Lech Janka – „Rok akademicki”, odc. 1.

Lech Janka – „Rok akademicki”, odc. 1.

PAŹDZIERNIK

Budzik nie przestawał dzwonić. Jego przenikliwy odgłos odbijał się od ścian, niczym promień słońca od lustra, a wchodząc pod czaszkę zdawał się wypełniać każdy jej zakątek. Rozleniwione nocą ciało nie poddawało się jazgotowi. Hałas doszedł do żołądka uciskając go mocniej i mocniej z każdą upływającą sekundą. Michał musiał użyć sporej siły woli, aby uchylić, jakby przyrośnięte do oczu, powieki. Nieporadnym ruchem ręki szukał leżących na krześle okularów. Niczym niemowlę unoszące zabawkę, próbował założyć je na nos. W końcu udało mu się otworzyć trochę jedno oko. Dostrzegł, iż sąsiednie łóżka były puste. Zalegająca pokój cisza zaniepokoiła go.

Pewnie się jeszcze myją — pomyślał, dodając sobie otuchy.

Siadając na brzegu metalowego łóżka, rozprostował nogi i poprawił ułożenie okularów. Drzwi skrzypnęły i do pokoju wszedł smukły, do połowy rozebrany, młody mężczyzna. Żółty ręcznik zwisał mu na szyi, w lewej ręce trzymał mydło, w prawej szczoteczkę do zębów.

Te, Michał, co z tobą — odezwał się w stronę siedzącego na łóżku okularnika, rozwieszając mokry ręcznik na żeliwnym kaloryferze. — Za kilka minut koniec śniadania, a ty jeszcze w wyrze. Będzie taka kolejka, że się znów nie wyrobimy. Ja zaraz idę, ale nic ci, cholera, tym razem nie przyniosę, bo robi się to już u ciebie normalka.

Dobra, dobra, nie piernicz — odrzekł, głosem przypominającym psie warczenie, nie do końca rozbudzony Michał. — A tych już wymiotło? — zapytał, odwracając twarz w stronę pustych łóżek.

Co, może mieli czekać aż jaśnie wielmożny raczy się obudzić. Poszli bez nas na wykład i tyle. Siedzą tam teraz i udają, że wszystko rozumieją. Michał, jest już prawie dziewiąta, lecę do stołówki, zajmę ci kolejkę…

Weź na wszelki wypadek moje kartki na śniadanie, zaraz się pozbieram — przerwał mu Michał coraz bardziej ożywionym głosem.

Stołówka mieściła się na parterze sąsiedniego akademika. Adam ustawił się karnie na końcu pękatej kolejki. — Że też wszyscy muszą czekać do ostatniej minuty — pomyślał. Oczekujący wolno przesuwali się w stronę okienka. Adamowi zdawało się, że tempo tego przesuwania się było tego ranka mniejsze niż zwykle. Gdy brakowało do celu z piętnaście kroków, zauważył wchodzącego do budynku Michała. Miał na sobie czarny sweterek z grubej wełny i wytarte dżinsy. Jego szczupła, niezbyt wysoka postać, krótko ostrzyżone czarne włosy, szkła, które w oprawie gęstych rzęs, powiększały i tak już duże zielone oczy, niewielki nos, wąskie wargi; przypominały bardziej ucznia siódmej klasy szkoły podstawowej niż studenta drugiego roku politechniki.

Adam uniósł w górę prawą rękę przywołując kolegę.

No jestem — burknął Michał zdyszanym głosem. Rozglądając się wokół, dodał: — Niewielu jest tu od nas, prawie wszyscy poszli na wykłady, co nie?

Za nami stoją Jurek i Jabłoński — zauważył Adam, wskazując dłonią w stronę końca kolejki. Michał odwrócił się dostrzegając krępego Jurka Brzózkę, a obok, przerastającego go o głowę, Grzegorza Jabłońskiego.

Powtarza rok więc się wykładami nie przejmuje — skomentował Adam patrząc na Jabłońskiego. — Ma notatki z tamtego roku.

Pewnie, że ma, więc co się będzie pieprzył — odrzekł Michał unosząc lewą brew jak najwyżej potrafił.

Byli właśnie przy okienku. Cztery, mocno zbudowane kobiety, ubrane w białe fartuchy i w takim kolorze dziwaczne czepki, znudzonymi ruchami mechanicznie porcjowały potrawy: talerz, margaryna, kiełbasa, twaróg; talerz, margaryna, kiełbasa, twaróg; talerz, margaryna, kiełbasa… Działały rytmicznie, sprawnie, beznamiętnie. Wzięli swoje porcje, dokładając po kilka kromek szarego chleba, które leżały w olbrzymim wiklinowym koszu. Rozglądając się po sali za wolnymi miejscami, podążyli w kierunku stołówkowej wnęki. Było to najmniejsze, sprawiające wrażenie prawie zupełnie odizolowanego od pozostałych sal, pomieszczenie, w którym mieściło się zaledwie kilka stolików. Ściany zdobiły reprodukcje, okna przysłaniały wzorzyste zasłony i firanki.

O, jest, tam pod ścianą — krzyknął Michał, dostrzegając wolny stolik. Adam lewą ręką postawił swój talerz na skraju blatu, prawą zaś zbierał talerze po poprzednikach. Tymczasem jego partner rozsiadł się wygodnie na krześle z półokrągłym oparciem. Nie zwracając uwagi na Adama, zabrał się do rozsmarowywania żółtawej margaryny na kromce chleba. Nie szło mu to zbyt dobrze. Zamrożona kostka co chwila wymykała mu się spod aluminiowej łyżki, spadając na talerz.

Weź i dla mnie! — powiedział głośno w kierunku Adama, który ze stojącego na krześle pod ścianą wielkiego aluminiowego naczynia, nalewał chochlą szaro-brunatny płyn do wyszczerbionego fajansowego kubka.

Nazywano go herbatą, choć prawie w niczym nie przypominał napoju o tej nazwie. Adam postawił kubki na stole i patrząc na śniadaniowego partnera powiedział stanowczo:

Michał, szybko wtranżalamy i pędem do budy na matmę; potem mamy ćwiczenia z fizy.

Kurde, ale mi się nie chce — odparował Michał.

Stary, musimy zasuwać. Ten Łączny ma dobrą pamięć.

Ma, ma, wiem coś o tym, co nie?

Michał, dość już tego wszystkiego, kończymy to przyjęcie i gnamy. No wiesz, według naszej zasady: minimum czasu na przejścia!

A wy co, nie idziecie? — rzucił Adam w stronę dwóch kolegów z roku, przechodząc właśnie obok ich stolika.

Już, już za chwilkę. Poczekajcie, co? — poprosił Jabłoński.

Wychodzili wszyscy razem. Z placu Grunwaldzkiego, na którym stały trzy prawie identyczne akademiki Politechniki Wrocławskiej i jeden Wyższej Szkoły Rolniczej, do gmachu głównego, gdzie studenci drugiego roku budownictwa lądowego mieli większość zajęć, nie było zbyt daleko. bo niecały kilometr. Wystarczyło przejść ulicą Norwida przez dwie przecznice i było się na miejscu. Trasę tę znali na pamięć, mogąc ją przemierzyć bez trudu nawet z zamkniętymi oczami. Przez wiele miesięcy chodzili po niej kilka razy dziennie, tam i z powrotem.

Był chłodny, szary październikowy poranek. Promieniom słonecznym udawało się tylko na chwilkę przebić przez ciemne chmury napęczniałe deszczem. Spadały znienacka, jak jastrząb na gołębia, na pozłacane drzewa szykujące już się do zimowej drzemki. Powietrze było przesycone zapachem jesieni. Mieszanina woni błota i butwiejących liści nie nastrajała optymistycznie. Nie zwracając uwagi na otoczenie, szli w milczeniu.

Wnętrze budynku przywitało ich kamiennym chłodem. Było to ponure ciężkie gmaszysko, wybudowane przed wojną przez Niemców. Grube ceglane mury obłożone były płytami z beżowego piaskowca. Betonowe schody, kamienne posadzki, ciężkie i szerokie parapety, wysokie pomieszczenia, nadawały budynkowi szczególnego majestatu. Wchodząc po dwa stopnie na raz, szybko znaleźli się na trzecim piętrze przed wejściem do sali numer 305. Trafili na przerwę. Do rozpoczęcia kolejnego wykładu brakowało zaledwie kilku minut. Kilkunastu studentów stało bądź spacerowała po korytarzu, inni nie opuścili swych miejsc w amfiteatralniej sali wykładowej. Wchodząc do audytorium Adam z Michałem szukali wolnych miejsc. Dostrzegli Stanisława, ręką przywoływał ich ku sobie. Byli przy nim w chwili, gdy wykładowca matematyki — doktor Oktawiusz Łączny — zbliżał się do katedry. Rozmowy przygasły, a po chwili słychać już było jedynie szmer otwieranych zeszytów. Większość oczu skierowała się w stronę drobnego człowieczka stojącego przed wielką czarną tablicą. Szczupła sylwetka, prawie bezwłosa głowa, osadzone na długim nosie okulary o grubych szkłach — wszystko to pasowało jak ulał do obrazu typowego matematyka. Szczególną uwagę zwracała jego śnieżnobiała koszula ze sztywnym i gładkim jak lód kołnierzykiem, kontrastująca z granatowym krawatem w srebrne cętki.

Adam, Adam, on ma nonajron — wyszeptał Michał, spoglądając na wykładowcę.

Co, co, jaki…najaron? — spytał Adam, przysłaniając usta zeszytem.

Nie wiesz, kmiocie, że to taki materiał, którego nie trzeba prasować. Wystarczy brudną koszulę zanurzyć w ciepłej wodzie, strzepnąć i gotowe.

Ostatnie słowa powiedział na tyle głośno, iż kilkanaście głów równocześnie, jak w teatrze kukiełkowym, odwróciło się w jego kierunku.

cdn.

Starszy artykuł

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany