Lech Janka – „Rok akademicki” odc. 3

Lech Janka – „Rok akademicki” odc. 3

— Tak, gotowe, panie magistrze — odrzekł Michał z wymuszoną pewnością w głosie, po czym podał arkusz z wynikami. Asystent wyjął z szuflady biurka gruby skoroszyt i zaczął przerzucać kartki, zawieszając wzrok na jednej z nich.
— No tak, tak — mruknął pod nosem, akceptującym tonem. — Może jeszcze pan coś mi powie o prawie Oma. Uniósł głowę znad papierów i wskazał palcem na Michała. Ten, niczym przestępca przyłapany na gorącym uczynku, znieruchomiał. Wciągnął powietrze i już miał odpowiadać, gdy nagle zadrżały mu powieki, a głos utknął w gardle. Zrobiło się przeraźliwie cicho. Adam chciał wyręczyć kolegę, ale stanowcze — Nie pana pytam! — młodego fizyka zastopowało go.
— To co panie, panie… Jerzmanowski, to co, nie znamy podstawowych praw fizyki — rzucił sucho w kierunku Michała. — Zadanie wykonaliście zupełnie dobrze, ale śmiem twierdzić, że zrobiliście je bezmyślnie. Otworzył dziennik i wpisał ocenę. Adam, stojący najbliżej asystenta spostrzegł, że była to trójka z minusem.

Gdy znaleźli się już na szerokim półkolistym korytarzu, Adam starał się poprawić nie najlepszą atmosferę, — Nie jest źle chłopaki, głowa do góry — powiedział patrząc na Michała. — Najważniejsze, że mamy ćwiczenie zaliczone. Michał nie potrafił pozbyć się grymasu przygnębienia, Julian zaś, z miną przegranego niesprawiedliwym werdyktem sędziowskim boksera, szedł w milczeniu spoglądając w sufit.
— Co się tak zamartwiacie — Adam nie dawał za wygraną. — Cieszcie się chłopaki, bo mamy wreszcie fajrant.

Ulicą Norwida podążali w stronę akademika. Przy wejściu do budynku głównego Wyższej Szkoły Rolniczej dogonił ich Stanisław i Kazik Koziołek, który uchodził za najprzystojniejszego na roku.
— No i jak wam poszło na fizie? — zapytał Stanisław.
— Popatrz na gębę Julka, to będziesz miał odpowiedź jak znalazł — odrzekł Adam.
— Dupa zimna?
— A zimna, zimna, choć nie cała. Państwowy z dyszlem! — skwitował Adam z cieniem uśmiechu na twarzy.
Przy portierni w akademiku pierwszy był Stanisław: — Siedemdziesiąt siedem, proszę — zwrócił się do czarnowłosej portierki, która spośród trzech pracujących tam kobiet cieszyła się największą sympatią mieszkańców.

Ich pokój był niewielki, a mieścił się na trzecim piętrze domu studenckiego o przewrotnej nazwie „Straszny Dwór”. Postawiony na placu Grunwaldzkim, na początku lat pięćdziesiątych, z cegieł rozbiórkowych budynek był przykładem „radosnego” budownictwa mieszkaniowego tamtego okresu. Jego ściany zewnętrzne świeciły nagością, nie mogąc przez blisko dziesięć lat doczekać się elewacji.

Korytarz, ciągnący się przez całą długość budynku, rozdzielał go na każdym piętrze na dwie części. Szare drzwi po jego obu stronach, z czarnymi numerami, kojarzyły się ze zbiórką, umywalnia – z rzędem fajansowych umywalek, sąsiadująca – z czterema pisuarami i kabinami ustępowymi. Nieco dalej pomieszczenie kuchenne z szeregiem dwupalnikowych kuchenek gazowych. Na parterze spora świetlica z okrągłymi żelbetowymi słupami w środku, a na pierwszym piętrze — dwa pomieszczenia do nauki i salka telewizyjna.

Pokoje były podobne do siebie jak dwie krople wody. Wyposażone w cztery metalowe łóżka ustawione piętrowo, szafę wbudowaną podzieloną na cztery części, drewnianą szafkę żywnościową, dwa niewielkie stoły i cztery krzesła. Nad drzwiami — głośnik, który sprawiał wrażenie wylotu wentylacyjnego.

Stanisław przekręcił kluczem zamek w drzwiach, otworzył je i pierwszy znalazł się w pokoju. Adam był tuż za nim. Rzucił aktówkę na stojące (na parterze) po lewej stronie łóżko i rozpoczął poszukiwania w szufladzie jednego ze stołów, kartek obiadowych. Wyrwał jeden mały odcinek. Miał literkę O i liczbę 11. Po chwili w pokoju zjawił się Michał.
— Listu do mnie nikt z was z portierni nie zabrał? — zapytał posępnym głosem.
Stanisław pochylony nad stołem przesadnie dokładnie układał zeszyty, zdając się nie zwracać uwagi na jego pytanie. Julian z Adamem gotowi do wyjścia też sprawiali wrażenie nieobecnych.
— Czy któryś, kurde, nie zabrał mojego listu z portierni, pytam? — krzyknął Michał bardzo już poirytowanym tonem.
— Ja, ja, nie — wyszeptał Julian, spuszczając wzrok.
Stanisław ruszył w stronę drzwi. — No, czas na obiadek, odjeżdżamy, ostatni zamyka! — powiedział głośno, będąc już jedną nogą na korytarzu. Michał mrucząc coś pod nosem zamykał pokój. Oddając klucz na portiernię kolejny raz zlustrował przegródki na korespondencję. Ta z numerem 77 świeciła pustką. Przed wejściem do stołówki dogonił Adama.
— Dlaczego ta moja Wanda nie pisze? — powiedział ze smutkiem.
— Jeżeli kocha, to napisze — rzucił Adam, otwierając białe drzwi prowadzące do stołówki.

Zupa jarzynowa, a po niej gulasz wołowy z makaronem i kiszonym ogórkiem, znikały pośpiesznie z talerzy. Pochłonięci bez reszty zaspokajaniem głodu, jedli w milczeniu. W stołówce panował zwykle o tej porze największy ruch. Jedni oczekiwali na swoje porcje w długiej i ciągle odrastającej się kolejce, inni z talerzami w rękach poszukiwali wolnych miejsc. Jeszcze inni nieśli puste naczynia w kierunku zmywalni. Pod poprzeczną ścianą stał rząd stalowych wieszaków. Kręciło się przy nich sporo osób. Ci, którzy byli już po posiłku poruszali się wolniej i spokojniej od tych wchodzących do jadłodajni. Stołówka pulsowała swym miarowym rytmem. Adam, pochłaniający zwykle pożywienie lotem błyskawicy, znów był pierwszy na mecie i obserwował salę. Stanisław kończył picie niemiłosiernie rozrzedzonego kompotu, spoglądając ukradkiem na Michała. Julian, z zegarmistrzowską precyzją i skutecznością, nadziewał na widelec niesforne rurki makaronu. Myślami był już przy czekających go wkrótce popołudniowych zajęciach.

Wrócili do pokoju i jak na komendę rzucili się na swoje posłania. Do rozpoczęcia ćwiczeń brakowało jeszcze prawie dwóch godzin. Wystarczyło, że przyłożyli głowy do poduszek, aby odpłynąć w słodką dal poobiedniej drzemki.
— Cholera, gdybym zdrowo przysnął, to mnie obudź — wymamrotał w stronę leżącego nad nim Juliana, prawie już zupełnie uśpiony Adam. Pokój szybko pogrążył się w ciszy, zakłócanej jedynie chrapliwym oddechem Stanisława.

Nie minęło pół godziny jak Julian otworzył oczy i nerwowo spojrzał na zegarek. Zerwał się nagle z posłania z miną podróżnego, któremu właśnie odjechał z peronu ostatni tego dnia pociąg. Niczym sprężyna zeskoczył z łóżka i wybiegł z pokoju do umywalni. Odkręcił kurek z zimną wodą podsuwając pod nią głowę. Przeszyło go nieprzyjemne zimno, ale przetrzymał to niemiłe uczucie. Po paru minutach wytarł ręcznikiem zmoczone włosy. Wrócił do pokoju i z miejsca zabrał się do przeglądania notatek z matematyki. Robił to z ciężkim sercem, bowiem jego pedantycznie ułożony i skrupulatnie przestrzegany plan dnia, załamał się. Przewidywał jedynie piętnastominutową poobiednią drzemkę, a on przekroczył tę normę o prawie dwadzieścia minut. Nie dawało to mu spokoju i utrudniało koncentrację. Po przeczytaniu kilku stron zerknął na zegarek, po czym wstał od stołu i podszedł do śpiącego w najlepsze Adama.
— Czy mam go budzić? — zawahał się. Twarz Adama odzwierciedlała niezmąconą błogość ducha. Lewa powieka leciutko drżała, pełne ciemno-czerwone wargi były zwarte, nozdrza prawie niezauważalnie unosiły się i opadały rytmicznie w takt oddechu, brązowe pofalowane, i do góry zaczesane włosy, odsłaniały wysokie czoło. Wyraźnie zarysowane granatowe żyłki na skroniach pulsowały w rytm uśpionego serca. Julian zdecydował się w końcu spełnić wcześniejszą prośbę Adama.
— Wstawaj, wstawaj, już czas — powiedział, dotykając go w lewe ramię.

CDN

Słowa kluczowe

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany