Jestem fanką drzemek

Pisarka, autorka sztuk teatralnych, felietonistka, blogerka, plastyczka. Od wielu lat aktywistka w temacie profilaktyki raka piersi, nie stroni też od udziału w sprawach dotyczących praw kobiet. Silna, odważna, twórcza. O umiejętności chorowania, twórczości, ogrodnictwie, miłości i rodzinie opowiada w rozmowie z Magdą Wieteską.

Krystyna Kofta_v1

 

Magda Wieteska: Z wykształcenia jest Pani filologiem polskim i plastyczką. Czy kiedykolwiek pracowała Pani w zawodzie, prowadząc zajęcia z którejś, a może obu, tych dyscyplin?
Krystyna Kofta: Po maturze poszłam do pracy w Fabryce Pomocy Naukowych, żeby zarobić trochę grosza na studia. Rodzice byli starsi, ojciec schorowany, zawałowiec, matka ciężko harowała, nie mogłam przecież brać od nich pieniędzy. Nauczyłam się bardzo wcześnie na siebie zarabiać. Już w liceum plastycznym, z moją przyjaciółką pracowałyśmy jako plastyczki na Targach Poznańskich. Robiłam też kartki świąteczne i telegramy ślubne. Na rynku nic nie było, więc wszystko się dobrze sprzedawało. W fabryce pracowałam na etacie fizycznym, tak mnie zakwalifikowali, bo były wyższe wynagrodzenia. Godziny pracy od 6.00 do 14.00, odbijanie karty obecności itd. Wtedy postanowiłam, że po skończeniu studiów już nigdy nie będę pracować na etacie i słowa sobie dotrzymałam. W tej fabryce robiłyśmy z koleżanką z liceum kronikę zakładu. Przez jakiś czas pracowałam jako projektant plastyk w zakładzie Badań i Doświadczeń Przemysłu Okuć i Instalacji Budowlanych, na bardzo samodzielnym stanowisku. Udało mi się namówić dyrekcję, żeby pozwolili mi pracować w domu, trzy razy w tygodniu przychodziłam i pokazywałam projekty. To była zdecydowanie lepsza praca. Bardziej twórcza. Podczas studiów sprzedawałam swoje rysunki piórkiem, żeby dołożyć do budżetu domowego, bo na pierwszym roku wyszłam za mąż. Przygotowałam dwie wystawy plastyczne swoich prac, niestety, część sprzedałam „na życie”. Od czasu do czasu zapraszano mnie, żebym wygłosiła wykład na Uniwersytecie Warszawskim, na filologii polskiej albo na Kulturoznawstwie. To były niezwykłe, bardzo inspirujące doświadczenia, choć pro publico bono.

M.W.: Jest Pani autorką kilkunastu powieści, wielu opowiadań, scenariuszy filmowych i teatralnych, publicystką, felietonistką, blogerką. W którym z tych gatunków najbardziej się Pani spełnia i dlaczego?
K.K.: Jestem pisarką. To mój zawód, moje zamiłowanie to pisanie powieści, choć to praca niełatwa. Twórczość, przynajmniej dla mnie, wymaga samotności i skupienia. Pisuję felietony do Twojego STYLU, od 25 lat! Mam tam swoją kolumnę i czytelniczki, które starzały się razem ze mną. Teraz czytają mnie także ich córki. Bardzo lubię mieć kontakt z młodzieżą, myślę, że młodzi uczą się trochę ode mnie, a ja od nich. Może dlatego właśnie lubię i cenię nowe techniki, prowadzę blog. Sieć to jest nadzwyczajne medium. Daje poczucie wolności. Pisze się tekst i natychmiast jest dostępny! Teraz pracuję nad powieścią, no i prowadzę dzienniki, od przeszło pół wieku! To kopalnia nie tylko zapomnianych zdarzeń, wspaniała podpora pamięci, no i materiałów twórczych, bo zapisywałam tam pomysły.

M.W.: Jak pracuje Krystyna Kofta? Czy jest Pani systematyczna i np. regularnie od godz. 8.00 do 16.00 siedzi Pani przy komputerze, czy też proces twórczy wygląda u Pani zupełnie inaczej?
K.K.: Staram się pisać codziennie. Zwykle rano przygotowuję obiad, a potem siadam do komputera albo do notatek, bo dużo piszę ręką i siedzę kilka godzin, cztery do pięciu. Dłużej nie mogę, bo umysł zmęczony przestaje być wydajny. Po obiedzie mogę jeszcze wrócić do tekstu, ale raczej do poprawiania. W niedzielę nie pracuję, bo u mnie w domu mówiło się „niedzielna praca nie popłaca”, nie wiem, czy to przysłowie ogólne, czy wymyślił to mój ojciec.

M.W.: Na łamach „Wysokich Obcasów” ukazała się Pani opowieść o ojcu.
K.K.: To był tekst w „WO EXTRA” pt. „Jak mnie wychowano”. W WO miałam okładkę i wywiad, po wydaniu powieści „Suki”. Książka mówiła o świecie mediów. Wywiad świetnie zrobiony przez Agnieszkę Fedorczyk, na temat dzieciństwa, twórczości, choroby.

M.W.: Pisze Pani, że wielu zawdzięcza ojcu, m.in. umiejętność chorowania. Przeszła Pani chorobę nowotworową, którą miała – jak Pani często podkreśla w wywiadach – na własne życzenie. Proszę powiedzieć – jak żyć z rakiem, żeby przeżyć? I żeby, już po wyzdrowieniu, nie zaczynać każdego dnia myślą „a co, jeśli będzie nawrót”?
K.K.: Właśnie umiejętność chorowania jest tym, co chroni przed rozpamiętywaniem. Mój ojciec był bardzo chory na serce, miał cztery zawały, przy czwartym umarł. Te trzy przeżywałam razem z nim, czwarty miał, gdy byłam mężatką i mieszkałam oddzielnie. Miał ciężkie przeżycia, najpierw podczas wojny, gdy odmówił zostania „Rajsdojczem”, bo był urodzony w Rzeszy, za tę odmowę został skierowany do kopania rowów, potem niszczyła go komuna, jako przedwojennego burżuja, mimo że fabryka ojca się spaliła i nic nie mieliśmy. Klepaliśmy biedę. A mimo tych przeciwności tata był najpogodniejszym i najweselszym człowiekiem, jakiego znałam. Umiał chorować. Nie zadręczał nas nigdy swoim stanem zdrowia. Po każdym zawale podnosił się i żył normalnie. To we mnie zostało. Nie skupiać się na chorobie, pracować, jeśli tylko można. Mam filozoficzny stosunek do choroby. Skoro udało mi się ocaleć, to lepiej doceniam to, co jest mi dane. Nie jęczę zbyt często, bo oczywiście załamania i depresje się zdarzają, każdy człowiek ma do tego prawo, a chory tym bardziej.
Starałam się oszczędzać bliskich. Męża i syna, bo wiedziałam, że cierpią razem ze mną, a czasami bardziej niż ja. Zwłaszcza syn był niezwykle pomocny, gdy mógł jeździł ze mną na chemioterapię, chodziliśmy razem na zakupy. Mieszkał już oddzielnie, ale był bardzo pomocny. Siła naszego związku, naszej małej, trzyosobowej rodziny bardzo się dla mnie liczyła. Wiele kobiet było w depresji, porzucone, bez wsparcia, bo mąż odszedł, to bardzo utrudnia zdrowienie. I jest paskudne, że opuszcza się najbliższą osobę w najcięższej życiowej sytuacji. Problem tkwi w tym, żeby się z depresji otrząsnąć, a przy braku miłości to bardzo trudne. Lecz wykonalne. Nad tym trzeba popracować. Ja nie miałam z tym wielkiego problemu, bo ciągle jestem zajęta. Nawet podczas chemioterapii pracowałam na tyle, na ile mogłam, bez szaleństw, ale nie zawaliłam terminu oddania felietonu ani razu! Po chorobie od lat zajmuję się profilaktyką raka piersi, bo zdałam sobie sprawę, że jest wiele kobiet, które nigdy się nie badały, tak jak ja. Bo rak nie boli. Wydawało mi się, że mój organizm dałby jakieś znaki. Nie łudźcie się! Początki są bezobjawowe, a rak się w ciele panoszy, rośnie! Przy każdej okazji staram się namówić kobiety do badań, tak że teraz, jeśli ktoś czyta ten wywiad, a nie robił badań, powinien to natychmiast naprawić. Zwłaszcza seniorki są bardziej narażone niż młode kobiety.

M.W.: Dotyka Pani spraw szczególnie bliskich kobietom: aborcji, gwałtu, relacji damsko-męskich. Czym jest dla Pani feminizm?
K.K.: Dla mnie feminizm jest stanem świadomości. Wspólnotą, jaką czuję z kobietami. Jeśli mogę, pomagam kobietom, przecież rak piersi to nasza, kobieca choroba, dlatego postanowiłam mówić o tym otwarcie. Są rzeczy, które trzeba piętnować i są takie, które trzeba zrozumieć. Konieczny jest dialog, ale to u nas towar reglamentowany, jak cukier czy mięso na kartki w PRL-u. Nie słyszałam, żeby ktoś ciągnął siłą kogoś na aborcję. Co zaś do gwałtu, to na ogół ofiara musi się tłumaczyć, jak była ubrana, dlaczego znalazła się w takim miejscu. Wyroki są niskie, kary są łagodne. W Wielkiej Brytanii jest zupełnie inaczej. Tam nie ma zmiłowania. To się trochę zmienia, świadomość rośnie, także dzięki organizacjom samorządowym, dzięki Kongresowi Kobiet, gdzie mówi się o tych sprawach. W zeszłym roku były panele poświęcone alimenciarzom. Milion dzieci w Polsce nie otrzymuje świadczeń! To woła o pomstę do nieba. Politycy dziwią się, że kobiety niechętnie wychodzą za mąż, mają mało dzieci. Jak może być inaczej? Jeśli dziewczyna nigdy nie widziała ani ojca, ani też grosza od niego to jasne, że nie będzie się pchała w związek. Państwo się na nią wypnie, bo nawet 500+ samotna matka z jednym dzieckiem nie dostanie. Najbardziej pokrzywdzeni zawsze dostają po głowie. Zwłaszcza kobiety, bo alimenciarze mają się dobrze. Mówi się, że on nie ma pracy, że nie ma jak płacić. A matka może? Musi!

M.W.: Nie boi się Pani publicznie wypowiadać słów, które mogą zostać uznane za kontrowersyjne, jak np. w wywiadzie na temat zdrady, gdy powiedziała Pani, że zdradziła męża. Skąd taka odwaga, a może to potrzeba, by mówić o tym, co ważne i nie szkodzi, że osobiste?
K.K.: Ja w ogóle mało czego się boję. Choroby, śmierci bliskich, jednak nie otwartego mówienia o ważnych sprawach. To się nazywa odwaga cywilna. U nas odważnych jest mało, ale i tak już jest lepiej, niż było. Mówiłam wówczas, że ludzie przywiązują zbyt wielką wagę do zdrady cielesnej, a dla mnie znacznie gorsza jest zdrada duchowa, nielojalność. Trochę żartowałam wówczas, że za chwilę słabości płaci się całym życiem. Jeśli to wyjdzie na jaw, a zwykle nie wychodzi. Denerwuje mnie ta straszna hipokryzja! To nasza specyfika, nikt nikogo nie zdradza! Gdy przychodzą ludzie do programów telewizyjnych by mówić o zdradzie, to w Anglii mówią o tym otwarcie, zastanawiają się, jak sobie pomóc, a tym samym pomóc innym w podobnej sytuacji. A u nas trzymają się za rączki, i powtarzają, że zdrada jest be, oni by nigdy, przenigdy nie zdradzili. To po co w ogóle przychodzą? A już najgorsi są politycy, ci konserwatyści, prawicowcy, którzy fotografują się w kościołach, modląc się przed kamerami, a większość ma którąś żonę, albo nie płaci alimentów. Gęba pełna frazesów, te minki, te ich usta ułożone w dzióbek, te fałszywe tony! Moja wypowiedź była skierowana przeciwko temu.

M.W.: Jak Pani spędza wolny czas, co Pani lubi robić?
K.K.: Czytać, rysować. Mam też małą pasję, lubię dobre marki, ale nie chcę i nie mogę wydawać dużo. Poluję na wyprzedaże. Ubieram w taki sposób siebie, męża i syna. Po ciężkiej robocie przy komputerze bywam bardzo zmęczona, robię krótką energetyzującą drzemkę. Nazywam ją letargiem. To wspaniałe! Niby słyszę, co się dzieje, a jestem wyłączona. Mąż także, ale on musi mieć najmniej godzinę. Jestem fanką drzemek.
Od wiosny do później jesieni każdą wolną chwilę spędzamy w ogródku. Mały, ale żeby go obrobić, trzeba się trochę namęczyć. To jest wspaniały odpoczynek, chociaż kości coraz bardziej bolą. Czas nie stoi w miejscu. Trzeba wiedzieć, kiedy przestać i odpocząć. Dobre też jest to, że można to robić wspólnie. Lubimy robić zakupy, to zwłaszcza z synem, on dla siebie, ja dla nas. W ogrodzie mamy podział z mężem, on wykonuje cięższą robotę, kopanie, obcinanie gałęzi piłą. Ja opiekuję się winoroślą i kwiatami. Mam zieloną rękę, tak powiedział mi pewien ogrodnik i chyba to prawda. Wszystko co sadzę, przyjmuje się. A drzewa i krzewy dają mi piękną nagrodę. Gdy byłam chora, sosna kalifornijska zachorowała razem ze mną. Są różne znaki, jakaś magia. Drzewo się niestety nie podniosło, a ja tak, pomyślałam, że są ludzie bliscy, którzy mnie potrzebują i ja ich potrzebuję. Także rośliny i nasze ptaki, mamy tu stołówkę dla ptactwa. Obserwujemy ich życie, gdy zmęczymy się polityką. Ptasi program jest lepszy niż jazgot polityczny.

M.W.: Pani recepta na udane życie, satysfakcję z tego, co się robi, kim jest?
K.K.: Sądzę, że nie ma recepty do powielania. Każdy z nas jest inny, dzięki Bogu zresztą, bo nuda by nas zabiła. Ja dla siebie mam tylko kilka przykazań. Trzeba być przyzwoitym, choć to się może nie opłacać. O tym mówił prof. Bartoszewski, który zresztą chwalił moją autobiografię „Kobieta zbuntowana”, właśnie sposób, w jaki opisywałam tam rodziców, a także innych przyzwoitych ludzi. Swoich bliskich, przyjaciół, pisarzy, pisarki, poetów, poetki. A ja podziwiałam go za odwagę mówienia prawdy. To może być przykre, ale to jest jedyny właściwy sposób. Oczywiście nie zawsze musimy walić prawdę między oczy, mówić że ktoś źle wygląda albo że jego choroba nie rokuje dobrze. Wtedy lepiej pomilczeć. Trzeba mieć czuły stosunek do ludzi dotkniętych przez los.

M.W.: Czy wyobraża Pani sobie dla siebie inną drogę niż pisanie? Co by Pani robiła, gdyby nie miała artystycznych talentów?
K.K.: Tak, interesuje mnie ekonomia i finanse, prowadzę nasze domowe rachunki, zajmuję się tym na co dzień. Gdybym miała dużo kasy, grałabym na giełdzie albo inwestowała, założyłabym firmę. Mam kilka przyjaciółek, które dały się oskubać z ciężko zarobionych pieniędzy, bo zaufały jakiemuś nowopoznanemu kochankowi, a nawet mężowi. Ja radzę, sprawdzajcie na liście dłużników. Róbcie wywiad. Czytam dużo i oglądam programy na temat prowadzenia firm. Można się dużo nauczyć. Do męża mam bezgraniczne zaufanie, on do mnie także, mamy wspólne konto. Kłócimy się często o różne sprawy, ale nigdy o pieniądze. Może dlatego, że nie mamy ich wiele. A kiedyś, gdy zostaliśmy małżeństwem, nie mieliśmy dosłownie nic. Wspólne dorabianie się to też może być recepta na dobry związek. Związki są trudne. Wierzę, że gdzieś pewnie są ludzie, którzy z dzióbków sobie jedzą, jak te dwa gołąbki. Że pasują do siebie jak przysłowiowe połówki jabłka. Jednak, niestety, jabłuszko się trochę psuje i trzeba kawałek wyciąć. I żyć dalej. Po każdym kryzysie, który uda się przejść, jesteśmy jednak wzmocnieni.

M.W.: Jakie plany ma Krystyna Kofta na najbliższy czas? Czy zdradzi Pani choć parę słów na temat nowej książki?
K.K.: Tak, jestem już za połową. Przedłużyłam termin oddania całości o dwa miesiące ze względu na ogrom materiału. To będzie książka o życiu w PRL-u, oparta na moich dziennikach, prowadzonych od 1966 roku! Gdy teraz je czytam, widzę, jaką ogromną drogę przeszliśmy razem z naszym krajem, ciągle tęskniliśmy za wolnością i nie damy jej sobie odebrać. To będzie także książka o tym, jak żyło się na co dzień, co to znaczyło być w ciąży w PRL-u, i mieć wówczas dziecko. Mimo ukończonych studiów, nie stać nas było na wózek dla syna, nie mieliśmy pralki, dopiero moi rodzice i starszy brat nam kupili. Mąż pracował jako asystent na UW, a ja dorabiałam rysunkami. A jednak rzadko narzekaliśmy i byliśmy szczęśliwi. Na tyle, na ile było to możliwe. Przeszliśmy przyzwoicie przez stan wojenny, dokładnie opisany w dziennikach (tych wydanych wcześniej pt. „Monografia grzechów. Z dziennika 1978 – 1989”, nie ma ich niestety na rynku). Chcę o tym wszystkim napisać, cytując obficie dzienniki, zwłaszcza te dotąd niepublikowane. Jest tam kopalnia informacji, o modzie, urodzie, jedzeniu, o zaufaniu, bo wiedzieliśmy, że nie można z każdym się bratać i każdemu wierzyć. Tamte przyjaźnie przetrwały. Najważniejsza jest bliskość i wspieranie się teraz, gdy wszyscy jesteśmy coraz starsi, a część przyjaciół bardzo choruje.

M.W.: Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę dużo zdrowia oraz kolejnych pomysłów na książki.

Krystyna Kofta

 

fot. Konrad Kloch źródło: Gazeta Senior Kraj, 01/2017 wyd. 6 luty 2017 r.

Słowa kluczowe

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany