Mistrzowie pióra

Mistrzowie pióra

W ramach tegorocznych Dni Seniora grupa o-CAL-eni po raz czwarty zorganizowała Konkurs Poezji Seniora. Konkurs ten jest doskonałą okazją, by twórczość, która zwykle trafia do szuflady, mogła ujrzeć światło dzienne. Jak co roku rywalizowali ze sobą głównie pisarze-amatorzy, osoby, które swą miłość do pióra odkryły dopiero na emeryturze. Formuła tegorocznej edycji była bogatsza o nową kategorię: prócz wierszy jury oceniało też krótkie opowiadania. Jury, któremu przewodziła polonistka pani Zofia Gonzol, nie próżnowało. Zgłoszeń było około stu – to absolutny rekord w historii tego konkursu. Ostatecznie wybrano 31 prac, które przeszły do dalszego etapu rywalizacji.

 

Wielki finał
Finał Konkursu Poezji Seniora odbył się 23 września w siedzibie Wrocławskiego Centrum Seniora. Autorzy zaprezentowali konkursowe dzieła. Spotkanie uświetniła swą muzyką pani Bożena Prószyńska-Konarska, alcistka. Koordynatorka Dni Seniora, pani Małgorzata Jamróz, wręczyła wszystkim uczestnikom pamiątkowe dyplomy. Wyniki konkursu ogłoszono w niezwykle uroczystej atmosferze. W kategorii Poezja pierwsze miejsce zdobyły Wrocławskie kamienice autorstwa pani Władysławy Kowalik, drugie miejsce przyznano Grabaczowi chmur pani Grażyny Fotek, a trzecie zajął Wrocław nocą pani Leokadii Bajrakowskiej. Wyróżnione zostały wiersze pani Gizeli Żaby i Renaty Zagajczyk oraz wiersz pana Mirosława Wojtowicza. W kategorii Proza pierwsze miejsce należało do opowiadania Moja nie pierwsza miłość pani Marii Pietrzyk, drugie zajął Spacer po pilczyckim lesie pani Antoniny Kozuń, a trzecie miejsce przyznano utworowi Dni prania pani Nijoli Stankiewicz-Latosik.
W tym numerze „Czerwonego Portfelika Senior” zamieszczamy zwycięskie prace oraz kilka słów od ich autorek, pani Władysławy Kowalik i pani Marii Pietrzyk.

Po prostu zaczęłam pisać
Rozmowa z panią Władysławą Kowalik, autorką wiersza Wrocławskie kamienice.

Ewelina Kodzis: Co takiego jest we wrocławskich kamienicach, że poświęciła im Pani swój wiersz?
Władysława Kowalik: Wrocławskie kamienice są niezwykle urokliwe. Długo nie było mnie w kraju, w pamięci zachowałam szaro-bury obraz Wrocławia. Od trzech lat znów jestem w Polsce i widzę, jak wiele się zmieniło, jak wszystko pięknieje. Jestem wrocławianką z krwi i kości i jestem przekonana, że Wrocław to jedno z najpiękniejszych miast w Polsce. Kamienic jest tu bardzo wiele, wyraźnie wyróżniają się w miejskim krajobrazie. Dzięki remontom odzyskują dawne piękno. Pewnego razu, kiedy jechałam tramwajem przez miasto, zaczęłam się im tak uważniej przyglądać… Podobają mi się i te niewielkie, w Rynku, na Starym Mieście, i te ogromne, czynszowe. Są jak dziewczęta – żywe, piękne, każda inna, ale wszystkie zachwycają.

E.K.: Czy to Pani debiut, czy zajmowała się Pani pisaniem już wcześniej?
W.K.: To nie jest mój pierwszy wiersz, ale trzeba przyznać, że jestem debiutantką, gdyż pisać zaczęłam w tym roku, w czerwcu. Napisałam już sporo wierszy, o różnej tematyce, również rymowanki dla dzieci. Mam taką wewnętrzną potrzebę pisania, pewne tematy po prostu za mną chodzą i czuję, że muszę coś o tym napisać. Właściwie można powiedzieć, że ja tylko przekazuję to, co już jest, co widzę, co czuję. Nie stawiam sobie w poezji żadnych reguł, po prostu daję się ponieść.

E.K.: Ma Pani duszę poetki. Czy w życiu zawodowym była Pani związana ze sztuką?
W.K.: Nie, z wykształcenia jestem ekonomistą, prawnikiem.

E.K.: Czyli twarde stąpanie po ziemi?
W.K.: Tak. Ale moja druga strona jest zupełnie inna.

E.K.: Jak najbliżsi przyjęli pojawienie się tej „drugiej strony”?
W.K.: Są zaskoczeni – zupełnie jak ja. Mój mąż jest tolerancyjny i wyrozumiały względem mojej nowej pasji. Jest też pierwszym cenzorem mojej twórczości. To właśnie on jako pierwszy czyta moje nowe wiersze. Czyta, przygląda się i w końcu stwierdza, że on się na tym nie zna. (śmiech) Znajomi są zdziwieni. I dla mnie też to wszystko takie nowe, osobliwe. Pewnego dnia po prostu zaczęłam pisać.

Wrocławskie Kamienice
Wiesława Kowalik

Wrocławskie kamienice – jak panny swawolne,
firankami okiennic mrugają figlarnie.

Te smukłe, w wysokich kapeluszach dachów sadowią się blisko na grzędzie.
Grzeją boki wzajemnie, każda innej barwy jaja znosi.

Inne, pochodzenie swe zacne herbami potwierdzając,
falbanami gzymsów furkoczą zalotnie,
w zachodzącym słońcu przechodniów uwodzą.

Te z lodami i kramami, stoją bliżej centrum.
Lica rumiane wystawiają do słońca,
drzwiami rzeźbionymi do wnętrz zapraszają.

Mieszkalne kamienice, opasłe, bogate,
po piętrach drewnianymi schodami prowadzą ostrożnie.
O zmierzchu z ażurowych balkonów sąsiadów podglądają.

Złocenia, sztukaterie, kartusze, amorki,
kolumny, fiale, wykusze, frontony,
w szykowne koronki ubrane kanefory na szczytach,
z przepastnej szarości przywrócono do życia.

Dwór Polski, Pod Gryfem, Pod Złotym Słońcem i Dzbanem, Pod Starą Szubienicą – nazwy wyszukane.
Są częścią tożsamości, żywą tkanką miasta, miejscem gdzie historia wciąż biegnie, od Piasta.


Literacka żyłka

Rozmowa z panią Marią Pietrzyk, autorką opowiadania Moja nie-pierwsza miłość.

Ewelina Kodzis: Czy opowiadanie Moja nie-pierwsza miłość to Pani debiut?
Maria Pietrzyk: To opowiadanie nie jest moim debiutem ani pierwszym sukcesem. Mój esej zatytułowany „Moje miasto. Moje życie” znalazł uznanie na konkursie „(Nie)zwykli ludzie. (Nie)zwykłe historie. Wrocław oczami seniorów” w 2011 roku. Jestem rodowitą wrocławianką, więc oczywiście miasto jest jedną z moich inspiracji. Piszę i prozę, i poezję.

E.K.: Skąd w Pani ta literacka żyłka?
M.P.: Zainteresowanie literaturą rozbudziła we mnie moja wspaniała belferka, polonistka, pani Irma Pyszniak. Od kiedy pamiętam, pisałam dużo i chętnie. Choć nie udało mi się zrealizować mojego marzenia o studiowaniu polonistyki, to zamiłowanie do literatury towarzyszy mi całe życie. Od 1961 roku prowadzę pamiętnik. Chcę, by mój syn i wnuk mieli po mnie pamiątkę.

E.K.: Co jeszcze wypełnia Pani czas? Jakieś inne hobby?
M.P.: Teraz, kiedy jestem już na emeryturze, mam trochę więcej czasu dla siebie i najbliższych. Opiekuję się moją mamą, a w wolnych chwilach jestem statystką na planie serialu „Pierwsza miłość”. Właśnie tym serialem jest zainspirowany tytuł zwycięskiego opowiadania. Kocham kulturę i sztukę – filmy, książki, seriale, pisanie… to wszystko sprawia, że moja doba jest wypełniona co do minuty.

Moja nie-PIERWSZA MIŁOŚĆ
Maria Pietrzyk

Natarczywy sygnał telefonu oderwał mnie od ulubionej lektury. „Pani Maria?” – zapytał miły głos w słuchawce. „Tak. Witam pani Moniczko!” – odpowiedziałam radośnie. „Jutro o godz. 8.00 zbiórka pod Wytwórnią przy ulicy Wystawowej. W ubiorze wykluczone kolory: czerwony, biały i czarny. Proszę o punktualność. Do widzenia pani Mario!” W słuchawce zapadła cisza. Serce mocno mi zabiło. Zadałam sobie pytanie: czy Piotr także dostał taką informację?
O wyznaczonej godzinie stałam pod Wytwórnią w kręgu kilku osób, obok czekającego „busika”. Nagle poczułam na policzku delikatne muśnięcie. Podniosłam głowę. Piotr! Piotr! Z wysokości prawie dwóch metrów spoglądał na mnie swymi uśmiechniętymi oczami, uśmiechnięty blondyn w sile wieku. „Zdążyłem! Monika dzwoniła do mnie, ktoś wypadł z listy, więc jestem w zastępstwie!”
Pora odjazdu. Usiedliśmy obok siebie Tylko my dwoje wiedzieliśmy jak mocno biją nasze serca na swój widok. Nikt z naszych przyjaciół nie domyśla się, jak bardzo jesteśmy szczęśliwi z naszego spotkania. Patrzeć na siebie, mówić do siebie i tylko… ten niewinny pocałunek w policzek przy powitaniu na zbiórce. Na tyle tylko mogliśmy sobie pozwolić.
Wrocław pozostał w tyle. A my dwoje jakby w innym świecie. Całkowicie głusi na głośne rozmowy naszych współtowarzyszy, błądzący wzrokiem po swoich ciałach i tylko grą słówek wtuleni w siebie, udręczeni niemocą oddania się rozkoszy. Po godzinnej jeździe donośny głos opiekuna naszej grupy uświadomił nam, że jesteśmy w miejscu przeznaczenia: „Uwaga! Statyści! Jesteśmy na planie!” Ktoś rzucił barytonem w stronę opiekuna: „Ile dziś będzie kręconych scen?”. „Dziesięć!” – padła odpowiedź. Mrugnęłam do Piotra: „No to mamy dla siebie cały dzień!”. Obydwoje wiemy, że zgodnie z zawartą umową, musimy pozostawać do dyspozycji reżysera 12 godzin. Zdarza się, że „dzień zdjęciowy” jest krótszy. Wiemy też, że jeśli niektóre sceny będą dublowane kilka razy, nasz pobyt na planie znacznie się przedłuży. A to oznacza dla nas, że możemy być blisko siebie dłużej niż nam się marzyło. Los sprawił, że nasze – artystyczne ścieżki – skrzyżowały się na planie serialu PIERWSZA MIŁOŚĆ. I nasza miłość jest jak ta pierwsza – platoniczna, romantyczna, metafizyczna. Długie oczekiwania na kilkuminutową grę w oku kamery wypełniamy impulsami naszych pragnień, gorącymi spojrzeniami i czułymi słówkami. Większość chwil na planie spędzamy pod gołym niebem, bowiem przypisano nas do scen rozgrywanych w plenerze wiejskim. Statystowanie w ciepłe, słoneczne dni to dla nas Eden. W dni zimne, szare i deszczowe nasz raj jest mniej przychylny, ale wówczas nasze ciała są bliżej siebie po to, by przekazać sobie odrobinę ciepła – co nie budzi podejrzeń naszych przyjaciół statystów. Piotr i ja jesteśmy mieszczuchami, uwielbiamy pobyt na łonie przyrody, z dala od spalin, huku aut i tramwajów oraz tłumów ludzi. Przebywając na planie, szukamy zacisznego kącika i delektujemy się urokami przyrody niezależnie od pogody. Te miłe chwile przerywa tylko asystent reżysera, wzywając nas przed kamery i światła jupiterów. Wówczas gramy to, co przewiduje scenariusz serialu… a potem…. potem wracamy do swej roli – roli platonicznych kochanków. Kamuflujemy swój związek tak doskonale, że nikt z naszych przyjaciół nie domyśla się, jak bardzo jesteśmy sobą oczarowani. Piotr, mężczyzna po pięćdziesiątce i ja… kobieta po sześćdziesiątce. Zawsze mamy przy sobie tomik poezji miłosnej. Gdy Piotr czyta głośno wiersz Tetmajera: „Lubię, kiedy kobieta omdlewa w objęciu,/ kiedy w lubieżnym zwisa przez ramię przegięciu,/ gdy jej oczy zachodzą mgłą, twarz cała blednie/ i wargi się wilgotne rozchylają bezwiednie…”, nikt nie domyśla się, że słowa wiersza skierowane są do mnie. W rewanżu głośno czytam Leśmiana: „Śpiesz się dziewczę, spragnione pieszczoty bezkreśnej!/ śmierć i miłość zna tryumf umówionych godzin!/ Twój kochanek cię czeka od dnia swych narodzin./ Wierny tobie współtrwogą, tęsknotą – rówieśny!” i widzę tylko ja błysk w oczach Piotra. Nasza – nie pierwsza w życiu miłość – kwitnie tylko na planie. Z chwilą, kiedy opuszczamy plan filmowy i wracamy do naszego miasta, stajemy się postaciami z innej bajki – postaciami z serialu, który nosi tytuł: nasze realne życie.
I znów czekamy na wiadomość od Moniczki. Zdarza się, że mijają tygodnie, miesiące, a telefon nie dzwoni. Aż nadchodzi dzień, gdy jesteśmy potrzebni filmowcom na planie – my w ubraniach bez czerwieni, bieli i czerni. My, jedni z wielu, statyści serialu PIERWSZA MIŁOŚĆ, który promuje nasze piękne miasto, nasz ukochany Wrocław.
I znów jak na skrzydłach lecimy pod Wytwórnię. Piotr całuje mnie w policzek i jedziemy za miasto, by tam brać udział we „własnym filmie o miłości”.
Latem i zimą, wiosną i jesienią żyjemy w naszym ogrodzie miłości, w rewirach planu filmowego, gdzie nie sięgają światła jupiterów i kamer.

Źródło: Czerwony Portfelik Senior, wydanie: Wrocław listopad-grudzień 2014

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany