Iwona Pasińska – nigdy nie jest za późno ani za wcześnie

Iwona Pasińska – nigdy nie jest za późno ani za wcześnie

Taniec to ukłon w stronę seniorów, którzy nigdy nie mieli czasu dla siebie, to podziękowanie dla tych wszystkich, którzy się poświęcają rodzinom, wnukom – wywiad z Iwoną Pasińską.

Iwona Pasińska – tancerka, choreograf, pedagog, doktor teatrologii. Z Polskim Teatrem Tańca, którego została dyrektorem, jest związana od 1989 roku. Pracuje z seniorami, tworząc spektakle, w których występują wspólnie z zawodowymi tancerzami.

Maria Orwat – instruktorka improwizacji tańca i symboliki ciała oraz nauczycielka tańców w kręgu.

Maria Orwat: To dla mnie bardzo ważny wywiad, od kiedy zorientowałam się, że tworzy Pani spektakle, w których biorą udział seniorzy i zawodowi tancerze.
Iwona Pasińska: Spotykamy się już od siedmiu lat i zawsze mieliśmy próby z profesjonalistami, tylko w innej roli. Nie łączyliśmy ich z seniorami, ale uczyliśmy, razem budowaliśmy doświadczenie, które pozwalałoby im swobodnie czuć się na scenie. I zawsze było to robione pod innym kątem: parabaletowe przy „Święcie Wiosny”, paraoperowe przy „Upadłych Aniołach”. Przy „Cyrkostradzie” z kolei uczyliśmy się chodzić na szczudłach, żonglować, a w czasie naszego ostatniego spotkania w sierpniu zgłębialiśmy tajniki kujawiaka.

M.O.: Jak to się zaczęło, skąd wziął się pomysł na tę formę współpracy?
I.P.: Pisałam pracę doktorską, bardzo sumiennie się do niej przygotowywałam, dodałam problematykę ciała w różnych relacjach, to oczywiście chodziło o ciało z perspektywy widzenia teatru. Bardzo zafrapował mnie temat, jak ciało dojrzałe, mało doświadczone przekazuje informacje o sobie. I zapragnęłam pracy z seniorami, którzy przynoszą swoje historie zapisane w sobie – w zmęczeniu, we wrażliwości, w smutkach, bólach, w całej historii ich życia. Zaczęłam się temu przyglądać i tak narodziło się pragnienie współpracy. Najpierw wychodziłam z teorii, z tego co chciałam sobie doczytać, przestudiować i zgłębić, a potem musiałam wejść w praktykę. W 2010 r. odbyła się nasza pierwsza wspólna produkcja z seniorami.

M.O.: Jaka była reakcja ludzi, gdy zobaczyli seniorów na scenie?
I.P.: Strasznie na mnie nakrzyczano, że takich rzeczy się nie robi. Teraz, po tych siedmiu latach od naszego pierwszego występu, praca w programach z tzw. osobami wykluczonymi, jest normalna i nikogo nie zaskakuje. Niemniej dla mnie to jest szalenie obraźliwe określenie. Bo ja nie czuję, że seniorzy są grupą wykluczoną. Te programy, które się pojawiły od 2010 roku, pozwoliły dojrzałemu ciału egzystować na takich samych warunkach w tym performatywnym świecie, jak ciału mniej doświadczonemu. Pamiętam natomiast, jak mocno mi zarzucano, że tego się nie robi. Bardzo przeżyłam tę krytykę na mnie, na kogoś kto wyciąga okrutne rzeczy dla widza. Widzowie po prostu nie chcieli oglądać doświadczonych ciał.

To było hamujące, ale nie dlatego zrobiliśmy przerwę w pracy z seniorami. Chodziło po prostu o kwestie lokalowe – obiecałam seniorom, że jak ktoś nas „przytuli”, da nam salę do ćwiczeń, a w perspektywie możliwość wystawienia tego, co przygotujemy, to od razu to robimy. I tak się stało. Po dwóch latach, w 2012 roku, zaproponowałam w Zamku projekt z seniorami na 2013 rok, w którym wypadało 100-lecie „Święta Wiosny”. Pomyślałam, że pięknie byłoby porozmawiać z widzami, co jest sensem ofiarowania światu dzisiaj, jaką czynimy ofiarę. „Święto Wiosny” jest o rytuale poświęcenia młodej krwi – żeby można było zacząć dobre zbiory, coś trzeba poświęcić, wtedy inne może wyrosnąć. Myśmy bardzo dużo dyskutowali wówczas o tym, co jest dzisiaj tu i teraz, i wyszło nam, że nikt nie chce umierać, myśleliśmy o tym „Święcie Wiosny” w kontekście życia, zbiorów. Doszliśmy do wniosku, że medycyna może nam zapewnić ileś tam części zamiennych i zadawaliśmy sobie pytanie po co. Chcieliśmy, żeby widz też o tym pomyślał. Stworzyliśmy targowisko narządów do przeszczepów i wtedy doszliśmy w naszym myśleniu do wniosku, że pragniemy tak bardzo żyć, iż poświęcimy kogoś, żeby przetrwać. Pierwszy raz rozmawialiśmy o śmierci, to temat tabu.

Przy realizacji „Cyrkostrady” cały spektakl poświęcony był tej jednej myśli, co może migać, jakie obrazy widzi człowiek tuż przed śmiercią. Temat samej śmierci jest wypychany, nie mówi się o niej, nie widzimy, gdzie ktoś umiera. Kiedyś umierało się w domu, teraz w hospicjum. Nie ułaskawiamy śmierci, bo w dyskursie społecznym jesteśmy młodzi, piękni i bogaci. To nie ma nic wspólnego z tym, jak naprawdę jest, żyjemy czymś, co jest odklejone od rzeczywistości. Gdyby nie „Święto Wiosny”, te rozmowy, które nam bardzo pomogły, nie zrobilibyśmy „Cyrkostrady”, nie oswoilibyśmy śmierci.

Dwie rzeczy mnie frapują, jeśli chodzi o człowieczeństwo. Skąd w człowieku tyle złości i dlaczego nie potrafimy odchodzić z zawodu, z pracy, przegrywać. Musimy konkurować w rzeczach najsłabszych, najgłupszych, najbardziej prozaicznych, absurdalnych.

M.O.: Zakończenie pewnych etapów życia też jest w pewnym sensie śmiercią?
I.P.: Tak, każdy z nas tylko tego jednego jest pewien, bo cała reszta to niewiadoma.

M.O.: Jakie jeszcze spektakle zrobiła Pani z seniorami?
I.P.: „Święto Wiosny” robiliśmy na Śródce, potem była „Cyrkostrada, „Upadłe Anioły”, a w międzyczasie dostaliśmy zaproszenie do Europejskiej Stolicy Kultury – Wrocław, gdzie pokazywaliśmy „Wehikuł Czasu”, w którym seniorzy zamieniali się w nieznośne bachorki i mogli sobie pofolgować.

M.O.: Jak długo przygotowuje się Pani do pracy ze spektaklem?
I.P.: Przygotowania do projektu trwają wiele miesięcy. Trzeba znaleźć środki finansowe, czas, uruchomić produkcję. Przez około trzy miesiące spotykamy się, a potem spektakl się przerywa, układa, włączamy w niego osobiste przemyślenia i nagle z tego wszystkiego robi się rok.

M.O.: Zauważyłam, że więcej osób pracuje z seniorami. Jeden pan tak pięknie mówił o kujawiaku. Byłam zachwycona. Czy mogłaby Pani wymienić te osoby i scharakteryzować ich pracę?
I.P.: Leszek Rembowski jest fachowcem od folkloru. Postaraliśmy się o zajęcia z nim, również dla tancerzy. Nauka folkloru i tańca jest zaniedbana w szkołach, a szkoda. To jest coś, co tworzy naszą miłość, tożsamość, kulturę. Kujawiaki, oberki były obecne przy weselach i chcieliśmy odtworzyć ducha tych tańców.

Każdy w teatrze jest równocześnie pedagogiem. Obserwując zajęcia Fabiana Fejdasza z dziećmi, tancerzami, pomyślałam, że byłby idealną osobą do poprowadzenia zajęć z osobami, które chciałyby tylko potańczyć. Cieszę się, że tak owocnie prowadził dansingi, codziennie pod innym hasłem.

Pani Urszula Bernat-Jałocha przekazuje treści moje i reżysera seniorom. Uczy ich kroków do tańca. Troszczy się o komfort tańczących, drukuje teksty, dostarcza je każdej osobie i pilnuje, aby zawsze była herbata, kawa, woda i paluszki.

M.O.: Kiedy znowu będą dansingi? Czekamy na nie.
I.P.: Wiem, że czekacie. Mamy problemy lokalne, jesteśmy gośćmi w szkole, ale zdobyliśmy środki unijne, podpisałam umowę z marszałkiem województwa wielkopolskiego. Jesteśmy po przetargach i ruszamy z budową. Będziemy mieć swój własny kąt, w którym będziemy mogli, niezależnie od jakichkolwiek działań, urządzać, co chcemy. Myślę też nad wydarzeniami świątecznymi, żebyśmy mogli pożegnać ten rok, który jest Rokiem Guślarzy oraz przywitać wszystkie spektakle, które się pojawiły: „Żniwa” i „Wesele. Poprawiny”. A przyszły rok będzie Rokiem Bogów z nowymi premierami.

M.O.: Jak wygląda doświadczenie seniorów w tańcu? Czy jest jakaś selekcja? Czy są osoby, które od początku tańczą?
I.P.: Tak, to państwo: Tadeusz, Urszula, Janina, Emilia, Krysia, Nina. Niektórzy znikają na moment z różnych powodów, znam wszystkie ich historie, pamiętam, co przydarza się im w życiu. Chorują nie tylko seniorzy, ale dzieci, wnuki. Jesteśmy w stałym gronie, nie ma żadnej selekcji. Kto przyjdzie to przyjdzie, ważne, że ma otwarty umysł, nawet jak nie ćwiczy, to bierze udział w próbach. I tak długo razem spędzamy czas, aż zrozumiemy ideę, sens i znamy materiał, a wtedy nie ma „zmiłuj się”. Przy realizacji „Wesela. Poprawin” w reżyserii Marcina Libery seniorzy występowali bardziej gościnnie – była to pierwsza próba połączenia profesjonalistów z amatorami.

M.O.: Jest Pani pasjonatką ruchu, jego różnych form. Jak to się ma do zastygłych, schematycznych wzorców poruszania się seniorów?
I.P.: W poruszaniu się seniorów nie ma żadnych schematów, to jest budowanie mitów wykluczenia, takie stanowisko mnie obraża i irytuje. Oni nie są wykluczeni, to my mamy jakąś szufladkę i sami ich wykluczamy.

Powołałam Movements Factory Company, wymyśliłam taką nazwę, żeby była znana, i czytelna na całym świecie, nie tylko u nas. To jest Fabryka Ruchu. Jesteśmy w stanie zorganizować się i pojechać w świat, zwłaszcza, że operujemy tak cudownym i czytelnym narzędziem, jakim jest ciało.

M.O.: Jestem zachwycona starszymi ludźmi, ile mają w sobie piękna, całe życie jest wypisane na ich twarzach.
I.P.: Wszystko widać w zmarszczkach, w bruzdach, sama twarz mówi, a do tego dołączamy gest, sposób chodzenia, artykulacji nie tylko dźwięku, ale zamiarów ciała. Ciało mówi więcej. Słowem możemy okłamać. Czy ciałem też? Zostawiam to bez odpowiedzi, lubię wracać do tego pytania, bo teatr jest takim miejscem, gdzie budujemy oszustwo, gramy pewne role.

M.O.: Co w pracy z seniorami sprawia Pani największą trudność?
I.P.: Nic mi nie sprawia trudności, może dlatego, że wychowywała mnie babcia. Choć teraz jestem starsza, a babcia ma 91 lat i czuje się świetnie, ta różnica nie maleje. To też jest taki ukłon dla seniorów, którzy nigdy nie mieli czasu dla siebie, to podziękowanie dla tych wszystkich, którzy się poświęcają rodzinom, wnukom.

Taniec

M.O.: Czy można wzbogacić rytm i ruch w nas samych, czy jesteśmy w pewnym sensie skażeni przemijaniem czasu?
I.P.: Nie ma żadnej przeszkody, mamy techniki nauczania i eksperymentujemy. Uczyliśmy się dużych tekstów na pamięć. Praworęczni seniorzy musieli wykonywać wszystkie czynności w domu lewą ręką, żeby zauważyć bogactwo ruchu w nich samych, którego nikt wcześniej nie odkrył. Nie myślało się ciałem, do czego mamy dyspozycje. Seniorzy odkrywają w sobie, że mogą np. śpiewać, tańczyć. Traktuję te spotkania w teatrze jako budowanie doświadczenia, sprawdzania tego, w czym można się czuć najlepiej, żeby mieć frajdę z życia. I teatr ma tę cudowną zaletę, że eksperymentujemy bez żadnej konsekwencji. W życiu nie możemy tego zrobić. Zagłębiając się w ciało dojrzałe, zastanawiam się, czy jest kiedyś za późno na budowanie tego doświadczenia albo czy jest na coś za wcześnie. Nigdy nie jest za późno ani za wcześnie, dlatego zdecydowałam się na pracę z seniorami i juniorami. Przecież te nasze pociechy miały po trzy, cztery lata, jak tu przyszły.

M.O.: Jakie ćwiczenia zaproponowałaby Pani seniorom, żeby poprawić ich kondycję psychofizyczną?
I.P.: Są pewne nawyki w ciele i nie zdecydowałabym się powiedzieć, że należy robić to czy tamto, bo najpierw trzeba zdiagnozować, z jakim borykamy się problemem, który jest konsekwencją tego, że nikt nas w życiu cieleśnie nie ustawił, nie zadbał, żebyśmy chodzili całą stopą, nie zginali się na prostych kolanach, bo robimy sobie krzywdę. Jest mnóstwo takich nawyków. Jak nie widzę ciał, to nie mogę powiedzieć, co można robić. Zachęcam jednak do zastanowienia, co mi działa w ciele, co podnosi łokieć, ramię, nadgarstek, jak zachowuje się moja głowa, miednica, czy idzie w jednej linii. Do tego, aby analizować swój ruch, to wpływa na jego jakość i na naszą postawę. Przy takich normalnych czynnościach warto pomyśleć, co ciało wykonuje i wtedy to ciało zaczyna inaczej pracować. Zaczyna się praca mięśni, jak zaczynamy o tym myśleć, to mimo woli, mimo złych nawyków mięśnie się same aktywizują i wytwarza się gracja. Nie trzeba chodzić na żadne aerobiki czy siłownie, tylko obserwować: podniosłam ramię i co się stało, pomyśleć o kośćcu, mam jakieś mięśnie, co się rusza, gdy siedzę, mam pępek podciągnięty czy puszczony, jak stawiam stopę i okazuje się, że mięśnie zaczynają się same aktywować i zaczynamy poruszać się z wdziękiem.

M.O.: Czyli Fabryka Ruchu.
I.P.: Ładnie to pani skończyła.

M.O.: Jakie są plany na przyszłość, jakie marzenia?
I.P.: Marzenia są po to, żeby je realizować i polecam każdemu marzyć… jak najmniej. Wtedy to się zawsze spełnia i ma się takie poczucie, że to, co się wymyśliło, zawsze wychodzi. Trzeba je dostosować do swoich potrzeb – nie marzę o tym, z czego i tak bym nie skorzystała. Wszystkie swoje marzenia realizuje, ale nie marzę więcej niż potrzeba. Polecam małe kroczki w zdrowych marzeniach.

Maria Orwat: Dziękuję za rozmowę.
Iwona Pasińska: Cieszę się, że Pani przyszła, życzę nam jak najwięcej spotkań. Żeby trwały jak najdłużej.

 

Kolejny wywiad przeprowadzony przez Marię Orwat ukaże się w lutowym wydaniu Gazety Senior. Zapraszamy do lektury.

CATEGORIES
TAGS
Share This

COMMENTS

Wordpress (0)
Disqus ( )