Lech Janka – „Rok akademicki” odc. 4

Lech Janka – „Rok akademicki” odc. 4

Początkowo na czole, później wokół oczu, skóra Adama zmarszczyła się, a wargi nieznacznie rozwarły.
— Co… co? — wykrztusił z trudem.
— Wstawaj Adam…
— Co? A która to?
— Za dziesięć czwarta.
Adam uniósł ciężki jak z ołowiu tułów i usiadł na skraju łóżka. Ziewając rozcierał palcami prawej dłoni ociężałe powieki. Siedział tak jakiś czas bez najmniejszego ruchu.
— Chłopaki, chłopaki… pobudka! Wychodzić z wyr! — krzyknął znienacka ochrypłym barytonem.
Michał i Stanisław nie dawali za wygraną. Adam powtórzył okrzyk jeszcze donośniej. Teraz poskutkowało. Po chwili wszyscy pochłonięci byli już przygotowaniami do wyjścia. Julian upychał ostatnie dwa zeszyty w – i tak już dostatecznie pękatej – aktówce z brązowego skaju. Gdy tylko uporał się z tą czynnością, nałożył ciemnozieloną drelichową kurtkę i skierował się ku wyjściu.
— Idę — poinformował na odchodnym.
— Nie widzieliście gdzieś mojego zeszytu z matmy? — zapytał mocno zniecierpliwiony Stanisław.
— To co, nie miałeś go na wykładzie? — Odpowiedział Adam pytaniem na pytanie, rozczesując z trudem swoje potargane włosy.
Stanisław raz jeszcze zajrzał do wnętrza aktówki.
— Miałeś rację Adaś, jest ten pieprzony kajet — oznajmił radośnie Stanisław. — No to co, odjeżdżamy, jeszcze chwila, a może być dezeteć.
— Jaki dezeteć? — zapytał Michał.
— Jak to jaki, prosty: dupa zimna z ćwiczeń.

Kiedy Adam ze Stanisławem wreszcie trafili do swojej grupy ćwiczeń z matematyki zajęcia już trwały. Prowadził je Alojzy Kupiwa. Nie znali go z pierwszego roku studiów. To był jego debiut na ich wydziale. Pocztą pantoflową dotarła jednak wieść, że rok wcześniej na wydziale mechanicznym był nie do strawienia. Gdy usadowili się na swoich miejscach, właśnie skończył sprawdzanie obecności.
— Proszę do tablicy…pana… Karbota — oznajmił Kupiwa nie odwracając oczu od dziennika.

Na Adama, który nie zdążył jeszcze na dobre usiąść, słowa te podziałały paraliżująco. Wlokąc się w stronę tablicy czuł narastający niepokój, skurcz gardła i miękkość w nogach. Nie zmieniając tonu głosu, prowadzący ćwiczenia zadał mu pytanie. Zapytany był całkowicie zaskoczony jego treścią nie wiedząc zupełnie o co chodzi. Asystent widząc niepewność odmalowaną na obliczu nieszczęśnika powtórzył pytanie. Adamowi niewiele to pomogło. Pogłębiające się przerażenie skutecznie powstrzymywało najmniejszą cząstkę myśli przydatną do odpowiedzi. Wydawało mu się, że Kupiwa przemawia do niego w jakimś obcym, zupełnie niezrozumiałym mu języku. Gdzieś bardzo daleko tliła się myśl, że dzisiaj Łączny mówił o tym na wykładzie. Adam odważył się w końcu podejść do tablicy. Drżącą dłonią ujął kredę i znieruchomiał. Z miną skazańca, któremu właśnie odczytano wyrok śmierci, spojrzał na swego prześladowcę. Kupiwa stał wyprostowany z ledwo rysującym się na twarzy kpiącym uśmiechem. Milczenie Adama oraz bezruch siedzących w sali świadków jego nieszczęścia wydawały się ciągnąć w nieskończoność. Stał przed matematykiem niczym skamieniały posąg na wystawie rzeźb. Jak z oddali dotarły do niego dwa, brzmiące złowieszczo, zdania: — Proszę siadać, niedostatecznie. Na przyszłość, to radzę panu, panie… Karbot, abyś pan przychodził na ćwiczenia przygotowany.

Adam spojrzał na moment spod oka na asystenta po czym ruszył w stronę swego miejsca.
— Fatalnie zaczął mi się ten drugi rok studiów — przeszło mu przez myśl. — Rano trzy minus z fizyki, a teraz pała z matmy! Ale mnie ten Kupiwa zaskoczył. Dlaczego nie zajrzałem do notatek z dzisiejszego wykładu?!
Usiadł i spojrzał bezmyślnie w stronę tablicy. Katusze, z których on jeszcze nie ochłonął, przeżywał teraz Lucjan Garnkowski.
— Małe to pocieszenie, cudze nieszczęście, ale zawsze trochę lżej — pomyślał. Kupiwa wpisywał drugą tego popołudnia dwóję do dziennika. Adamowi nie przechodziła złość na siebie. Na trzecim niedostatecznym prowadzący zajęcia zakończył sprawdzanie wiedzy uczestników zajęć. Sam odpowiedział na zadawane swoim podopiecznym pytania, powtarzając w dużej części dzisiejszy wykład Łącznego.

Adam ze Stanisławem wyszli z budynku i znaleźli się na słabo oświetlonej, zmoczonej mżawką, ulicy. Jej kamienna nawierzchnia połyskiwała blaskiem samochodowych reflektorów. Okna z przylegającej do niej domów świeciły niczym lampiony na gigantycznych choinkach. Jedne światłem jaskrawo-żółtym, inne białym jak mleko, niektóre różnokolorowym przebijającym się przez wzorzyste zasłony.

Przechodzili przez, jak zwykle ruchliwą, ulicę Marii Skłodowskiej-Curie, gdy nagle usłyszeli krzykliwy sygnał karetki pogotowia ratunkowego. Ambulans z czerwonym krzyżem na drzwiach, pędził w stronę pobliskiej kliniki.
— Dobrze, że nas tam nie ma, co Adam? — przerwał milczenie Stanisław, patrząc w stronę szybko oddalającego się samochodu.
— Wiesz, o tym samym pomyślałem. Przy jego, a może jej, nieszczęściu moja dzisiejsza pała to zero.
Była siódma po południu, gdy dotarli pod sąsiadujący ze „Strasznym Dworem” „Telemik”, w którym znajdowała się ich stołówka.
— To co Adaś, kolacyjka? — zapytał Stanisław.
Adam przytaknął skinieniem głowy. Chleb z margaryną i półpłynna kaszanka nie zdołały poprawić mu nastroju. Żując twardą kromkę szarego jak beton chleba próbował poukładać sobie w głowie czekające go jeszcze tego wieczoru obowiązki: — Muszę jednak posiedzieć dłużej nad tą matmą, zrobić zaległe ćwiczenie z wytrzymałości, przejrzeć wykreślną.

Stanisław siedział nisko pochylony nad talerzem, dłubiąc aluminiowym widelcem. Grymas obrzydzenia na jego obliczu komentował skutecznie jakość posiłku: — Mam już na dzisiaj wszystkiego dosyć, tego żarcia również. Pieprzę wsio, przeglądnę tylko wytrzymałkę, potem telewizyjka, spanko i cześć. Jestem już jak betka — oznajmił ponurym tonem.
Gdy wchodzili do pokoju, Julian zbierał właśnie ze stołu zeszyty i książki, natomiast Michał leżał wyciągnięty na swoim łóżku.
— Idę do pokoju do nauki — oznajmił Julian.
— Fuzja, to dla nas nic nowego, zawsze robisz to o tej porze, wkuwając po kilka godzin — odpowiedział Michał z nutką złośliwości. — Ucz się ucz. Sam dobrze wiesz, że na własny garb trzeba się solidnie napracować. Uważaj, żeby ci tylko czaszki nie rozsadziło, bo kto po tobie posprząta. Ja, kmiocie, na pewno nie.
Julian, nie odzywając się do nikogo, otworzył drzwi i bezszelestnie wyszedł na korytarz.
— Po co to taki wieśniak żyje — kontynuował Michał. — Skubaniec, poza nauką nic nie widzi. Co on ma z tego swego zasranego życia. A dziewiętnaście lat to mu się już nigdy nie powtórzy, co nie? Ale on ma chyba tych swoich lat trzy razy więcej niż my. Wziąłby się lepiej za du…
— Może ma, może nie ma — przerwał mu Adam. — Tego nie wiem. Wiem natomiast, że Julek nie ma tego co ja, czyli pały z matmy.
— Co pałnęli cię, pałnęli, pałnęli?! — wykrzykiwał wyraźnie uradowany Michał.
— Kupiwa mnie wydudkał. Nie ma co, biorę Wronę pod pachę i idę w ślady Julka.
— Taki z ciebie orzeł, a dałeś się pałnąć? — Michał, nie przestając się uśmiechać, kręcił głową z niedowierzaniem.
— Adam nie był sam. Kupiwa dopadł też Krzyśka Andrejkę i Józka Tykę — powiedział Stanisław.
Adam podszedł do stołu. Wyciągnął z szuflady obłożony w szary papier podręcznik matematyki autorstwa profesora Wrony, suwak logarytmiczny, notatnik i kilka kartek papieru. Milcząc opuścił pokój.

CDN

Nowszy artykuł

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany