Lech Janka – „Rok akademicki”, odc. 5

Lech Janka – „Rok akademicki”, odc. 5

Większość stolików w sali do nauki była zajęta, głównie przez pierwszoroczniaków. Ten w rogu pokoju okupował Julian. Nie zwracając na nic i na nikogo najmniejszej uwagi pisał coś zawzięcie w zeszycie. Sąsiedni stolik zajmował ich kolega z roku — Janusz Kropka. Jego szczupła sylwetka, uwieńczona białą jak len, pochyloną nad książką głową, była wygięta w kabłąk. Siedział nieruchomo jak głaz. Wydawał się być na stałe zrośnięty z krzesłem. Uchodził za jednego z najlepszych studentów drugiego roku budownictwa lądowego. Już teraz przejawiał cechy typowego naukowca: nieprzeciętną skrupulatność, pracowitość i wyjątkową dociekliwość. Nie szło to wszystko jednak w parze ze zdrowiem. Wiecznie blady i kaszlący, nie rozstawał się z proszkami i pastylkami. Jego pasją był brydż. Wolne chwile, których miał bardzo niewiele, poświęcał tej grze. Z powodzeniem startował w najróżniejszych turniejach.

Adam, przechodząc obok niego, zasalutował. Kropka, zanurzony po uszy w zeszytach, nie zauważył tego gestu. Przy mocno wyeksploatowanym kulmanie stał ostatni wolny stolik. Adam podążył w jego kierunku. Usiadł i z miejsca zabrał się do penetracji kartek w podręczniku, szukając odpowiedniego rozdziału. Odszukał go wreszcie i rozpoczął czytanie. Po odwróceniu kartki stwierdził z przykrością, że nic z tego, co przeczytał nie rozumie. Cofnął kartkę. Gdy skończył ponowne czytanie postanowił rozwiązać przedstawione w podręczniku zadanie tekstowe. Początkowo nie wiedział zupełnie jak się do tego zabrać.
Zawziął się jednak postanawiając, że musi je rozwiązać i to nawet kosztem zarwanej nocy. Męczył się z pół godziny, ale w końcu dobrnął do celu. Z niepokojem szukał na końcu książki wyniku zadania. Jakaż była jego radość, gdy stwierdził, że wszystko się zgadza. Teraz z dużo większą ochotą niż wcześniej przystąpił do rozwiązywania kolejnych zadań. Gdy był przy czwartym, wszystko wydało mu się dziecinnie proste i łatwe.

— Ależ cymbał ze mnie — zganił sam siebie. — Jak mogłem nie odpowiedzieć na pytanie Kupiwy, było takie proste. Za późno się za to wziąłem. Zamknął książkę i odłożył ją na skraju stołu. Po przejrzeniu kilku notatek z ćwiczeń z wytrzymałości materiałów, sięgnął po długopis i suwak. Czysta kartka leżąca przed nim szybko zapełniała się szkicami, wykresami, wzorami i obliczeniami. Dochodziła druga. Uniósł głowę. Salka opustoszała. Tylko Janusz i Julian tkwili nadal na swoich miejscach.

Do pokoju wchodził jak najciszej potrafił. Nie zapalając światła trafił po omacku do swojego łóżka. Ściągnął koc, poprawił poduszkę, rozebrał się i nałożył pidżamę. Po cichu wyszedł do umywalni. Umył ręce, wyszczotkował zęby i zmoczył twarz. Po chwili leżał bez ruchu pod kocem. Z błogością wyciągnął się. Poczuł jak ciepło ogarnia z wolna całe jego ciało. Wydawało mu się, że odpływa gdzieś daleko, daleko, łagodnie, zapadając się miękko w otchłań nie mającą dna…

LISTOPAD

Stanisław przepisywał i przerysowywał wszystko to, co wyszło spod ręki Leona Jodłowskiego, prowadzącego wykład z wytrzymałości materiałów. Sunąc pewnie kredą po tablicy, rozwiązywał kolejną belkę o wyrafinowanej osi i ze skośnymi siłami usytuowanymi w najdziwniejszych punktach. Wykładowca był lubiany przez studentów. Nie było w nim bowiem nawet krzty pozy, sztuczności i zdystansowania się od słuchaczy, cech tak częstych u innych, zwykle znacznie od niego młodszych, wykładowców. Obiektywizm, wyważona tolerancja, umiejętność stwarzania bezstresowej atmosfery podczas egzaminów, wszystko to zjednywało mu sympatyków. Stanisław z ulgą odłożył długopis. — Jeszcze tylko pół godziny — szepnął do siebie.

Była to już szósta godzina wykładów, znużenie miało więc prawo dawać znać o sobie. Pomyślał o obiedzie i z miejsca poczuł wzmagające się z sekundy na sekundę ssanie w żołądku. — Oj, gdyby tak ugotowali pierogi z kapustą, takie jak w domu, zjadłbym ze dwie kopy — pomyślał. — Ale takie wspaniałości z mąki, kapusty, grzybów i skwarek, to potrafi zrobić tylko mama…

… Mały domek na przedmieściu Opola. Wyszarzały od słońca jednospadowy dach, mur z czerwonej cegły, drewniany płotek, skrzypiąca furtka. Za ogrodzeniem dorodny włoski orzech i kwiaty, kwiaty, kwiaty, na czele z mięsistymi irysami przed gankiem. Po raz pierwszy zobaczyli go latem 1945 roku. Dotarli tam z Łucka, po blisko miesięcznej podróży w repatrianckich towarowych wagonach. Miał trzy latka jak opuścili miasto nad Styrem.

Niewiele zapamiętał z tamtych dziecięcych lat. Niekiedy, jak przez gęstą mgłą, pamięć przywoływała obrazy jakiś posępnych murów otaczających górujące w oddali zamczysko i głos matki informujący, że mieszkał tam książę. Opolskie początki łuckiej rodziny nie były łatwe. Z najwyższym trudem wiązali koniec z końcem. Ojciec, który stale poszukiwał stałego zajęcia, był gościem w domu. Matka ślęczała w dzień i w nocy nad swetrami robionymi na zamówienie. Od czasu kiedy ojciec znalazł stałą pracę w cementowni, żyło im się nieco lepiej. Przybywało rodzeństwa. Najpierw urodziła się Małgosia, potem Piotrek, na koniec Izka.

Mijały lata. Utrzymanie czwórki, prawie już dorosłych dzieci, z jedynie ojcowskiej pensji, była sztuką nie lada. Matka próbowała powiększać skromny domowy budżet jak tylko potrafiła. Trochę szyła i nadal dziergała swetry, uprawiała warzywa i sprzedawała je na targu. Stanisław bardzo lubił swój dom. Czuł się w nim dobrze i bezpiecznie. — Stasiu idzie na inżyniera — mówiła matka, przy każdej nadarzającej się okazji, informując z dumą o swym pierworodnym. Bardzo to mu schlebiało i dodawało autorytetu w oczach młodszego rodzeństwa. Dla ojca był nadzieją na lepsze czasy, matka zaś darzyła go bezgraniczną miłością. Marzył o dniu, w którym skończy naukę, wróci do domu, podejmie intratną pracę i zacznie pomagać najbliższym.

Krystyna miała siedemnaście lat, ale wyglądała na więcej. Gęste, długie, proste, kasztanowe włosy, lekko zadarty nos, pełne piersi… Mieszkała po drugiej stronie ulicy. Było październikowe sobotnie popołudnie. Stanisław z niecierpliwością wpatrywał się w okno jej pokoju.
— No jest wreszcie! — krzyknął radośnie. Trzykrotne zgaszenie i zapalenie światła w pokoju spowodowało, że wybiegł z domu jak kamień z procy. Przebiegł jak mógł najszybciej na drugą stronę ulicy. Tłukące jak młot serce zdawało się rozsadzać klatkę piersiową.

Splecione dłonie, ciepłe, wilgotne usta, pośpieszne pozbycie się odzieży, dotyk pachnącej rajem skóry… Ponowne szukanie rozchylonych warg, smak ust, szyi, piersi, uległość ud. Eksplozja rozkoszy i nagły smutek zbyt wczesnego jej spełnienia…

— I dlatego reakcja Ra równa jest Rb — zaakcentował profesor Jodłowski, kończąc wykład. Stanisław, niczym koń smagnięty batem, wykonał ruch tułowiem najpierw w lewo, a za chwilę w prawo. Z niepokojem spojrzał na czystą kartę w zeszycie, potem na pełną rysunków i obliczeń tablicę.
— E tam, przepiszę od Juliana — szepnął i machnął dłonią. Jeszcze ciepłe wspomnienia kusiły powrotem. Był tak zamyślony, że tuż po wyjściu z sali potrącił jakąś kobietę. Niewiele brakowało, a straciłaby równowagę.
— Przepraszam panią — wydukał, z przestrachem w oczach.
— Nic… Nic nie szkodzi. Czy to tu jest drugi rok budownictwa? — spytała niepewnym głosem.
— Właśnie skończył się wykład. Ale o co pani chodzi?
— Przy… przyjechałam do syna…
— Jak się nazywa?
— Adam, Adam Karbot, z Nowej Soli jest.
— Adam? Lepiej nie mogła pani trafić, to mój kolega z pokoju. Był na wykładzie, ale chyba już wyszedł. Pani się z nim pewnie rozminęła. Zaraz go dogonimy, proszę iść ze mną.
— Oj, jak dobrze, że pan to kolega. Dziękuję, dziękuję…
Wyszli z budynku. Stanisław lustrował chodniki szukając Adama wśród tłumu przechodniów. Odnalazł go bez trudu. Szedł z Michałem po drugiej stronie ulicy. Przyśpieszył kroku.
— Adam, Adam, Adam! — krzyknął przez jezdnię.
Adam odwrócił się i nagle znieruchomiał. Rozpoznał matkę. Poczuł wielką radość, a jednocześnie niepokój. Pozostawiając Michała bez słowa wyjaśnienia przebiegł przez ulicę.
— Mamo, mamo! Co ty tutaj robisz? Czy coś się stało?

CDN

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany