Lech Janka – „Rok akademicki”, odc. 6

Lech Janka – „Rok akademicki”, odc. 6

— Nie, nic się nie stało. Pomyślałam tylko sobie, że idzie zima, a ty nie masz nic ciepłego. Wsiadłam w pociąg i jestem, Adasiu.
— To dobrze, że jesteś — odpowiedział nieco zakłopotany.
— Co teraz masz do roboty?
— Dobrze trafiłaś, wykłady się właśnie skończyły, a my dzisiaj wyjątkowo nie mamy zajęć po południu.
— A obiad już jadłeś?
— Właśnie idziemy na stołówkę. Chodź z nami, szybko zjem, a ty poczekasz na mnie w pokoju. Jesteś głodna?
— Nie, nie. Wzięłam na drogę kanapki, nie martw się o mnie.
Stanisław przysłuchiwał się w milczeniu rozmowie matki z synem. Adam spojrzał na niego i powiedział: — Mamo, to jest Staszek, mój kolega z roku.
— Ralewski — przedstawił się Stanisław i uśmiechnął, ukazując rząd mocnych oraz białych jak śnieg zębów.
— Wiem, wiem. To właśnie pan pomógł mi ciebie odszukać.
Na portierni nie było klucza. Portierka pytającym gestem wskazała na towarzyszącą im kobietę.
— To jest mama Adama Karota — oznajmił Stanisław.
Portierka kiwnęła głową.
Na widok wchodzącej do pokoju nieznajomej, leżący w obuwiu na łóżku Michał, zerwał się jak oparzony.
— Michał, to jest moja mama. A to nasz Michał, mamo — powiedział Adam.
Michał, wyprostowany niczym żołnierz na przysiędze, ujął dłoń kobiety i pocałował ją pochylając głowę: — Michał Jerzmanowski jestem.
— Maria, Maria Karbotowa.
— Chłopaki, to co walimy na obiad? — zapytał Adam, wyciągając z szuflady bloczki obiadowe. — Mamo, poczekaj tu na nas. Chwilka i wracamy. Moje łóżko to tamto z kocem w kratę.

Pokój opustoszał. Kobieta z zainteresowaniem penetrowała go wzrokiem.
— Ciasno tu i bardzo skromnie — przemknęło jej przez myśl. — Jak ten mój Adaś tu sobie radzi? Fala czułości i trudnego do wytłumaczenia żalu, ścisnęła ją za gardło. Nie potrafiła powstrzymać łez. Wyciągnęła z torebki małą białą chusteczkę i wytarła mokre ślady pod oczami. Podeszła do szafy. Uchyliła pierwsze z brzegu drzwi, po czym zajrzała do stojącej przy ścianie niskiej drewnianej szafki. Widok pustej butelki po winie, napoczętej musztardy oraz kilku wysuszonych na kość kromek chleba, zaniepokoił ją. Zbliżyła się do łóżka z kocem w kratą, usiadła na jego skraju. Po chwili uchyliła koc sprawdzając świeżość pościeli. Podeszła do dużego okna w białych drewnianych ramach. Długo przypatrywała się nie znanym jej ulicom i budynkom.
— No, już po obiedzie — głos syna przerwał jej obserwacje. — Teraz mamo możemy wyjść do miasta.

Do centrum zmierzali zatłoczoną dziesiątką. Była to bowiem pora komunikacyjnego szczytu. Dorośli wracali do domów po pracy, dzieci i młodzież po zakończonej nauce. Przechodnie poruszali się nerwowo i szybko, niczym mrówki w mrowisku, do którego wrzucono sękaty kij. Podniecenie udzielało się też wszelkim poruszającym się pojazdom. Intensywniej i głośniej niż zwykle popiskiwały hamulce, dzwoniły tramwaje, wyły silniki. Miasto znajdowało się na wysokich obrotach. Pulsowało przyśpieszonym rytmem niczym krew w gorączce.

W powietrzu wyczuwało się większą niż zwykle wilgotność, jakby Odra, oplatająca miasto siecią odnóg i kanałów, dzieliła się sobą z miastem. Zmęczeni i stłoczeni pasażerowie dziesiątki w milczeniu znosili niedogodności podróży. Tramwaj wjeżdżał właśnie z hałasem na most Grunwaldzki. Głuchy jęk kół, przypominający głos syreny okrętowej, zagłuszył wszystko. Wiszący most niczym gigantyczna firanka z frędzlami, był symbolem Wrocławia. Jego „życiorys”, tak jak historia miasta, któremu służył, obfitował w dramaty. Niemiecki konstruktor, podczas prób obciążeniowych, odebrał sobie życie strzałem w głowę. Gdy wozy z piaskiem zbliżały się na środek mostu zauważył, że jedna ze stalowych taśm podtrzymujących mostowe przęsło, zaczęła się odkształcać. Podczas ostatniej wojny most został poważnie uszkodzony i nie nadawał się do eksploatacji. Dopiero po uporczywej kilkuletniej walce o jego rekonstrukcję mógł na nowo służyć wrocławianom. Stoi do dziś, dumny i piękny, zachwycając ludzi swą oryginalną urodą.

Adam, uwieszony jedną ręką skórzanego tramwajowego uchwytu, kołysząc się w rytm wozu pędzącego po nierównym torowisku, kolejny raz przypatrywał się sylwetce oddalającego się mostu.
— Wysiądziemy przy ratuszu i pójdziemy Świdnicką do pedetu — zaproponował.
— Tak, tak — przytaknęła cicho kobieta, patrząc na miasto przez tramwajową szybę. Obrazy, które oglądała były jej obce i jakby nienaturalne. Miała wrażenie, że jest jedynym widzem na widowni, oglądającym nie ten film. Ukradkiem spojrzała na syna.
— Gdzie podział się ten mój malutki Adaś, z kręconymi białymi włoskami, szukający u mnie schronienia przed wszystkimi i wszystkim? — przeszło jej przez myśl. — Ten, to jakiś zupełnie inny człowiek, nie należy już do mnie tak jak dawniej.

Dojeżdżali na plac ratuszowy. Z najwyższym trudem przecisnęli się ku wyjściu.
— Co tam mamo w domu? Jak tam Marek, jak tato? — zapytał Adam, gdy tylko znaleźli się na chodniku.
— Mareczek, jak to Mareczek. Stale walczymy z nim o to jego jedzenie. Jest taki drobny i chudziutki, prawie nic nie je. Tata ostatnio nie czuje się najlepiej. Był tydzień na zwolnieniu.
— Znów astma i serce?
— Chyba tak. Wiesz jaki on jest, do lekarza nie pójdzie, choćby go ciągnąć wołami.
— Ojciec nie jest jeszcze taki stary… Czterdzieści osiem, ale zdrowia nie umie szanować. Codzienne wypalanie dwóch paczek najpodlejszych papierosów i niewylewanie za kołnierz to pewnie główne przyczyny tych jego niedomagań — zadumał się Adam.

Dochodzili do największego domu towarowego Wrocławia. Przed wejściem było tak tłoczno, że z trudem przedostali się do wnętrza. Odszukanie działu z męską konfekcją nie sprawiło im najmniejszego problemu, znaleźli go tuż obok szerokich betonowych schodów. Adam przymierzył kilka wyszukanych przez matkę płaszczy. Najbardziej podobał mu się ciemnozielony w delikatną jodełkę.
— Czy nie będzie za zimny? — zapytała z troską w głosie. — Musi ci wystarczyć na całą zimę.
— Nie będzie mi w nim zimno, jest w sam raz.
Adam nie przywiązywał do odzieży, a szczególnie do mody, prawie żadnego znaczenia. Ważna była przede wszystkim wygoda i funkcjonalność. Buty musiały być mocne i dobrze chronić przed chłodem i wodą; spodnie, marynarki, swetry i płaszcze tak samo.
Karbotowa z kwitem w dłoni wypisanym przez pulchną sprzedawczynię podeszła do kasy.
— Tysiąc dwieście dziesięć złotych proszę — zażądała znudzona kasjerka.

— Wdepniem, mamo, do Tempa, co? — zapytał Adam, gdy tylko znaleźli się na ulicy Świdnickiej. — Zjesz coś przed podróżą.
Kobieta nie protestowała. Doszli do ulicy Świerczewskiego i skręcili w lewo. Naprzeciw kina Śląsk mieścił się duży, niedawno oddany do użytku bar samoobsługowy. Adam otworzył oszklone aluminiowe drzwi. W kolejce przy barze stało kilka osób. Zamówił dwie porcje zrazów wołowych z ziemniakami i buraczkami. Młoda, schludna kobieta, w świeżo wykrochmalonym białym fartuchu, zgrabnie wypełniała trzymane jedną dłonią dwa płaskie talerze. Po chwili podała je Adamowi, który przeszedł do znajdującej się tuż obok kasy.
— Dziewiętnaście osiemdziesiąt — bąknęła kobieta w różowej sukience, zgarniając ze szklanej podstawki dwudziestozłotówkę. Usiedli przy jednym z pięciu wolnych stolików. Matka Adama sięgnęła po torebkę.
— Mamo, daj spokój, ja stawiam. Coś się chyba tobie należy za przyjazd i za ten zakup. Spojrzała na syna i uśmiechnęła się.
— Ale to jest dobre — odezwała się po przełknięciu pierwszego kęsa. — Jak oni to robią? Wszystko tak dobrze doprawione, świeże i smaczne. Ponownie spojrzała na Adama, który z wielkim apetytem kończył swoją porcję.

— Mam już takiego dorosłego syna — pomyślała patrząc na zajadającego ze smakiem Adama. — Gdy go rodziłam miałam dwadzieścia lat. Oboje cudem wyszliśmy z tego porodu. Był taki malutki, cichy i cały granatowy. Akuszerka straciła już nadzieję na jego przeżycie. A zima wtedy w Pińsku była prawdziwa, pełna śniegu, a od mrozu aż powietrze trzeszczało. Marian daleko na froncie, cofał się z Armią Czerwoną przed Niemcami. W mieście hitlerowcy. Zdobycie czegokolwiek dla dziecka było prawie niemożliwe. Jak myśmy to przeżyli…

CDN

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany