Krystyna Gucewicz: Kocham życie z wzajemnością

Krystyna Gucewicz: Kocham życie z wzajemnością

Krystyna Gucewicz – dziennikarka, krytyczka sztuki, reżyserka – wydała książkę, w której wspomina legendy polskiego teatru, filmu, estrady, pisarzy i artystów. Zapraszamy do wywiadu z autorką.

Książka „Notes Krystyny Gucewicz, czyli Fołtyn w śmietanie” to kolekcja sław, faktów, anegdot, panorama półwiecza polskiej kultury, dokumentowana piórem wspaniałej dziennikarki. To też znakomita okazja do rozmowy o ludziach, czasach, wydarzeniach, które na trwałe zapisały się w dziejach polskiego życia artystycznego.

Tadeusz Deptuła: Policzyłem. Notes to Pani 21 książka, czyli „oczko”. Jest Pani szczęśliwa?
Krystyna Gucewicz: Niesłychanie. Pojawienie się na rynku każdej książki to dla autora ogromne szczęście, a ta ostatnia, tak myślę, jest naprawdę wyjątkowa. Podobno nie ma przypadków, ale pisałam ją bez specjalnego zamysłu, jak gdyby przypadkowo, notując przygody, zdarzenia, anegdoty, które składały się na mój dziennikarski los. Nagle okazało się, że w wyobraźni dzieje się jakiś niezwykły film, ożywają sytuacje, spektakle, ludzie, festiwale, wernisaże. Cały wielki, kolorowy świat kultury, któremu miałam szczęście przyglądać się w pracy dziennikarskiej, i w którym dalej mam zaszczyt tworzyć. Przy okazji mała dygresja. Kiedy siadałam na kilka chwil do komputera, żeby spisać taśmy mojej pamięci, okazało się, że już samo to zajęcie jest fantastycznym ćwiczeniem. Pamięć przywoływała wydarzenia, fakty, opinie, o których dawno, dawno temu zapomniałam. Mówię o tym dlatego, że wspomnienia okazują się fantastycznym lekarstwem na nieuchronny proces zapominania. Tak więc z czystym sumieniem mogę zapisywać na receptę przywoływanie własnej przeszłości. Poza wszystkim to miłe i pożyteczne zajęcie. No i… leczy sklerozę!

T.D.: Skąd wziął się ten pomysł?
K.G.: Z bałaganiarstwa. W całej mojej niemal półwiecznej pracy miałam tylko trzy notesy telefoniczne. Łatwo sobie wyobrazić, jak wyglądają zapisane na każdym skrawku, pokreślone, porozrywane – niczego nie można znaleźć. A przybywają nowe numery i nowi znajomi, i nie ma co z tym zrobić. Od 18 lat zapisuję wszystko na niezliczonych kartkach i karteluszkach. Oczywiście, nie ma z tego żadnego pożytku. Zatem któregoś roku podjęłam odważną decyzję: zakładam nowy notes. Zaczęłam porządkować, przepisywać, uzupełniać… Przerwałam. Nie dałam rady. Okazało się, że tylu przyjaciół, znajomych, wybitnych kolegów już z nami nie ma. Wyprowadzili się do nieba. Ale w moich notesach nie ma pojęcia wyprowadzki, tym bardziej w moim sercu.

T.D.: To znaczy, że ta książka jest Pani hołdem dla tych, którzy przeminęli, pozostawiając ślad…
K.G.: Tak. Szczęściem zawodu dziennikarza, recenzenta, krytyka sztuki jest to, że może dotknąć, poznać, a często i zaprzyjaźnić się z wybitnymi ludźmi swoich czasów. Miałam to szczęście, ten zaszczyt. Pisałam o artystach, którzy wyznaczali tory, tworzyli najwyższe regiony kultury w dziedzinie teatru, muzyki, tańca, filmu, estrady, sztuk plastycznych. Z perspektywy młodej osoby ci wielcy byli jeszcze więksi. Z dzisiejszej perspektywy – kiedy o wielu się już nie pamięta – muszą pozostać jak pomniki, jak kamienie milowe w sztuce. Dlatego o nich piszę. Dla pamięci, z powinności, żeby oddać hołd. To smutne, że w wymiarze jednego, dwóch pokoleń potrafiliśmy zapomnieć o tych, którzy budowali pejzaż liczącej się w świecie polskiej kultury. Żaden czerwony dywan z dzisiejszą jednodniową gwiazdką nie przyćmi dorobku filarów polskiej sztuki, pięknych ludzi i wielkich artystów. Oni zostawili po sobie ślad, a nie chwilową sensację.

T.D.: I to był ten pomysł, żeby ich zatrzymać?
K.G.: Żeby zostali ze mną. I z Państwem. Sentymenty sentymentami, ale wielkość wielkością. Kto nie pamięta Miry Zimińskiej-Sygietyńskiej i jej cudownego dziecka – Mazowsza. Kto się nie uśmiechnie na wspomnienie o Janku Himilsbachu, cudownym aktorze naturszczyku i świetnym pisarzu. Kto nie pamięta serialu Dom, a to przecież jedno z dzieł Jerzego Janickiego, który nigdy nie wyprowadził się ze Lwowa, choć mieszkał w Warszawie. Proszę zerknąć na indeks, prawie 1200 nazwisk. Oczywiście, o wszystkich opowiadam z mojej perspektywy, to wszystko zdarzyło się naprawdę i, niezależnie od mojego pogodnego charakteru, okazuje się bardzo optymistyczną historią. Naszą historią, naszymi czasami, które niezależnie od politycznej opresji toczyły się jak zawsze, jak wszędzie. Byłam przy tym, to wiem. Niezależnie od ustroju ludzie rodzą się i umierają, kochają i pracują, a jeśli osiągają szczyty – tak jak to było w polskiej kulturze – należy im się szacunek, wdzięczność i pamięć. Historia to nie propaganda polityków, to życie zwykłych ludzi.

Krystyna Gucewicz - „Notes Krystyny Gucewicz, czyli Fołtyn w śmietanie”

Krystyna Gucewicz – „Notes Krystyny Gucewicz, czyli Fołtyn w śmietanie”

T.D.: Młode pokolenie dziennikarzy nie chce o tym pamiętać.
K.G.: Niejednokrotnie zdarza mi się słyszeć kompletne bzdury, androny, opinie wygłaszane przez propagandystów i politykierów. Mam wtedy ogromną frajdę, natychmiast mówię, że to nie tak, że to bzdura. I mogę tak powiedzieć, bo wtedy żyłam, byłam, widziałam, wiem. Niestety wiem również, że historię pisze się na nowo.

T.D.: Jest Pani szczęściarą. W pewnym sensie sama Pani napisała swoją historię.
K.G.: No tak. Świadek epoki, moje pół wieku. I żeby nie było, że nie było, wszystko można naocznie sprawdzić. To jest dopiero szczęście. Wydać książkę z taką furą zdjęć. Notes zawiera ponad 300 fotografii, z reguły wcześniej niepublikowanych. To mała cząstka (pół jednej walizki) mojego archiwum, a właściwie mojego bałaganu. Dzięki uprzejmości Kolegów fotoreporterów mogłam je zamieścić w książce. To jest osobna opowieść, te zdjęcia czyta się jak nową książkę w książce. Bo też pokazane są, ułożone – nie wiem, jak to powiedzieć – w nadzwyczajny sposób. Jestem szczęściarą. Tę książkę zaprojektował i opracował graficznie wybitny artysta, prof. Maciej Buszewicz. I jest to rarytas, dziękuję, Przyjacielu. Dziękuję też Wydawnictwu Arkady, którego nakładem ukazała się ta piękna książka.

T.D.: Notes to Pani kolejna książka autobiograficzna.
K.G.: W pewnym sensie tak. Naturalnie wyglądam zza pleców moich bohaterów, chociaż – mam nadzieję – że ich nie zasłaniam. To naturalne, że pisarz filtruje rzeczywistość przez swoje doświadczenia, tym bardziej w tego typu wspomnieniowej książce. Notes mieści się w nurcie moich biograficznych książek. Zaczęło się od prozy Pogrzeb wróbla. W dziejach moich rodzin odbijała się historia kilku wieków Europy. Miałam więc o czym pisać. Jestem z rodziny kresowej, mój praszczur to wybitny architekt wileński Wawrzyniec Gucewicz – często chodzę jego ścieżkami. Przodek naszej mamy Ignacy Hryniewiecki wsławił się zamordowaniem cara Aleksandra II.

Nie gorzej u Przyborów, którzy z kresowych włości przenieśli się do Warszawy. Nasz dziadek Trojan przedzierał się przez płonącą rewolucyjną Rosję, zginął w Powstaniu Warszawskim – lustro dziejów.

W następnej książce Zaczekaj na koniec deszczu, w nieco bardziej fabularnej formie, odzwierciedliłam motyw podróży jako sens życia. No i miłość, która potrafi wracać z daleka.

T.D.: Myślę jednak, że dla czytelników najważniejszą Pani książką jest Jeszcze wczoraj miałam raka, za którą chciałem specjalnie podziękować.
K.G.: Dziękuję za ten wybór. To dziwna książka, tak przynajmniej o niej myślę. Powstała jako rodzaj pomocnika czy nawet poradnika w chorobie. Najczęściej jesteśmy bezradni w opresji zdrowotnej, ja jako dziecko lekarzy potrafiłam być racjonalna. Jedna operacja, druga, czternasta – bo tyle przeszłam w ciągu 11 lat – pozwoliły mi wybudować własną odporność. O tej umiejętności i o umiejętności poruszania się w labiryncie służby zdrowia jest ta książka. Cieszy mnie, że została przyjęta jak lekarstwo. Bezustannie dostaję listy, e-maile, spotykam osoby, którym pomogła, w tym amazonki, dziewczyny, tak jak ja, po operacji mastektomii. Jedno jest pewne: żadna choroba nie może nami rządzić. Od tego przekonania trzeba zaczynać każdą terapię. Kolejny krok to żyć tak, jak dotąd – twórczo, aktywnie, z niczego nie rezygnując.

T.D.: Taką terapią może być także poezja. Wszak wydała już Pani dziesięć tomików wierszy.
K.G.: Cyprian Kamil Norwid pisał „Z rzeczy tego świata zostanie tylko poezja i dobroć”. Czy można znaleźć głębszą i bardziej optymistyczną refleksję?! W każdym z nas jest morze poezji, tylko nie zawsze nadstawiamy ucha. Nie zawsze mamy też świadomość, że jeden pocałunek może przewrócić świat do góry nogami. Bo szczęście nie jest naszym przeznaczeniem, tylko trzeba je bezustannie odkrywać w drobnych przyjemnościach, w dobroci i w miłości. Znalazłam się w takich klimatach i w ten sposób usłyszałam swoje wiersze, które się za mną włóczą, stukają do okien, wylegują w szufladach. Nie mam wyjścia, muszę je zapisywać. Poezja nie jest poczytnym kryminałem, a jednak ludzie ciągle po nią sięgają. Miło, że po moje wiersze też.

T.D.: Pani poezja została doceniona nie tylko przez czytelników, ale także przez wybitnych poetów.
K.G.: Wielcy poeci są mi życzliwi. Łaskawym okiem przeczytała te wiersze Wisława Szymborska, pochylił się nad moimi tomikami sam Tadeusz Różewicz, co zresztą ma swoją historię. Wielkiemu poecie powiedziałam, że to wszystko stało się za sprawą jego poematu „Et in Arcadia ego” i stąd moje erotyczne nastroje, co ten fenomenalny Pan z uśmiechem skwitował: „Ale alimentów nie będę musiał płacić”.

Specjalna relacja łączyła mnie z księdzem Janem Twardowskim. Czułym człowiekiem, mądrym kapłanem i wybitnym poetą. Jestem dumna, że w pierwszej edycji poetyckiej Nagrody im. Księdza Jana Twardowskiego właśnie mój tomik Kocham Cię został uhonorowany. Symbolicznie podziękowałam księdzu wierszem Na pięterku u Wizytek, który czasem sobie czytaliśmy.

T.D.: Jak to się dzieje, że w tych zwariowanych czasach ludzie tęsknią za poezją?
K.G.: Ta tęsknota jest wieczna. Tylko często zabija ją agresja codzienności, polityki i różnych bzdur. Ludzie szukają słów wyrażających ich emocje, uczucia, doznania – wiem, bo o tym mi mówią i piszą. Ciekawe, że mężczyźni odkrywają świat erotyków jako ziemię nieznaną, co oznacza, że ludzie nie rozmawiają ze sobą o najważniejszych przeżyciach. A o uczuciach trzeba mówić wprost i bezustannie. Najzwyczajniej – kocham Cię.
Najlepszym dowodem, że świat nie kończy się w supermarkecie, są oblegane spektakle Ostrych Dyżurów Poetyckich, które realizuję od 18 lat w Teatrze Narodowym w Warszawie. Wypełniona po brzegi widownia, wspaniała poezja w interpretacji najwybitniejszych aktorów i ta cisza, w której spotykają się myśli ludzi wrażliwych.

T.D.: Proza, poezja, radio, telewizja, o których nie mówiliśmy…
K.G.: No to mówmy. Radio to moja wielka miłość i udało się przez kilkanaście lat, w kilku miejscach mieć swoje autorskie audycje. To specjalny rodzaj wolności, kiedy przychodzi się do studia i wiadomo, że ten czas – godzina, dwie – jest tylko twój. A po drugiej stronie masz życzliwych słuchaczy, którzy na ciebie czekają i dają temu dowód swoimi telefonami.
Telewizja jest bardziej zaborcza, choć bardziej powierzchowna. Napisanie serialu (pisało się, pisało), zrobienie rozrywkowego show w rodzaju Wieczoru z Alicją – to właściwie rutynowe zadanie. Obowiązują konkretne reguły, potrzebny jest tylko wdzięk i grono przyjaciół.
Co innego, jeśli pojawia się wyzwanie. Miałam takie szczęście, wprowadzałam do Polski amerykański „format” tzw. stand-up comedy, czyli kabaretowe programy HBO. Trwało siedem lat, potem się rozmyło.

T.D.: Ale przyjaźnie zostały.
K.G.: Nie potrafiłabym pracować z nieznajomymi. A jeśli się trafią, wchodzą do mojej artystycznej rodziny. Na tym polega tajemnica: zaufanie, życzliwość, znajomość możliwości, odpowiedzialność – i można grać Hamleta. A poza wszystkim zostają wspomnienia. Jak już mówiliśmy, służy temu ostatnia książka Notes Krystyny Gucewicz. Niestety, w wielu miejscach jest wspomnieniem o nieobecnych. Tak to już jest. Zdarza się, że przed kamerami telewizyjnymi to właśnie ja pochylam głowę, kiedy odchodzi ktoś znany, lubiany, zaprzyjaźniony.

T.D.: A życie toczy się dalej. I ciągle jest Pani takim niespokojnym duchem…
K.G.: Kimś takim. W końcu co lepsze: siedzieć i mieć za złe czy gonić marzenia? Do końca życia będę pamiętać Jerzego Grotowskiego, który nam przypominał ewangeliczną prawdę: nie iść ślepo za falą, być sobą. No i jestem sobą, czegoś chcę, coś robię. Lubię to. Ostre Dyżury Poetyckie, Salony Artystów na placu Teatralnym, towarzyskie zloty w Hybrydach. Kiedyś moi studenci, którzy nazwali się Pokoleniem JP2, namówili mnie na przygodę i reżyserowałam siedmiogodzinny maraton artystyczny na Placu Piłsudskiego z pomocą Jerzego Kaliny, który zresztą ilustrował mój debiutancki tomik Z miłości.
Przeżyłam swoje artystyczne przygody w Operze Narodowej: premiera Kilara i Herbertowski wieczór Przy Bachu płakał…. Ale najbardziej lubię się bawić, tak jak w majowe wianki na Starym Rynku. Proszę sobie wyobrazić basen pod Syrenką, kompletnie zaskoczonych turystów, którzy zapalają świeczki, puszczają wianki w tym basenie, piją szampana i po powrocie do swoich krajów opowiadają, że tak się żyje w Polsce na co dzień!

Tadeusz Deptuła: Powiedziała Pani kiedyś, że kocha życie z wzajemnością.
Krystyna Gucewicz: No tak… I żyję dla przyjemności czynienia przyjemności. Może dlatego ciągle coś wymyślam.

Krystyna Gucewicz

Krystyna Gucewicz

Wywiad ukazał się w papierowym wydaniu: Gazeta Senior 7/2018.

CATEGORIES
TAGS
Share This

COMMENTS

Wordpress (0)
Disqus ( )