Lech Janka – ,,Rok Akademicki”, odc. 8

Lech Janka – ,,Rok Akademicki”, odc. 8

— Tak, tak…

Uśmiechnął się, gdy nieznajoma kolejny raz odgarnęła niesforne włosy. Podała mu swoją małą ciepłą dłoń. Ujął ją lekko i delikatnie pociągnął w stronę tańczących. Objął partnerkę prawą ręką czule, ale stanowczo i przyciągnął ku sobie. Długi czas nie potrafił wypowiedzieć ani jednego słowa. Nieśmiałość i przeciągające się milczenie drażniły go coraz intensywniej. Wszelkie sposoby rozpoczęcia rozmowy wydawały mu się zbyt szablonowe. W końcu zdecydował się otworzyć usta. Odsunął ją nieco od siebie, spojrzał prosto w oczy i zapytał:

— Pani tu mieszka?

— Nie, nie. Nie mieszkam w „Pancerniku”. Mam prywatną kwaterę, ale mieszkają tu moje koleżanki z roku.

— Uniwersytet?

— Tak, drugi rok biologii.

— Dobrze się składa, ja też drugi, tyle że budownictwa na polibudzie.

Przetańczyli wszystkie kawałki do końca zabawy. Przed pożegnaniem Adam zaproponował Marii (tak miała na imię) kino w najbliższą środę. Wybrali się do Giganta na radziecki „Niewysłany list”. Film nie był zbyt interesujący, ale to było najmniej ważne. Po seansie odprowadził dziewczynę do jej kwatery. Wynajmowała mały pokoik na pierwszym piętrze nieotynkowanej kamienicy przy Nowowiejskiej.

Mimo rosnącej z dnia na dzień sympatii do Marii starał się traktować tą znajomość z rezerwą. Nauczony kilkoma niepowodzeniami nie chciał się zbyt mocno angażować, aby nie doznać kolejnego zawodu. Wmawiał sobie, że nie ma szczęścia do dziewcząt. W Nowej Soli, jeszcze przed maturą, kręciła się koło niego Jadwiga o kasztanowych włosach, ale nie wzbudzała w nim większego zainteresowania. Nie miał dotąd żadnej kobiety. Z tego powodu czuł się nieco upokorzony, szczególnie wtedy, gdy jego koledzy chwalili się swymi licznymi już podbojami…

— Ale cię wieśniaku wymiotło, prawie na cały dzień — przywitał Michał wchodzącego do pokoju Adama.

— Matkę odprowadzałem na pociąg.

— Niezłą ci wałówę stara zostawiła, co nie? — zapytał Michał kierując wzrok na szarą paczkę, którą Adam położył na łóżku.

— To nie żarcie, tylko palto.

— O, jeszcze lepiej. To pokaż się w tym swoim nowym paletku.

Adam podszedł do łóżka. Wolno rozpakował płaszcz i nałożył go na siebie. Michał podniósł się z łóżka, poprawił okulary i podszedł do Adama. Uniósł wysoko prawą brew i skrzywił się z obrzydzeniem.

— Coś ty skubańcu kupił najlepszego. Wyglądasz w tym jak stróż w Boże Ciało — rzucił w stronę kolegi.

— Nie twój, cholera, interes — odburknął poruszony do żywego Adam — Nie ty będziesz go nosił!

Zrzucił płaszcz zdecydowanym ruchem, włożył na wieszak i schował do szafy, zamykając z trzaskiem drzwi.

— A gdzie Julian i Staszek? — zapytał po kilku minutach milczenia.

— Fuzja wkuwa tam gdzie zawsze, a Staszka wymiotło do Jabłońskiego. Był u nas ten kmiot i razem wyszli.

— A ty co robisz?

— Przeglądam mechanikę, jutro przecież ćwiczenia, trzeba coś wiedzieć, nie?

— Drugi rok — zamyślił się Adam. — Najgorszy i decydujący o pozostaniu na uczelni miał być ten pierwszy. Straszyli przesiewem, selekcją. Przebić się na drugi mieli tylko najzdolniejsi i najbardziej pracowici. Jakoś nam się udało. Drugi rok miał być już z górki. Okazało się, że jego program jest znacznie obszerniejszy niż wcześniej. Dużo więcej wykładów, zajęć, projektów. Samych zaliczeń będzie z dziesięć. Do tych z przedmiotów egzaminacyjnych doszły jeszcze materiały budowlane, budownictwo ogólne, filozofia, rosyjski, wojsko i wuef. Każdy z asystentów chce, aby mu opracować referat, zrobić projekt, opisać doświadczenie. Na koniec semestru cztery egzaminy: matematyka, fizyka, mechanika budowli i wytrzymałość materiałów. Chyba zbyt łatwo uwierzyliśmy, że najgorsze za nami. To „z górki” okazało się dla niektórych „pod górkę”. Staszek uzbierał już po kilka haków z wytrzymałości, mechaniki, fizyki i matmy. Robi dobrą minę do złej gry, sprawiając wrażenie, że to wszystko tylko przejściowy dołek, a i tak jego będzie na wierzchu. Michałowi idzie średnio. Szczęście go jednak nie opuszcza. Jedynie na fizyce nieco mu go brakuje. Mnie, po kiepskim początku, jakoś idzie, choć opornie. Najważniejsze, że się zrewanżowałem Kupiwie i musiał mi postawić cztery. Czuję coraz wyraźniej przesyt nauki, a i pamięć jakby nie ta, co dawniej. Ile to lat się tego siedzenia w szkolnej ławie uzbierało? Podstawówka: siedem, ogólniak: cztery i teraz dwa. Trzynasty rok orki. Najlepiej z nas radzi sobie Julian. Na sprawdzianach, kartkówkach, repetytoriach i kolokwiach jest zawsze w czubie. Nie schodzi poniżej czwórki. Zazdrościmy mu tych jego ocen. Nie potrafimy jakoś wyhamować złośliwości w stosunku do niego. Skąd u ludzi tyle wrogości do tych, którym wiedzie się lepiej? W zadawaniu pstryczków w nos nikt nie prześcignie Michała. Te jego słynne odzywki do Julka: kmiocie, wieśniaku, wsadź se łeb pod wodę, bo ci się zwoje przegrzeją; fuzja, sprawdź no tylko, czy ci, aby dupa do krzesła nie przyrosła, ty Julek nie piernicz, oddaj mi swój bloczek na kolację, przecież nie masz wieśniaku czasu na takie drobiazgi jak jedzenie, siedź i wkuwaj. Potrafi przyszyć łatkę każdemu, nikogo nie oszczędzi…

— Byłeś, Adam, na kolacji? — zapytał Michał, przerywając rozmyślania swemu koledze.

— Co? Jakich owacji?

— Na kolacji, kmiotku, nie żadnych owacji.

— Nie, nie zdążyłem. A co było?

— Nic nadzwyczajnego. Twarożek z margaryną — oznajmił Michał nie spuszczając wzroku z zeszytu.

Adam poczuł nagle doskwierający głód. Podszedł do szafki żywnościowej, otworzył ją i zajrzał do wnętrza. Na środkowej półce leżały trzy zasuszone kromki chleba powykręcane we wszystkie strony. Wziął do ręki jedną i próbował rozgryźć. Początkowo stawiała opór, ale w końcu z trzaskiem poddała się. Przełykał właśnie pierwszy kęs, gdy do pokoju, prawie bezszelestnie, wślizgnął się Stanisław.

— O, jesteście obaj w pokoiku. Która to się zrobiła godzinka? — zapytał szczerząc rząd białych zdrowych zębów.

— Gdzie ty się włóczysz, wziąłbyś się lepiej do roboty — zganił go Michał.

— Na dzisiaj to już u mnie dupa zimna, ale od jutra – pełna gotowość — odparł Stanisław, nie przestając się uśmiechać. — Wiecie co, chłopaki, ten skurwiel, Grzesiu, to ma niedobrze pod dachem. Byliśmy na telewizyjce i coś się popsuło z obrazem, jeden śnieg. Podchodzili różni i próbowali regulować. Nic nie pomagało. W końcu Jabłoński uniósł się z krzesła i mówi: to nic nie da, trzeba pod telewizor coś podłożyć, najlepiej… deskę. Śmiech się zrobił, że hej. Ktoś go podpuścił i krzyknął: — To idź po deskę i sam spróbuj. I co nasz Jabłońsiu robi? Wychodzi z sali, a po chwili wraca z niczego sobie dechą. Podczas jego nieobecności obraz sam się jakoś uregulował. Ale do niego to nie przemawiało. Koniecznie chciał tę deskę włożyć pod telewizor. Kilku chłopaków z czwartego roku nieźle się namęczyło, aby go powstrzymać.

— Temu Jabłońskiemu to chyba już połowa mózgu wyparowała z tej jego makówki — skwitował Michał, po czym podniósł się z łóżka i położył zeszyt na stole.

Adam w tym czasie dobierał się do drugiego suchara. Podszedł po cichu do drzwi, uniósł wysoko rękę sięgając gałki głośnika i przekręcił ją. Pokój wypełniła niezbyt czysto brzmiąca piosenka w wykonaniu Sławy Przybylskiej. Rozmowy umilkły. Słychać było tylko ciepły i smutny głos piosenkarki wydobywający się spod sufitu: — Pamiętam twoje oczy, z rozkoszy nieprzytomne, rozwarte i ogromne…

Michał wrócił na łóżko. Położył splecione dłonie pod głowę, wyciągnął się, spojrzał w sufit i słuchając piosenki przymknął powieki…

… Gdyński kemping nad brzegiem zatoki. Duszny lipcowy wieczór. Grupa studentów poznańskiej Akademii Sztuk Plastycznych zajmowała dwa wielkie wojskowe namioty.
W jednym mieszkali chłopcy, w drugim dziewczyny. Leżąc na materacu w swoim niewielkim namiocie, z zainteresowaniem przyglądał się krzątaninie uczestników plenerowego obozu plastyków. Wandę, po raz pierwszy, zobaczył przy kranie z wodą. Myła biały kubek z czerwoną wisienką. Faliste czarne włosy rozwiewały się przy każdym jej ruchu. Nie namyślając się długo, zerwał się z materaca, chwytając pierwsze z brzegu naczynie i pobiegł z nim do kranu. Patrzył na nią bezczelnie na przekór niepokojowi, który zdawał chwytać go za gardło. Gdy jej duże, czarne i okrągłe jak dwie monety oczy, spotkały się z jego wzrokiem, mrowie przeszło mu po plecach. Dalej wszystko potoczyło się już bardzo szybko, jak w filmie o szczęśliwej miłości. Młodość, wakacje, słońce, morze sprzyjały dojrzewaniu uczuć. Trzeciego dnia znajomości Wanda została jego pierwszą dziewczyną, a on jej pierwszym chłopcem. Poza sobą niewiele widzieli. Długie spacery brzegiem morza, ciągnące się w nieskończoność rozmowy o wszystkim i o niczym, wspólne wypady do Gdańska i Sopotu, pośpieszne posiłki, krótki przerywany sen. Do końca pobytu na kempingu byli nierozłączni, skazani na siebie na dobre i złe…

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany