Lech Janka – „Rok akademicki”, odc. 2

Lech Janka – „Rok akademicki”, odc. 2

Wykład płynął wartko niczym górski potok. Matematyk zapisywał tablicę ruchami dobrze naoliwionego robota. Spod kredy, sunącej po tablicy z szybkością automatu, ukazywały się najróżniejsze wzory, przekształcenia i znaki matematyczne. Siedzący młodzi ludzie przepisywali to wszystko do zeszytów niewiele rozumiejąc. Adam, niczym automatyczna kopiarka, wodził długopisem po kartce. Aby zdążyć z przepisywaniem, jeszcze przed starciem tablicy, trzeba było być równie szybki jak Łączny. Był to już ich trzeci semestr matematyki. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że wykład jest nie po to, aby w jego trakcie przyswoić sobie przedstawiony materiał. Następowało to znacznie później, po ćwiczeniach i podczas własnej nauki. Choć obecność na wykładach nie była obowiązkowa, sala podczas wykładów Oktawiusza Łącznego była zwykle pełna. Dominowała opinia, że obecni na wykładach wpadają mu w oko, co nie było bez znaczenia podczas egzaminów.

Zapisując kartkę po kartce Adam porównał wykład Łącznego z lekcjami matematyki w swoim liceum: — Cały program szkolnej matematyki Łączny zmieściłby w czterech, no może w pięciu, dwugodzinnych wykładach — pomyślał.

— Ale skurwiel zapierdala — zaklął pod nosem Stanisław. — Aż mi ręka zdrętwiała.

— Jeszcze tylko pięć minut — pocieszał go Adam, patrząc kątem oka na zegarek. — Przetrzymamy.

Obsypana kredowym pyłem dłoń wykładowcy położyła wreszcie kredę na żółtej szmatce do wycierania tablicy, leżącej na katedrze.

— Przerwa, proszę państwa — oznajmił Łączny beznamiętnym i nieco ochrypłym, głosem i ruszył ku wielkim dwuskrzydłowym drzwiom prowadzącym na korytarz.

Michał głośno zamknął zeszyt i odwrócił się. Trzy rzędy wyżej siedział Julek Fuzja.

— Co tam Fuzja, było na wytrzymałce? — głośno zapytał.

— Trzeba było być, to byś wiedział — odburknął Fuzja z ponurą miną.

— Ty Julek mi kurde nie piernicz, tylko dawaj kajet, to sobie odpiszę, co nie?

— Nie dam mu! — powiedział cicho do siebie Julian. — Śmieją się ze mnie i tylko chcą mnie wykorzystać. A najgorszy z nich to ten Michał.

— Dajesz wreszcie, czy nie?! — domagał się coraz donośniej Michał.

Julian siedział bez słowa, z oczami skierowanymi w stronę wielkiego okna wychodzącego na ulicę Norwida. Udawał, że nie słyszy. Był ulepiony jakby z innej gliny niż jego współmieszkańcy. Solidność, pilność i pracowitość Juliana pozostawała w wyraźnej sprzeczności z lekkomyślnością, nonszalancją i pewnością siebie jego kolegów. Zalety Juliana były im jednak bardzo przydatne. Nie opuścił jeszcze żadnego wykładu i ćwiczeń. Skrzętnie i precyzyjnie przenosił wszystko z tablicy do zeszytów. Jego powaga z jaką odnosił się do studenckich obowiązków była na roku powszechnie znana.

Adam ze Stanisławem wyszli w końcu na korytarz. Za drzwiami stało kilka dziewcząt rozprawiających w bardzo ożywiony sposób. Z sąsiedniej sali wychodzili na przerwę studenci architektury. Adam przyglądał się im z zainteresowaniem. Studentki tego wydziału uchodziły za najładniejsze i najbardziej zadbane na uczelni.

— Zapalimy? — Stanisław szturchnął łokciem w bok zapatrzonego w głąb korytarza Adama.

— Co, co?… No tak, tak, puścimy dyma.

Stanisław wyciągnął z kieszeni wymiętą paczkę „sportów”. Adam sięgnął do niej wydobywając z trudem, w połowie wykruszonego, papierosa. Zaciągali się kwaśnym dymem. Adam, niezbyt przywykły do palenia, poczuł szum w głowie i mdłości. Starał się nie dawać tego poznać po sobie. Stanisław przewyższył go pod tym względem stażem i doświadczeniem. Adam z dozą zazdrości patrzył na kompana, dla którego wchłanianie i wydalanie dymu było dziecinną igraszką…

… Był piąty dzień poligonowej praktyki geodezyjnej w Komarnie koło Jeleniej Góry. Zaszyci w lesie przy skraju jaru, skąd rozpościerał się widok na kamieniołom, przegadali ze sobą kilka godzin. Dzielili się swoimi niepokojami i marzeniami. Z ostrą jak brzytwa szczerością, niczym para gotowych na wszystko kochanków, rozprawiali o wszystkim i niczym. Coraz szczelniej owijała ich niewidzialna nić przyjaźni i serdeczności, łącząc na dobre i złe. Każdy z trójki przyjaciół czuł się lekki i wolny jak ptak, pełen optymizmu i nadziei. O zmierzchu górską ścieżyną wracali do obozowiska. Przyrzekli, że z nowym rokiem akademickim zamieszkają razem…

- Adam, Adam, Adam, już po przerwie, czas na nas! — wykrzykiwał Stanisław klepiąc Adama w ramię. Ten sprawiał wrażenie głuchego, ale ocknął się w końcu i jak skarcony pies karnie ruszył za kolegą. Weszli do sali, zamykając za sobą ciężkie drewniane drzwi. Druga godzina wykładu Łącznego właśnie się rozpoczynała. Stojący przy tablicy mężczyzna nie zmieniał rytmu pracy, ale krótko przed jej zakończeniem, niczym lokomotywa wjeżdżająca na peron, nieco zwolnił. W podobny sposób jak wcześniej odłożył kredę i poprawił okulary. Nieskazitelnie białą chusteczką otarł wybielone kredą palce rzucając w stronę słuchaczy standardowe pytanie: — Proszę państwa, czy jest coś niezrozumiałego w tym o czym mówiłem. Są może jakieś pytania?

Nie zrażony brakiem odpowiedzi, odczekał kilka sekund i uśmiechając się kącikami ust, dodał: — Skoro nie ma waszych pytań, to… będą moje na egzaminie. Do widzenia państwu.

Sala wykładowa z wolna wypełniała się coraz głośniejszym gwarem rozmów i szumem składanych zeszytów. Siedzący najniżej byli już przy drzwiach, schodzący z wyższych rzędów rozprawiali w najlepsze. Niektórzy nadal nie opuszczali swych miejsc, oczekując aż przy wyjściu zrobi się luźniej.

Pracownia fizyki była usytuowana w przeciwległym skrzydle budynku. Adam, znużony wykładem, zmierzał wolno w jej kierunku. Dogonił go Grzegorz Jabłoński. Krzykliwy jak zwykle, wyrzucał z siebie słowa, niczym pistolet automatyczny pociski. Minęła spora chwila, zanim Adam przyswoił sobie ich sens. Widząc, że nagabywany nie jest skłonny do rozmowy, wyprzedził go ruszając ostro przed siebie.

training-409584_640

Rozpoczęcie ćwiczeń z fizyki sprzyjało wydzielaniu się adrenaliny. Tego przedpołudnia nie było inaczej. Dobrani w kilkuosobowe grupy, losowali tematykę doświadczeń. W oznaczonym czasie musieli je wykonać i podać wyniki. Adam miał dziś za partnerów Michała i Juliana. Sięgnął po jedną z leżących na biurku kartek. Cała trójka, z wypiekami na twarzach rozczytywała zadanie. Tym razem trafiło im się doświadczenie z elektryczności. Mieli określić opór elektryczny przedstawianego na kartce schematu połączeń. Minął kwadrans zanim wydostali z magazynu potrzebne mierniki, przewody, oporniki i zaciski. Pierwsza próba połączenia tego wszystkiego w żądaną przez zadanie całość nie była pomyślna. Rozpoczął, jak zwykle, Michał. Niepohamowana chęć dominacji we wszystkim i nad wszystkimi wzięła, jak często się u niego zdarzało, górę nad umiejętnościami. Julian spoglądał bez słowa na chaotyczne poczynania kolegi. Był coraz bardziej zniecierpliwiony. Wreszcie nie wytrzymał i zaczął podpowiadać co Michał ma robić. Sam ograniczył się jedynie do podawania przewodów i mierników. Julian nie wytrzymał i przejął inicjatywę. Posprawdzał wszystkie połączenia, docisnął kombinerkami zaciski, w końcu włączył prąd. Z niepokojem spojrzeli na tarczę amperomierza. Wskazówka drgnęła, wychyliła się zdecydowanie i pozostała mniej więcej na połowie skali. Michał odczytał wynik, a Julian wpisał go do zeszytu. W miarę upływającego czasu radzili sobie coraz sprawniej. Wreszcie odczytali ostatnie wskazanie miernika i w dobrych humorach przeszli do sąsiedniej sali, gdzie przy dużym ciężkim biurku siedział młody człowiek odziany w granatowy fartuch. Sprawdzał efekty pracy grupy, która uporała się już z zadaniem.

— No i co, gotowe? — zapytał, kierując wzrok na Michała, w chwili, gdy uszczęśliwieni poprzednicy rozpoczęli odmarsz od biurka.

cdn.

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany