Lech Janka – „Rok akademicki”, odc. 7

Lech Janka – „Rok akademicki”, odc. 7

— Masz już bilet? — zapytał Adam, odkładając na bok stołu pusty talerz.
— Co, co, jaki bilet?
— No, czy kupiłaś bilet kolejowy do domu?
— Nie, nie kupiłam. Musimy zaraz iść na dworzec, bo nie zdążę na pociąg.
Odcinek ulicy dzielący bar Tempo od budynku stacji Wrocław Główny przemaszerowali szybko i prawie bez słowa. Bryła dworca, przypominająca gmaszysko w staroangielskim stylu, przywitała ich gwarem podróżnych. Przed kasami stały długie kolejki. Po dwudziestu minutach oczekiwania znaleźli się przy okienku. Wyszli na peron, w tym samym czasie, gdy pociąg relacji Przemyśl — Szczecin z impetem wjeżdżał na stację.
— Mamo, poczekaj tu na mnie. Spróbuję znaleźć ci siedzące miejsce! — krzyknął Adam i podbiegł w kierunku zbliżającego się wagonu drugiej klasy.

Pociąg zatrzymał się. Adam był drugi przed drzwiami wagonu. Sporo pasażerów wysiadało, miał więc nadzieję, że znajdzie matce siedzące miejsce. Nie chciał, aby przez ponad cztery godziny stała na korytarzu. Z impetem dopadł pierwszego z brzegu wolnego przedziału. Opuścił okno i przywołał matkę. Dostrzegła go. Wlekąc pakunek i torbę podróżną nieporadnie zbliżała się do wagonu. Po wejściu do przedziału usiadła na twardej drewnianej ławce. Po minucie nie było już wolnego miejsca w przedziale, a chwilę później również na korytarzu.

— Adasiu, już późno, musisz synku wracać, bo pociąg zaraz odjedzie. Bądź zdrów — powiedziała cicho, kreśląc dłonią w powietrzu znak krzyża. Pocałowała syna w policzek. Adam spojrzał na nią. Jej oczy były pełne łez. Przycisnął ją do siebie. Serce waliło mu mocno, a jakaś gula rosła w gardle.
— No, no, to ja już pójdę — zdołał wykrztusić drżącym głosem.
Ujął pod pachę zapakowany płaszcz i skierował się ku wyjściu. Z mozołem przeciskał się przez nabity pasażerami korytarz. Wreszcie znalazł się na peronie. Przez brudną szybę patrzył na matkę. Machała do niego dłonią, on odpowiadał takim samym gestem. Po chwili wagony drgnęły i z wolna ruszyły.

„Dob y wiec ór we Wr ła iu”. Kaleki neon, świecący jaskrawo z dachu budynku znajdującego się na przeciw szerokiego wyjścia z dworca, wydawał się być pogodzony ze swoim losem. Adam patrzył w jego kierunku. Zaskoczony brakiem liter nie potrafił od razu rozszyfrować treści napisu. Skierował się w stronę najbliższego przystanku tramwajowego. Zbliżał się do grupy gapiów stojących tuż przy jakiejś wielkiej ciężarówce z przyczepą. Plandeka na tylnej części przyczepy była podniesiona. Mężczyzna w czapce PKS wyciągał z przyczepy ręce w kierunku stojącej na placu kobiety. Miała szarą zniszczoną twarz i krótki granatowy płaszcz podszyty wiatrem. Chwycił ją mocno i bezceremonialnie wciągał na przyczepę. Jej spódnica musiała zapewne zaczepić się o jakąś nierówność, bo zaczęła się zsuwać ze swej właścicielki. Niczym nie zrażony kierowca kontynuował ten niezwykły załadunek. Całkowicie zdarta spódnica odsłoniła chude białe uda i czerwone majtki o długich nogawkach, przez które prześwitywały dziury. Po chwili plandeka z szumem opadła na tylną burtę samochodu, a szaro-zielona spódnica na bruk.

— To jest kurewstwo w biały dzień! — pokrzykiwał jeden z gapiów. Stojący przy nim tęgi szpakowaty mężczyzna pokiwał kilka razy głową, po czym ruszył w kierunku dworca.
— Czy nie można zrobić porządku z tymi Gruzinkami?! — grzmiała pękata blondynka, z niebieskim beretem na głowie. Gruzinami nazywano wrocławskich kloszardów. Gnieździli się w pozostałych jeszcze tu i ówdzie zburzonych wojną domach, kryjąc się głównie po piwnicach. Widywało się ich przede wszystkim w Śródmieściu, głównie zaś w okolicy dworca. Mieli charakterystyczne twarze w kolorze betonu oraz zamglone i przekrwione oczy. Nieliczne próby ich resocjalizacji nie przynosiły najmniejszych efektów.

Na przystanku stało kilkanaście osób. Po paru minutach oczekiwania wtoczyła się jednowagonowa dwójka. Gdy tylko ruszyła, Adam wskoczył na tylny pomost. Wysłużony tramwaj, z metryką z pierwszych lat dwudziestego stulecia, dziarsko pokonywał drogę od przystanku do przystanku. Na trzecim weszła na pomost para młodych ludzi. Ona – z głową pełną puszystych jasnych włosów, miała na sobie granatowy płaszcz, on – wysoki, z czarną czupryną przykrytą niewielkim brązowym kapeluszem. Rozmawiali ze sobą głośno, co chwila przerywając dialog chichotem. Adam, który myślami był jeszcze przy matce, po kolejnym wybuchu radości tej młodzieńczej pary, spojrzał w ich kierunku.
— Krystyna, Krystyna! — chciał krzyknąć, ale w porę ugryzł się w język.
Jak na komendę odwrócił się i zrobił dwa kroki w tył, kryjąc się za plecami pasażerów. Młoda kobieta i jej partner, niczym źrebaki pasące się na wiosennej łące, nie zwracali uwagi na nic i na nikogo, pochłonięci sobą całkowicie…

… Wieczorek taneczny w akademiku Uniwersytetu, o przewrotnej nazwie „Pancernik”. Adam przetańczył z nią kilkanaście kawałków. Miała długie zgrabne nogi, jasne puszyste włosy, duże szaro-niebieskie oczy i pojawiający się co jakiś czas dołeczek na prawym policzku. Sprawiała wrażenie niezwykle oczytanej i elokwentnej. Deprymowało to Adama do tego stopnia, że często zapominał języka w gębie. Na szczęście Krystyna mówiła i za niego, i za siebie. Gdy zabawa zbliżała się do końca, zdobył się na odwagę i zaproponował spotkanie w najbliższy czwartek. Nie odmówiła. Czas od soboty do czwartku ciągnął się mu stanowczo za długo. Gdy zjawił się pod jej akademikiem, do umówionego czasu spotkania brakowało pół godziny. Te trzydzieści minut było dla niego niemal wiecznością, a ostatnie pięć męką. Każda wychodząca z budynku dziewczyna przyprawiała go o bolesny skurcz żołądka. W żadnej nie rozpoznał Krystyny. Gdy minęła osiemnasta, minuty zaczęły gnać jak opętane. Ani się spostrzegł jak uzbierało się ich z górą czterdzieści. Dziewczyny jednak jak nie było, tak nie było. — Zajęcia się jej przeciągnęły, zachorowała, a może wyjechała. Pomyliła godzinę? — Adam na różne sposoby starał się wytłumaczyć jej nieobecność. Tkwił jednak nadal jak zamurowany, z wzrokiem wlepionym w drzwi „Pancernika”, łudząc się spełnieniem oczekiwania. Była wpół do ósmej, gdy stracił resztki nadziei.

W niedzielę ponownie zjawił się na zabawie w jej akademiku, mając nadzieję, że ją spotka. Sala pękała w szwach. Było ciasno i parno. Z dwóch głośników, stojących na stołach w narożnikach sporej świetlicy, wydostawała się bardzo głośno muzyka. Przeważały zachodnie przeboje, na czele z królującym wówczas rockiem. Adam stał oparty o parapet przesłoniętego ciężką bordową kotarą okna, obserwując tańczących. Nie minął kwadrans jak zobaczył wchodzącą do sali Krystynę. Na chwilę wstrzymał oddech, a serce waliło mu z wszystkich sił.

Nie była sama, towarzyszył jej postawny brunet w granatowej marynarce. Dziewczyna, uśmiechnięta od ucha do ucha, chwyciła partnera za rękę i pociągnęła na środek sali. Tańczyli mocno do siebie przytuleni. Każdy zakamarek ciała Adama wypełniała paląca i mdła gorycz. Przez ponad godzinę stał jak zamurowany, bojąc się spojrzeć w stronę tańczącej pary. Czuł się jak nikomu niepotrzebny intruz. Coraz boleśniej denerwował go jazgot muzyki, szum rozmów, woń potu i tanich perfum. W końcu postanowił wyjść z akademika. Kierował się właśnie ku wyjściu, gdy dostrzegł stojącą pod ścianą dziewczynę o dużych migdałowych oczach. Wydało mu się, że uśmiecha się do niego. Jej długie, proste i ciemne włosy opadały filuternie na twarz. Odgarniała je łagodnym ruchem ręki. Przystanął i jak tylko usłyszał pierwsze takty muzyki, zdecydowany na wszystko, niczym żołnierz przed atakiem, podszedł do dziewczyny.
— Czy, czy mogę prosić? — zapytał niepewnie.

CDN

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany