Kłopoty zostawiamy za drzwiami

Kłopoty zostawiamy za drzwiami

O programach dla seniorów, gościach, kulisach i początkach kariery prowadzącej rozmawiamy z Marią Bierską, prowadzącą Telewizyjny Klub Seniora TVP Wrocław oraz program dla seniorów w Radiu Wrocław.

Linda Matus: Jak to się stało, że trafiła Pani do telewizji? Bo gwiazdą Telewizyjnego Klubu Seniora została Pani już jako seniorka właśnie.
Maria Bierska: Te początki przypominam sobie z uśmiechem. Odwiedził nas w klubie seniora redaktor z telewizji. Jeszcze wtedy, kiedy działaliśmy przy radzie osiedla, bo później założyliśmy stowarzyszenie. Gdzieś nas wypatrzył, bo byliśmy w zarządzie, ja byłam prezesem. Przyszedł młody dziennikarz, chcąc robić program dla seniorów i powiedział, że szuka osoby prowadzącej. Nawet nie przypuszczałam, że jest mi pisana taka rola. Byłam przestraszona i przerażona, ale wszyscy mówili: „Tak, tak, masz iść”. Więc jeśli tłum tak do mnie mówił, to postanowiłam spróbować i poszłam. Początki były fatalne w moim odczuciu, bo były kręcone po 10-12 godzin! Obycie z kamerą, współpraca z operatorami kamer, dźwiękowcami, makijaż, fryzura, a to nie taki ubiór… To były historie. Ale wszystko staraliśmy się dopracowywać. I chociaż mój reżyser był bardzo wymagający na początku, mimo że mógłby być moim synem, to nie miałam żadnej taryfy ulgowej. Jeżeli on coś założył, to tak miało być i kropka. I ja sobie myślałam: „Boże, a po co mi jest to potrzebne?” No, ale z drugiej strony, jeżeli odnieśliśmy sukces i coś się udało, to byłam zadowolona.

L.M.: Kiedy stała się Pani osobą rozpoznawalną?
M.B.: Oj, bardzo długo nie… Chyba po pięciu latach dopiero. Jestem osobą niezmotoryzowaną i jeżdżę komunikacją miejską. Na przystankach, w tramwajach zauważyłam: o, ten się do mnie uśmiecha, tamten się uśmiecha. Ludzie podchodzili i mówili „bardzo fajny program”, „świetne tematy poruszacie”. No to wtedy bardzo się cieszyłam. Ja się zawsze zatrzymywałam, żeby porozmawiać z tymi ludźmi, zapytać, co się w programie podoba. Mówili, że w telewizji grubo wyglądam, a tu taka szczupła. Pytają, kto mnie czesze, że taka fajna fryzura. Kto mnie ubiera. To wszystko było bardzo sympatyczne i po rozmowie z ludźmi czułam, że to jest trafione i mogę się sprawdzić.

L.M.: Zdradzi Pani czytelnikom swój ulubiony temat, program?
M.B.: Bardzo miło wspominam wyjazdowe Telewizyjne Kluby Seniora. Jeździliśmy po całym Dolnym Śląsku i spotykaliśmy lokalnych mieszkańców. Wciąż będę podkreślać, że to są zupełnie inni ludzie, tacy ciepli. Nie chcieliśmy wyjeżdżać z tamtych miejsc, tak było miło. Te wszystkie wizyty były fantastyczne i to nie tylko w moim odczuciu, ale całej ekipy. Choć trwało to długo, trzeba było dojechać dwie godziny i dwie godziny z powrotem, ale to nie miało żadnego znaczenia. Mimo, że np. kiedyś kazali usiąść w zbożu, na kopie siana i prowadzić program, a ta słoma wszędzie kłuła. Ale to też miło wspominam.

zdj¦Öcie Maryska

L.M.: Na początku prowadziła pani program sama, a później dołączył do Pani pan Marek Łuczkowski.
M.B.: Nadszedł taki czas, że wszędzie zaczęły pojawiać się pary prowadzących. Wcześniej nie było „Pytania na śniadanie” i tych innych programów. My byliśmy takim prekursorem. Marek Łyczkowski jako były aktor miał ogromną kulturę słowa i świetną dykcję. On jest takim statecznym panem, ja taka trochę bardziej szalona, ale uzupełnialiśmy się.
Chce mi się śmiać, bo w scenariuszach mieliśmy role na ty, ale w życiu byliśmy per pan, pani. I trzeba było pięciu czy siedmiu lat, żeby dojrzał do tego i powiedział: „Słuchaj Maryśka. Całkiem fajna z ciebie kobita, więc może przejdźmy na ty”. Ja w imię ojca, o Boże… Ja bym nie śmiała mu tego zaproponować…! Tak, że z Markiem kawał historii przeżyliśmy razem w programie. I ja ten okres tak sympatycznie wspominam.

L.M.: Dużo osób myślało, że są Państwo parą.
M.B.: Zdarzało się, a Marek bardzo się tym denerwował i od razu chciał to zdementować, że nie, absolutnie.

L.M.: Ale nie zawsze jest zabawnie, nie brakuje w Telewizyjnym Klubie Seniora trudnych tematów.
M.B.: W pewnym momencie zaczęły się te wszystkie przykre sprawy, typu oszustwa „na wnuczka”, „na policję”, „na prokuratora”. Reżyser doszedł do wniosku, że to w programie trzeba pokazywać. Zaczęto organizować np. Akademię Bezpiecznego Seniora. Jak przyszli do mojego klubu seniora spytać, czy będziemy chcieli uczestniczyć w Akademii Bezpiecznego Seniora, to wszyscy podnieśli ręce, jedna osoba tylko nie chodziła, bo wtedy miała jakieś zdrowotne kłopoty. Więc było warto, bo przeszliśmy edukację i to nam się później przydało.
Ostatnio w programie często spotykaliśmy się z lekarzami, rozmawialiśmy o tym jak zadbać o nerki, serce, wątrobę… u nas nie było tematów tabu. Były programy o seksie. Mój ty Boże! Czerwieniliśmy się na początku, żeby o coś zapytać, ale mieliśmy takiego pana doktora, który mówił prosto z mostu. I później fajna sprawa, bo pisali do nas widzowie. Pamiętam, próbowaliśmy też podawać takie różne ziołowe miksturki, nawet na ekranie koleżanka robiła pietruszkowe wino, idealne na serce i nerki. A później smakowaliśmy końcowy efekt.

L.M.: A może Pani trochę zdradzić czytelnikom, jak to wygląda od kuchni?
M.B.: Ekipa Telewizyjnego Klubu Seniora, począwszy od producenta, kierownika produkcji, ludzi, z którymi jeździliśmy, to wszystko młodzi ludzie. Ja się tak przez moment zastanawiałam: „Jak to będzie?” Bo dzisiaj młodzi idą z duchem czasu, zupełnie inaczej myślą. Co ja z nimi robię? Ale dogadujemy się doskonale, świetnie nam się współpracuje. Ja pilnie słucham wszystkich ich rad, ale i ja im podpowiadam, i trzeba przyznać, że słuchają. To są fantastyczne relacje międzypokoleniowe. Atmosfera jest naprawdę ciepła, serdeczna, tak jak powinno być. Nie ma tu żadnych złych emocji.

L.M.: W jaki sposób najlepiej kontaktować się z Panią czy z ekipą programu? Jeśli ktoś chciałby podsunąć jakiś pomysł, złożyć życzenia, podziękować, to jak ma to zrobić?
M.B.: Najlepiej napisać list na adres Telewizji Wrocław z dopiskiem Telewizyjny Klub Seniora. Nowością w naszym programie jest, i ja bardzo lubię ten moment, kiedy możemy naszym widzom przekazać życzenia. Fantastyczna sprawa! Piszą, że babcia ma 90 lat i składają życzenia, a tamtej się urodziła wnuczka i gratulują. I to są wszystko autentyczne życzenia od widzów.

L.M.: Pani Mario, ale to nie jest jedyny program dla seniorów, który Pani prowadzi.
M.B.: Drugą taką moją wielką przygodą, bo tak to należy traktować, jest radio – Radio Wrocław, program dla seniorów i nie tylko. Tutaj mamy bezpośredni kontakt ze słuchaczem, bo audycja leci na żywo. Nadawana jest w niedziele od godz. 9 do 10. Teraz mamy nową ramówkę. Można tu znaleźć wszystko: i doktor Dieta, i doktor Dobry Humor, i same ciekawe rzeczy. Prowadzę go z panią redaktor Małgorzatą Majeran-Kokott.

L.M.: To serce dla seniorów to także wiele lat Stowarzyszenia Ludzi Wieku Senioralnego.
M.B.: Minęło już 12-13 lat, jak jesteśmy razem. Razem siwiejemy, starzejemy się – chociaż ja bardzo tego słowa nie lubię, bo w sercu zawsze jest maj. My jesteśmy takim specyficznym klubem, jesteśmy jak rodzina. Najstraszniejsza rzecz to ta, że odchodzą od nas ludzie, z racji wieku idą do nieba. W zeszłym roku mieliśmy dziesięć pogrzebów, to bardzo dużo. Ale troszczymy się o siebie nawzajem. Mamy na drzwiach napisany regulamin: swoje kłopoty zostawiamy za drzwiami. Tutaj jesteś z nami przez tych kilka godzin i mówimy o samych dobrych rzeczach. Mimo, że portfel seniora jest chudy, to u nas jest wesoło. Teraz nam trochę odbiło – dlaczego my nie możemy zatańczyć zumby? U nas dziewczyny tańczyły taniec brzucha, ale ten brzuch był trochę zasłonięty. Ale fajno. Byłyśmy modelkami. Targi ślubne nie mogły się odbyć i obyć bez nas. Dziewczyny przynoszą albumy i wspominamy, jakie piękne suknie miałyśmy na sobie, jakie kapelusze, a ile gracji, tego wszystkiego. Cudne! I to jest już nasze wspomnienie. Ale cały czas coś za nami chodzi, chcemy czegoś jeszcze, mimo upływu lat. U nas obowiązuje zasada radości wewnętrznej i uśmiechu. Bo ja zawsze mówię, że to jest najkrótsza droga do drugiego człowieka.

Źródło: „Gazeta Senior” Wrocław styczeń-luty 2016

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany