanie dzieci i zwyczajny brak czasu nie pozwalały na oddanie się procesowi twórczemu. Czy tak było również w Pani przypadku?

Barbara Czaykowska-Kłoś: Nigdy nie marzyłam o napisaniu książki (zwłaszcza kucharskiej). Owszem, pisałam bajki moim dzieciom – do szuflady, właściwie przerabiałam znane sobie bajki tak, by nie było w nich okrucieństwa. Na przykład Czerwony Kapturek była dziewczynką, która pomogła wilkowi odnaleźć szczenięta, które pod nieobecność wilczycy rozbiegły się po lesie, bawiąc się z wiewiórkami, a wilk siedział smutny i bezskutecznie je przywoływał. Wszystko się dobrze skończyło, a potem razem poszli do babci dziewczynki – wilk wdzięczny za pomoc niósł w zębach koszyk z obiadem dla chorej babci dziewczynki. A Baba Jaga była babcią mieszkającą w lesie i opiekowała się chorymi mieszkańcami lasu. Jaś i Małgosia przyprowadzali do niej potrzebujące pomocy zwierzęta i ptaki. Dziewczynka z zapałkami wybiegła na chwilę z domu, by pomóc maleńkim myszkom trafić do ich zasypanej śniegiem norki itd. itd.… Natomiast zapisywałam na kartkach grubego brulionu różne spostrzeżenia, czasem wspomnienia, czasem nazwiska ciekawych ludzi…
Książka powstała z przypadku. Postanowiłam bowiem uporządkować głęboką szufladę i inne zakamarki, by zebrać w jedno walające się luźne, często rozpadające się zeszyty, kartki i karteczki zawierające przepisy zbierane jeszcze przez moją mamę, by choć w tej jednej szufladzie zostawić po sobie ład. Uznałam, że to prawdziwe skarby zasługujące na przetrwanie – jak napisałam we wprowadzeniu do książki, nie mogłam tego związać sznurkiem i opisać „makulatura”.
I zaczęło się! Z każdym niemal przepisem wiązała się jakaś historia, jakieś wspomnienie. Ruszyła prawdziwa lawina wspomnień, które często były powiązane z odnalezionym przepisem, z jakąś poradą. Stąd tytuł książki „Historie kuchenne o miłości, rodzinie i sile tradycji”.
Zawsze byłam i jestem osobą bardzo zajętą. Marzę, by kiedy już trzeba będzie odejść stąd, odejść w biegu. Wszystko, co pisałam i piszę, powstaje „po godzinach”. Lubię, kiedy już cicho, spokój, wszystko wokół uśpione…

M.W.: W „Historiach kuchennych” odnajdziemy nie tylko tradycyjne przepisy kulinarne, ale także sposoby na złagodzenie różnych dolegliwości zdrowotnych. Twierdzi Pani, że dobrze dobrane posiłki są jak naturalne leki…
B.C.-K.: Sądzę, że wielu nie tylko spośród dietetyków i gastrologów, ale podobnych do mnie „praktyków kulinarnych”, znających swój organizm, doskonale wie, co pomaga, co szkodzi.
Każdy miewa od czasu do czasu jakieś gastryczne problemy, jedni większe, inni mniejsze. Ktoś, kto ma tzw. strusi żołądek da sobie radę i z tłustym pieczystym, z kotletem schabowym, z przysmażaną na cebuli kiełbasą… Jednak te ciężkostrawne potrawy można uczynić lżej strawnymi, odpowiednio je przyrządzając – wiele na to przykładów w mojej książce.
Moja mama przeżyła ponad 101 lat, do końca uwielbiała tłuste dania, ale na przykład „zakazane” mięsa piekłam obłożone szczodrze liśćmi kapusty, z ogromną ilością kminku i majeranku. Do chleba, który piekę w domu, zawsze dodaję sporo kminku albo czarnuszki, poza tym siemię lniane i ziarenka sezamu… Taki chleb można na ciepło zjeść, a domowy smalec z dodatkiem czarnuszki, lubczyku, kminku i majeranku nikomu krzywdy nie zrobi. Jeśli komuś zioła przeszkadzają, można je dokładnie – niemal na pył zemleć i wetrzeć w mięso lub dodać do chlebowego ciasta. A jeśli się taką pajdkę popije naparstkiem dobrej, schłodzonej czystej wódki (to z porad mojej mamy) człek zdrów i sił nabierze!
Kiedy jednak jesteśmy zmuszeni do stosowania nawet drastycznej diety, mamy do wyboru wiele bardzo zdrowych potraw z wykorzystaniem naturalnych ziół, które możemy hodować na kuchennym oknie przez cały rok. Można przyrządzać pyszne potrawy z warzyw, drobiu, a nawet z mięsa wieprzowego, którego się tak (modnie) boimy.
Jeszcze dodam, że w zdrowej kuchni nie powinna się pojawiać margaryna ani do smarowania chleba, ani do smażenia… Korzystać należy z masła, z masła klarowanego, smalcu, oleju czy z planty, która jest naturalnym tłuszczem – doskonałym do smażenia. Nieraz się zastanawiam, dlaczego planty się nie reklamuje.
Kilka uwag. Oczywiście masła nigdy nie smażymy, bo wtedy staje się trucizną. Kiedy rumienimy bułeczkę do kalafiora z wody czy knedli, albo leniwych pierogów, zawsze najpierw rumienimy startą bułeczkę, a dopiero kiedy jej kolor się zezłoci, dodajemy masło – już poza ogniem, by się tylko roztopiło. Nikomu wtedy nie zaszkodzi.
W „Historiach kuchennych o miłości, rodzinie i sile tradycji” – i w drugiej jej części – jest bardzo wiele przykładów na smaczne i zdrowe potrawy dla dorosłych i dla dzieci.

M.W.: Urodziła się Pani na Rzeszowszczyźnie, wychowała na Śląsku, a potem przeprowadziła do Warszawy. Czy odwiedza Pani dawne strony? Czy w Pani książce możemy odnaleźć kuchnię tamtych regionów?
B.C.-K.: Rodowód mojego ojca to Lwów, mama mówiła o sobie, że jest góralką – urodzona w Poroninie, dzieciństwo spędziła w Szaflarach i potem w Przemyskim. Oboje rodzice studiowali we Lwowie, a więc ukochana przez nich Galicja ze swoją znakomitą kuchnią: z barszczami, kulebiakami, kaszami, cwibakami, strudlami, pischingerem, pierogami, kutią… „Historie kuchenne” pełne są znakomitych przepisów stamtąd właśnie. „Siła tradycji” – z tytułu książki.
W latach czterdziestych losy rzuciły nas na Śląsk – tam niestety odnaleźli i aresztowali ojca. Oboje rodzice byli czynnymi żołnierzami AK i ZWZ na Podkarpaciu. W efekcie ojciec spędził 10 lat we Wronkach. Myślę, że fakt znalezienia się na Śląsku był dla nas – zwłaszcza dla naszej mamy – błogosławieństwem, znaleźliśmy się wśród wspaniałych, bardzo serdecznych i porządnych ludzi, wielu pomagało nam przetrwać. To był bardzo trudny czas. My byliśmy dziećmi, nasze życie było radosne i pełne przygód (dotąd mówię swobodnie po śląsku!).
To, co jedliśmy wówczas w domu, było mało śląskie, mama dwoiła się i troiła, by nam cokolwiek przyrządzić (dużo o tym w książce, jak bardzo się starała, jaka była nadzwyczajna).
Kuchnię śląską poznałam później, kiedy już miałam koleżanki, kiedy bywałyśmy u siebie. Pamiętam cudowne „nudl-zupy” (rosół z makaronem), rolady z kluskami i przepysznym sosem, krupnioki, modrą kapustę (zasmażaną), żymloki, kiszoną z jabłkami kapustę… Nie mówiąc o buchtach i kołoczach! Pyszności, ale u nas w domu była kuchnia polska – w miarę możliwości mama starała się o zachowanie tradycji.

M.W.: Skąd wzięła się Pani pasja do gotowania?
B.C.-K.: Od dziecka pamiętam starania mamy, by to, co nam podawała, było smaczne, ładnie (schludnie) podane. Stół zawsze był w domu najważniejszy. Przykryty białym obrusem małym bądź większym, zawsze w karafce świeża woda, a obok sól i kilka kromeczek chleba w koszyczku, jakiś, choćby jeden, kwiatek w niewielkim flakoniku. Wspólny stół to nauka pomagania sobie, usługiwania, dzielenia się codziennymi sprawami… Bezcenne w życiu nawyki.
Trochę pewnie „naokoło”, ale wspólne spożywanie posiłków tak szalenie spaja rodzinę, że chce się, by to, co gotuję, było smaczne, zdrowe, by był czas na celebrowanie – choćby raz dziennie. Moja „pasja” wzięła się też stąd, że kiedy rozpoczęłam własne potyczki w kuchni, trudno było o cokolwiek. Wszystko się przecież zdobywało, a kiedy już się przytaszczyło łupy do domu, trzeba było myśleć co i jak przyrządzić, by niczego nie zmarnować, by było ekonomicznie, smacznie i zdrowo… Nauka wyniesiona z rodzinnego domu każdego dnia zdawała egzamin.
Naukę „zdrowego sporządzania posiłków” rozpoczęłam w szkole Sióstr Niepokalanek w Nowym Sączu. Moja mama odebrała wykształcenie u Sióstr Niepokalanek w Jarosławiu od klasy pierwszej do matury, chciała pewnie, bym trochę pooddychała klasztorną atmosferą. Tam ostatecznie połknęłam żywieniowego bakcyla dzięki siostrze mojej mamy, zakonnicy, która uczyła nas zasad zdrowego żywienia. Wychowanka i absolwentka Snopkowa – swego czasu jednej z lepszych w Europie szkół dla panien, które w przyszłości miały odpowiedzialnie gospodarować w swoich domach… Siostra Taida (to jej imię klasztorne) ogromną wagę przywiązywała do zdrowego odżywiania się. Witaminy, sole mineralne, co gotować, jak gotować. Chłonęłam tę wiedzę.
Dość zabawnie opisałam swój pobyt w tej cudownej szkole w „Historiach…” , jednak już w technikum gastronomiczno-hotelarskim stwierdziłam, jak wiele tam skorzystałam i jak wiele się nauczyłam.
Potem za ciosem, skoro miałam dobre podstawy, postanowiłam wiedzę rozwijać, stąd studium dietetyczne. Wiedza o dietetyce okazała się bardzo przydatna w codziennym życiu.
Po latach praktyki twierdzę, że co było zdrowe, nadal jest zdrowe. Pojawiają się jakieś „nowomody”, ale mijają.

M.W.: Czy pamięta Pani swoją pierwszą, samodzielnie stworzoną potrawę?
B.C.-K.: Próbuję szperać w pamięci – sądzę, że była to zapiekanka. Cuda wymyślałam, żeby coś z byle czego… Kiedyś małżonek przyprowadził znienacka czterech kolegów z pracy na niezapowiedzianego brydża, a koledzy głodni. To musiała być zapiekanka, na pewno w jej skład wchodziło to, co tego dnia było w kuchni, a więc kromki chleba, dużo cebuli, kiszone ogórki, jaja podsmażone na odrobinie skwarek, kładzione kluseczki, garść zieleniny, trochę startego żółtego sera i kilka jaj, by to wszystko zalać. Głodni byli, nic nie zostało na dnie żaroodpornego naczynia.
Innym razem wymyśliłam gołąbka – to piękna historia sprzed wielu lat.
Popełniłam kardynalny błąd. Spodziewając się nazajutrz kilku osób na obiedzie, chciałam sobie ułatwić życie i przygotować danie w przeddzień. Kupiłam i przerobiłam na gołąbki dwie wielkie kapuściane głowy. Zwinięte, zgrabne ruloniki zrumieniłam na patelni, poukładałam warstwami w wielkim garze i zalałam sosem. Zasmażka idealnie zaciągnięta rosołem, dodałam śmietanę, koncentrat pomidorowy sól, pieprz i sporo posiekanego koperku. Sos – poezja! Zalałam tą poezją gołąbki, poddusiłam jeszcze chwilę na maleńkim gazie, skosztowałam i zachwycona uzyskanym efektem wytaskałam wielki, ciężki gar pełen pysznych gołąbków na balkon. Był koniec czerwca, dość chłodny wieczór. Kiedy następnego dnia przed południem (dzień wydawał się chłodny!) postanowiłam wnieść gar z powrotem do kuchni, okazało się, że gołąbki podniosły pokrywę na kilka centymetrów. Skisły! Co za marnotrawstwo produktów i pracy! Byłam jednakowo zdumiona co wściekła. Nie było jednak czasu na rozpamiętywanie…
Święte słowa mojej mamy „bieda matką wynalazków” przyszły w sukurs.
Wtedy właśnie powstał pomysł na jednego gołąbka. Obiecałam przecież Piotrowi na imieninowego brydża gołąbki, nie chciałam go zawieść. A jaki będą miały kształt, tego szczęśliwie nie ustalaliśmy.
Pognałam do warzywniaka, kupiłam kapustę, słoiczek koncentratu pomidorowego i pół kilograma pieczarek, została mi odrobina zmielonego mięsa. Miałam spory zapas cebuli.
Bo w domu zawsze musi być zapas wody, cebuli, czosnku i soli. Poza tym świeca i zapałki. To przyzwyczajenie przywiozłam ze sobą z domu rodzinnego.
Zeszkliłam kilka wielkich, byle jak pokrojonych cebul w kilku łyżkach oleju. Rozebrałam kapuścianą głowę na liście i sparzyłam je w dużym garnku – wszystkie naraz. Trzeba pamiętać, by zawsze po sparzeniu liści, kiedy już są miękkie, małym nożykiem odciąć zgrubiały koniec liścia, aż do nasady. Ugotowałam w dużej ilości trochę osolonej wody ryż. Gotowałam go jak makaron. Byle prędzej. Odcedziłam, był półtwardy.
Duże, głębokie, żaroodporne naczynie wysmarowałam masłem, szczelnie wymościłam kapuścianymi liśćmi i na nich rozsmarowałam farsz. Zmieszałam ryż z cebulą, lekko podrumienionym mięsem, posiekanymi kapuścianymi kaczanami, z pieczarkami, solą i pieprzem do smaku, dodałam siekany koperek i natkę z pietruszki. Przykryłam warstwą kapusty, rozsmarowałam trochę przecieru z pomidorów, docisnęłam i powtórzyłam. Powstały „trzy piętra”. Wierzch obłożyłam kapustą, zalałam szklanką rosołu (w gorącej wodzie rozmieszałam Vegetę), dodałam odrobinę masła, skropiłam olejem, przykryłam pokrywą i wsunęłam kapuściany pakunek na godzinę do bardzo gorącego piekarnika. Po mniej więcej godzinie zalałam „gołębia” szklanką śmietany, w której rozbełtałam 2 łyżeczki przecieru pomidorowego, łyżkę mąki, odrobinę soli i sporo pieprzu. I wsunęłam jeszcze raz do piekarnika, już bez przykrycia, na 40 minut.
Tak powstało nowe danie – znacznie mniej pracochłonne niż tradycyjne gołąbki.
Od tego czasu, jeśli mam w planie gołąbki, a spodziewam się większej liczby osób, przygotowuję takie „gołąbkowe” danie.
Do tego dania jak do wszystkich gołąbków bardzo smakuje upieczony w domu, świeży, z dużą ilością kminku, chleb. Trudno o smaczniejszy zestaw. Może jeszcze dobrze schłodzone piwo…
Pamiętam też pewien dzień z czasów przedkartkowych. W domu było tylko kilka kartofli i śmietana. Niewiele myślałam. Wstawiłam kartofle do gotowania, śmietanę wlałam do dużej butelki i „wywijając oberki” trzęsłam śmietaną, aż powstały grudki masła. Gotowe wylałam do głębokiej salaterki i była pyszna kolacja – kartofle ze świeżym masłem i pyszną maślanką.
Jest jeszcze kilka tortów i ciast… Są opisane w obydwu książkach.

M.W.: Dla jednych gotowanie jest przyjemnością, dla innych męczącym obowiązkiem. Co by Pani poradziła osobom, które nie lubią przebywać w kuchni? Czy jest jakiś sposób, by temu zaradzić?
B.C.-K.: W wywiadzie dla „Pielgrzyma” powiedziałam, że kuchnia to moje centrum dowodzenia – to serce domu. Tak traktuję kuchnię. Robię w niej wiele, mogłoby się wydawać, niepotrzebnych rzeczy… Gotuję, wekuję, zamrażam, po czym wciskam dzieciom.
Póki dzieci w domu, cieszmy się wspólnym zasiadaniem do stołu. Można upiec razem pizzę zamiast czekać na zamówioną, zajmie to tyle samo czasu co oczekiwanie na dostawcę, a ile cudownych zapachów… Powtórzę, co wielokrotnie powtarzam. Nic nie jest tak ważne jak zasiadanie przy wspólnym stole. Nie zawsze jest to łatwe, nigdy nie było, ale nic innego tak nie scala rodziny, jak wspólny posiłek, choćby najskromniejszy. Spożycie go we własnym gronie ma nieocenione znaczenie. Pomaga budować wzajemną więź, daje poczucie bezpieczeństwa tak bardzo potrzebne dzieciom. Właśnie przy stole najlepiej można poczuć ciepło domowego ogniska. W takiej atmosferze wszystkie posiłki będą wyczekiwane i niezapomniane.
Moim zdaniem to jeden z lepszych sposobów na polubienie kuchni.

M.W.: Oprócz gotowania Pani pasją są ogrody…
B.C.-K.: Kocham ogrody, drzewa, a w nich ptaki. Nie przeszkadzają mi krety ani nornice.
Zdaję sobie sprawę z tego, że w miejscu, gdzie założyłam ogród, one były przede mną, one urzędują pod ziemią, ja na jej powierzchni. Cierpię na widok ukamieniowanej najróżniejszymi kostkami bauma i nie bauma ziemi. Stworzyłam ogród z myślą o ptakach, one w nim rządzą. Opisałam swój ogród w obydwu książkach, bo to dla mnie i dla mojej rodziny bardzo szczególne miejsce. Napisałam kiedyś w jakimś wierszyku „listkami smukłej topoli dotknęłam skrzydeł ptasich”. Karmię i poję tę skrzydlatą brać z wielkim oddaniem.

M.W.: Podkreśla Pani, że rodzina jest najważniejsza. Proszę o tym opowiedzieć.
B.C.-K.: Jestem szczęściarą, bo dla mnie rzeczywiście rodzina jest najważniejsza. Czego bym nie napisała, będzie brzmiało banalnie, bo kochanie to codzienna radość z bycia razem, radość z najdrobniejszych sukcesów bliskich. Byłam młodą dziewczyną, kiedy usłyszałam, że „serca, które kochają nigdy się nie starzeją”. Mój wiek upoważnia do stwierdzenia, że to prawda.

M.W.: Na jednym z blogów recenzujących Pani książkę można przeczytać historię pewnego rosołu ściśle związanego z miesiącem miodowym Pani syna. Jak to było?
B.C.-K.: Był późny wieczór. Zadzwoniła moja córka Ania, niemal płacząc. Zziębnięta, zmęczona po kilkunastogodzinnym dniu pracy. Moje biedne, zdruzgotane dziecko dopiero wraca do domu. Wiem, że Witek też zapracowany, przemęczony i zaziębiony.
Co robi kochająca matka? Snuje straszliwe domysły… Że lodówka na pewno u nich pusta i w garnkach pustka, a biedne moje dzieci przemęczone, głodne, zaziębione zasiądą przy kubkach z herbatą, by zebrać siły na jutro…
Tymczasem w mojej kuchni marnuje się gar świeżo ugotowanego rosołu. To nic, że późny wieczór, to tylko kilka ulic stąd. Przecież i tak nie zasnę. Musiałabym serca nie mieć…
Szpunt z wanny, spódnica i sweter na grzbiet, wparowałam do kuchni, zrobiłam lane kluseczki. Napełniłam dwulitrowy słój gorącym pożywnym rosołem, wcisnęłam go do wiklinowego koszyka i w drogę…
Jadę z odsieczą!
Zadzwoniłam już z samochodu. Anusiu, jadę do was z gorącym rosołem. Maaamo… Nie męcz się, daj spokój, idź do łóżka, jest późno, ja jestem już prawie na miejscu, zaraz będę na parkingu, zaraz będę w domu. Rzeczywiście brzmiała już lepiej, trochę mnie uspokoiła, ale jej nie słuchałam. Coś jeszcze opowiadała….
Skupiłam się na jeździe samochodem. Przecież miałam w głowie swoje…
Aniu, już jestem pod waszymi drzwiami.
Otworzył mi Witek. Uśmiechnięty i rozbawiony, dobry wieczór, mamo. Chodź, fajnie, że przyjechałaś, wypijesz z nami winko. Ania właśnie przygotowuje meksykańską kolację. Moje smutne sprzed czterdziestu minut dziecko, w kuchni, uśmiechnięte, szczęśliwe, okręcone fartuszkiem miesza na wielkiej patelni jakąś pachnącą egzotycznie strawę.
Dzieci są dla mnie wyrozumiałe i czułe. Witek „ucieszył” się, że będzie miał rosół na śniadanie. Wiem, że lubi zupę na śniadanie – jedyna pociecha.
Poczułam się jak idiotka. Zepsułam im romantyczną kolację we dwoje. To pewne. Nam nikt takich numerów nie robił. Żeby do młodego małżeństwa? Po nocy? Z rosołem?
Muszę się pilnować. Szczęście, że nie mają mnie za ścianą! Przypomina mi się pewien horror, w którym straszna mamuśka codziennie przynosi jedzenie swojemu synkowi, bo synowa na pewno tak nie umie gotować. Koszmarny film. To się jakoś strasznie skończyło. Chyba ją zamordowali?!
Jestem jak kwoka, która wprawdzie pozwoliła się wykluć swoim kurczętom, wypuściła je spod skrzydeł, ale na byle piśnięcie stawia grzebień do pionu, rozczapierza skrzydła i leeeci z wrzaskiem na złamanie karku ratować potomstwo.
Co ja wyprawiam?!
Muszę trzymać na wodzy swoją wyobraźnię i pozwolić dzieciom żyć.

M.W.: Wspaniała historia! A co robi w wolnym czasie Barbara Czaykowska-Kłoś? Jak Pani odpoczywa, jak dba o zdrowie, urodę?
B.C.-K.: Gimnastykuję się. Ćwiczę, pływam, kiedy mogę. Odpoczywam, „robiąc co innego”. Jeśli zmęczę się malowaniem ściany, to zabieram się za koszenie trawnika. Odpoczywam czynnie. Nie potrafię inaczej. A uroda… O, to już poważniejsza sprawa. Od czasu do czasu dostrzegam, że skóra jakaś taka nie moja, ale błyskawicznie się pocieszam, przecież ja jestem w środku – wciąż młoda, zwinna, tylko czasem coś zapominam… Przypomina mi się nasz kochany pies Pan Migdał. Był już wieczór, krzątałam się w kuchni kiedy wszedł dostojnie Pan Migdał. Stanął na środku, spojrzał na mnie i wycofał się tyłem do przedpokoju. Po chwili pędem wparował z powrotem, dobiegł do miski z wodą – chciał się napić wody, ale zapomniał.
Żeby ćwiczyć umysł wracam do starych „nowości”, które uginają półki. Kiedyś byłam bardziej zmęczona – podczas czytania zasypiałam, kilka wspaniałych książek utopiłam podczas kąpieli. Bezczynność zawsze mnie usypiała.
Uroda? Najlepszą metodą na urodę jest poranny zimny prysznic. Nacieram całe ciało grubą solą, po czym spłukuję zimną wodą. Od razu jestem rześka, zwarta, gotowa na dzień.

M.W.: Czy czytelnicy „Historii kuchennych” mogą liczyć na kolejną książkę Pani autorstwa?
B.C.-K.: Napisałam kolejną książkę – jest kontynuacja pierwszej. Jej tytuł „Historie kuchenne o miłości, rodzinie i sile tradycji” z podtytułem „Czym chata bogata”.
Mam nadzieję, że podobnie jak pierwsza, zyska przychylność czytelników.

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany