Kurs na Baleary

Kurs na Baleary

Zimny i trudny bałtycki rejs (maj 2013) nie zdołał nas, seniorów-żeglarzy zniechęcić. Postanowiliśmy wyruszyć na ciepłe wody. Padło hasło: „Baleary”. Skompletowaliśmy załogę, zakupiliśmy bilety lotnicze i wyczarterowaliśmy na dwa tygodnie (28.09. – 12.10.2013) jacht w Palma de Mallorca, stolicy Balearów.

 

Załoga:
Henryk Kociemba UTW Poznań – kapitan
Bogdan Fischer UTW Poznań – I oficer
Marceli Figurki UTW Szczecin – II oficer
Janusz Kaźmierczak UTW Ostrów Wielkopolski
Leszek Sell UTW Poznań
Lena Preis U3A Kopenhaga
Anna Bresińska z Czempinia
Nina Przybylska UTW Poznań
Średnia wieku: 69,5 lat

Niełatwe początki
Przejęliśmy jacht w sobotę 28.09. Po niezbędnych przygotowaniach ustaliliśmy, że wyruszymy następnego dnia rano, a noc spędzimy jeszcze w porcie. Większa część załogi była „opływana”, znała więc z grubsza pracę na wachtach nawigacyjnych i przy manewrach. Reszta przyuczała się w trakcie rejsu. Obowiązywał dość precyzyjny całodobowy plan wacht, co wystarczająco regulowało sprawę podziału obowiązków.
Cumy oddaliśmy o 10.15. Ten moment zawsze stanowi duże przeżycie dla sternika i załogi – tym bardziej, że w porcie było bardzo ciasno. Na szczęście obyło się bez problemów. Po 30 minutach byliśmy w zatoce Palma. Wiatr jednak tężał, a fala rosła – tego nie było w prognozach! Po 3 godzinach część załogi zaczęła chorować, warunki żeglugi stawały coraz trudniejsze, pogoda była nietypowa dla Balearów. Konieczna okazała się zmiana kursu więc skierowaliśmy się do portu Puerto de Cala Figuera, w którym można było się schować.

Magiczne jezioro pod ziemią
Rano, po śniadaniu, pożeglowaliśmy do Porto Christo a tam – wspaniałe jaskinie, doskonale przygotowane do zwiedzania i podziwiania. Imponujące stalaktyty i stalagmity w tajemniczych, ogromnych pieczarach i jezioro podziemne, gładziuteńkie jak lustro. Usiedliśmy w zupełnej ciemności na ławkach u stóp tegoż jeziora. Nagle z oddali zaczęło przybliżać się ku nam po tafli jeziora światełko. Światełko okazało się małą łódką z trzema muzykami. Kiedy zatrzymali się na środku jeziora – rozpoczął się wspaniały koncert, usłyszeliśmy m. in. Chopina. Po 20 minutach łódka odpłynęła się bez najmniejszego pluśnięcia wody.

Gin na Minorce
Oddaliśmy cumy o 14.30 i poszliśmy na Minorkę do stolicy – Porto Machon. Czekała nas całonocna żegluga, wiatr raczej słaby, ale morze jeszcze rozkołysane. W końcu dotarliśmy do Mariny Minorka – na końcu długiej na 3 mile zatoki przy której rozłożyło się Machon. Piękne miejsce z wyniosłymi skałami na których ulokowało się miasto, z fortem na wyspie strzegącym wejścia i luksusową mariną. Pozostaliśmy tam dwie noce, gdyż prognozy znów ostrzegały przed silnym wiatrem.
Przeznaczyliśmy więc następny dzień na zwiedzenie Minorki. Wynajęliśmy dwa auta. Umożliwiło nam to zwiedzenie całej wyspy – małych miasteczek, przylądka Cap de Cavalliera na wysokim klifie z latarnia morską i stadami czarnych kóz. Od Machon do Ciutadelli (stara stolica na drugim końcu Minorki) to ok. 60 km więc niezbyt daleko, ale zwiedzanie zajęło nam cały dzień. Wieczorem trzeba było zajrzeć jeszcze do zatoki Cala Galdana, to znany kurort na Minorce, wiele hoteli i piaszczysta plaża. Lena i Nina nie dały spokoju – trzeba się wykąpać. To nic, że to już późny wieczór i ciemno… W samym Machon ładna starówka, cumują wielkie wycieczkowe, no i stara, z tradycjami wytwórnia ginu w różnych odmianach. Można wejść i spróbować. Kosztowaliśmy dość długo, wypadało też coś kupić, co też uczyniliśmy.

Śladami Chopina
Rano oddajemy cumy i po pokonaniu długiej zatoki skierowaliśmy się do Soller na Majorce. Po 28 godzinach żeglugi weszliśmy do Puerto de Soller. 175 lat temu, parowcem przypłynął tu Fryderyk Chopin. Zachwycająca okolica, zalesione i wysokie do 1600 m góry tworzą tam w połączeniu z malowniczymi zatoczkami niesamowite krajobrazy. Wspaniały port w pięknym otoczeniu, duże wrażenie wywiera zwłaszcza nocą. Do miasta Soller wybraliśmy się starym, drewnianym tramwajem. Atrakcyjna przejażdżka, interesująca stara część miasta, strome uliczki. Następnego dnia rano pojechaliśmy autobusem do Valldemossy, gdzie F. Chopin przebywał z George Sand. Zwiedziliśmy klasztor w którym mieszkali, obejrzeliśmy pamiątki, a w cenie biletu był też krótki koncert fortepianowy utworów Chopina.

Z delfinami na Cabrerę
Analiza czasowa naszego rejsu i pogody wykazała, że na Ibizę nie zdążymy. Opłynęliśmy dookoła Minorkę i Majorkę, teraz starczy nam czasu tylko aby wpaść na Cabrerę. To niewielki archipelag stanowiący w całości Park Narodowy Hiszpanii. Rano oddaliśmy cumy i wyruszyliśmy. W drodze towarzyszyły nam dwa delfiny. Wyskakiwały i chowały się nagle, z zaskoczenia, więc nasze próby uwiecznienia ich na zdjęciach były zawsze spóźnione. Szkoda – tak pięknie poruszały się w powietrzu, a w wodzie… pływały delfinem!
Czekało nas nocne wejście do zupełnie nieznanej zatoki. Noc była czarna, na niebie grube, deszczowe chmury. Ogromne, jeszcze czarniejsze niż noc, wysokie skały robiły w nocy niemiłe wrażenie. Stale wydawało się, że jesteśmy zbyt blisko nich. Ale to złudzenie – GPS wyraźnie wyznaczał nam drogę. Wchodziliśmy wolniutko do zatoki, latarki na dziobie szukały wolnej boi. Zauważyliśmy olbrzymią ławicę wspaniałych niebiesko-granatowych ryb, które zwabione światłem otoczyły nasz jacht. Niesamowity widok, ale można było tylko rzucić okiem, nie mieliśmy czasu na podziwianie. Nagle usłyszeliśmy z przodu: „Mamy boję”. Była 23.45. Żeglowaliśmy 14 godzin.

Czas na zabawę
Po śniadaniu i załatwieniu niezbędnych formalności ruszyliśmy zwiedzać. Dawniej była to wyspa-więzienie przeznaczona dla Francuzów pojmanych w czasie wojen napoleońskich w Hiszpanii. Pozostały: pomnik i resztki fundamentów ciaśniutkich cel. Zwiedziliśmy wysoki zamek czuwający niegdyś nad całym archipelagiem oraz przylądek Far den Ensiola z piękną latarnią morską na wysokim klifie i cudnymi widokami na malownicze zatoczki. Piękne te wyspy Cabrera, choć jak na nasze wyobrażenia o parkach narodowych to mizernie tam z fauną. Widać było tylko jaszczurki, sokoły skalne, najróżniejsze mewy, a przede wszystkim wspaniałe ryby oglądane w czasie kąpieli przez maskę. Obiad na jachcie w centrum Parku Narodowego Hiszpanii. A po obiedzie zimne piwko i kąpiel – mieliśmy tylko 2 maski, więc na zmianę oglądamy te podwodne cuda i dziwy. Lena i Nina korzystały z kąpieli najdłużej – czy to z maskami, czy bez. Ostatniej nocy na archipelagu Cabrera świętowaliśmy imieniny Bogdana. Solenizant wyciągnął gdzieś z zakamarków jachtu przywiezioną w zeszłym roku z Grecji Metaxę (Jak on to przechował…?), a Lena żółte śledzie przywiezione z Kopenhagi. Tej nocy posiedzieliśmy trochę dłużej niż zwykle…

Zakończenie w wielkim stylu
Następnego dnia popłynęliśmy do zatoki Cala de Corral, gdzie można było zobaczyć grotę, która oświetlona słońcem poprzez wodę staje się błękitną grotą jak ta na Capri. Zajrzeliśmy też na pozostałe wyspy archipelagu aby po południu rzucić cumy w Puerto de la Rapito na Majorce. To taki port-przystanek przed Palma, do której należało dopłynąć następnego dnia do godziny 17.00 już z uzupełnionym paliwem. Do Palmy pozostało 7 godzin żeglugi. Wpłynęliśmy planowo, nabraliśmy paliwa i o 15.00 zdaliśmy jacht.
Nina przez cały rejs opowiadała o balu kapitańskim, jakiego oczekiwała na zakończenie rejsu. Śmialiśmy się, że marzy jej się bal jak na wielkim wycieczkowcu – kapitan w białym mundurze, stewardzi, okrągłe stoły z homarami na półmiskach, wystrojone panie jak to opisywał Karol Olgierd Borchardt. A tu u nas zwykły wieczór kapitański: golonka z Polski, lampka wina i rozmowy o rejsie. Wtem patrzymy – Nina wychodzi z kabiny w sukni wieczorowej, żąda muzyki i ma być bal! Marceli uruchomił więc laptopa z muzyką relaksacyjną z Majorki, bo taką tylko mieliśmy, Leszek chodził z laptopem blisko, aby było lepiej słychać. Jest bal! Tańczymy więc wszyscy – na kei. Załogi innych statków tylko zerkają, ale to byli głównie Niemcy, a oni ponoć tańczyć nie potrafią…
To był piękny rejs, wypoczęliśmy, zobaczyliśmy dość dokładnie urokliwe Baleary. Stworzyliśmy naprawdę wspaniały zespół, staliśmy się przyjaciółmi. Opłynęliśmy dookoła Majorkę, Minorkę i archipelag Cabrera. Przepłynęliśmy 380 mil morskich przy 120 godzinach żeglugi. Odwiedziliśmy 8 portów. Dziękuję wszystkim za klasę i fachowość, jaką okazaliście.

Ahoj!
Henryk Kociemba

Źródło: Czerwony Portfelik Senior, wydanie: Poznań styczeń-luty 2014

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany