Nie chciałem być aktorem

Nie chciałem być aktorem

Dyrektor Wrocławskiego Teatru Komedia. Aktor małego i dużego ekranu. Wielu widzom znany z roli policjanta w popularnym serialu. Z Wojciechem Dąbrowskim o tym, dlaczego nie marzył od dziecka o aktorstwie, skąd wziął się pomysł na autorski teatr i dlaczego trudno jest dorastać w małym miasteczku, rozmawia Magda Wieteska.

Magda Wieteska: Jak zaczęła się Pana przygoda z aktorstwem?
Wojciech Dąbrowski: Wcale nie chciałem być aktorem, za to całe życie chciałem być lekarzem, chirurgiem i do dziś mi ta pasja pozostała. Wpraszam się albo zapraszają mnie na operację i mogę stać przy stole, obserwując, jak przebiega zabieg. Raz nawet stałem przy hakach i raz szyłem. Jestem więc zmarnowanym talentem w tej dziedzinie.

M.W.: Dlaczego nie został więc Pan lekarzem?
W.D.: Wystraszyłem się egzaminu na medycynę, bo uważałem, że się nie dostanę. Potem, jak przeczytałem pytania egzaminacyjne, to stwierdziłem, że nie miałbym specjalnych problemów ze zdaniem, no, ale było już za późno. Zresztą to są bardzo trudne studia i nie wiem, czy bym im podołał.
Żałuję za to, że nigdy nie grałem lekarza.

M.W.: Więc zamiast na medycynę poszedł Pan do szkoły aktorskiej?
W.D.: Nie myślałem jeszcze wtedy o aktorstwie. Po maturze poszedłem, jak większość chłopaków z moich okolic, chcących uciec przed wojskiem, do zespołu szkół elektrycznych w Jeleniej Górze. I tam był kabaret, zacząłem w nim grać. A potem kolega wręcz zmusił mnie, żebym jechał do Wrocławia zdawać na PWST.
A ja się bałem, że jeśli się nie dostanę, to będzie wielki wstyd. Bo jestem z Kowar, małego miasteczka i ludzie będą gadać, że o, chciał być nie wiadomo kim i, oczywiście, mu nie wyszło.
Ale pojechałem i byłem jedyną osobą, która przyjechała na egzamin w garniturze. Inni byli w swetrach, bo już się czuli artystami. Igor Przegrodzki powiedział do mnie wtedy: Może by pan zdjął tę marynarkę i krawat, to zaczniemy robić zadania aktorskie.
Dostałem się za pierwszym razem, chyba dlatego, że nie miałem wielkiego parcia, że muszę zdać za wszelką cenę. Ale w domu się nie przyznałem, na jakie studia jadę, żeby nie było gadania.
Gdy wróciłem, ojciec oznajmił: Siadaj i powiedz, kto za te twoje studia będzie płacił. Ja na to: No, wy będziecie płacić. A ojciec: Dobrze, ale jak wylecisz, będziesz nam musiał oddać pieniądze.

M.W.: Jak wspomina Pan czas studiowania?
W.D.: Jako pięknie spędzony czas. Na czwartym roku dostałem się do Teatru Pantomimy Henryka Tomaszewskiego i spędziłem tam cztery lata. Wtedy, w latach 80., był to jeden z nielicznych teatrów, które jeździły po świecie. Wydawało nam się, że złapaliśmy Pana Boga za nogi! Ale faktycznie to było tak, że zwiedzało się przez szyby autokaru, bo ciągle byliśmy w drodze. Z hotelu do hotelu, z próby na próbę, ze spektaklu na spektakl. Rano wstajemy i znów jedziemy 600 km w inne miejsce. Przez pierwsze dwa lata to mi sprawiało przyjemność, ale po kolejnych dwóch poszedłem do Tomaszewskiego, żeby zrezygnować. To był ewenement, ludzie się pukali w głowę, co ty robisz, ale ja już chciałem coś mówić na scenie, robić coś więcej, coś innego.
Zresztą ja mam taką naturę, że jak już posiądę jakieś umiejętności, to chcę iść dalej, uczyć się czegoś nowego. Tak było z końmi, nartami, golfem.

M.W.: No właśnie, sport to również Pana pasja.
W.D.: Bardzo długo jeździłem zawodniczo na koniach, ale nigdy w życiu nie jeździłem w filmie na koniu. Trzy razy wygrałem mistrzostwa polskich środowisk twórczych. Ale gdy skończyłem 50 lat, dałem sobie spokój z końmi, bo to bardzo niebezpieczny i czasochłonny sport. I zacząłem grać w tenisa, od 6 lat już gram.

M.W.: I odnosi Pan sukcesy.
W.D.: Na turnieju w Szczecinie zdobyłem trzecie miejsce, w Bielsku też, w Kołobrzegu. Zabawne, przez cztery lata zajmowałem przeważnie czwarte miejsce, a teraz, od roku, już łapię się na pudło.
O, właśnie mi się przypomniało, że w austriackim filmie „Frankenstein” zagrałem na koniu! To było dość śmieszne, bo ubrali mnie w strój z wysokimi butami, które nie zginały się w kolanach i w których przez to nie mogłem wejść na konia. Więc za każdym razem wsadzali mnie na tego konia, a potem pomagali z niego zsiąść.

M.W.: A jak było dalej z karierą aktorską? Zrezygnował Pan z Teatru Pantomimy i…?
W.D.: Po Tomaszewskim poszedłem do Teatru Polskiego, udało mi się załapać na zastępstwa, więc niemal cały czas grałem. Z Przegrodzkim, Englertem, u Jarockiego, Wajdy, Lupy. Cały czas czułem jednak, że teatr dramatyczny jest czymś takim niewymiernym, bo nigdy nie wiadomo, czy się ludziom podoba czy nie podoba, nie ma tej bezpośredniej reakcji widza.
Siedziałem kiedyś ze śp. Mariuszem Łukasiewiczem, który rzucił, by z jakimś spektaklem pojeździć po Polsce. Zapaliłem się do tego. Wojtek Pokora wyreżyserował nam „Kochane pieniążki” i pojechaliśmy z nimi po Polsce. Zagraliśmy dziesięć razy w dużych miastach i okazało się, że ludziom się bardzo spodobało. Potem zaczęliśmy grać tę sztukę u nas, trochę w Kameralnym, trochę na Świebodzkim, szukaliśmy sceny.
Na początku nikt nas poważnie nie traktował. Graliśmy tylko w poniedziałki, teatr nazywał się poniedziałkowy, a teraz praktycznie gramy cały tydzień.

M.W.: Jak to jest być jednocześnie dyrektorem i aktorem w swoim teatrze?
W.D.: Śmiejemy się z Pawłem Okońskim, że jak chcemy grać główne role, to po prostu siebie w nich obsadzamy. No i oczywiście mamy wpływ na to, jaki repertuar wystawiamy.
W teatrze komediowym występuje właśnie ta akcja-reakcja między aktorem i widzem, natychmiastowa, a jak jej nie ma, to znaczy, że źle gramy – albo za wolno albo za szybko. Jak zapomnimy tekstu, musimy szybko improwizować, bo na scenie cały czas musi się dziać. To jest zresztą ciągłe zaskoczenie – że ludzie śmieją się w takich momentach, których w ogóle nie uwzględnialiśmy podczas prób. To jest właśnie teatr wymierny: widzimy, co się dzieje i reagujemy na to.

M.W.: Jako aktor znany jest Pan również z seriali „Plebania”, „Pierwsza miłość”, „Barwy szczęścia”. Występował Pan w filmach. Jak ocenia Pan pracę w filmie, serialu?
W.D.: Dziesięć lat grałem policjanta w „Plebanii”, zresztą w filmach też – jak trzeba było gdzieś mundur założyć, wybierano mnie.
Zupełnie inaczej wygląda praca w serialu i praca w filmie. W filmie jest czas na przygotowanie roli. W serialu nie, tu się nie gra po kolei, dzień po dniu. Są np. sceny w kuchni – scena nr 6, 30 i 53. A ja pytam, ale co się dzieje między nimi? A co cię to obchodzi, po prostu graj, odpowiada reżyser. To nie ma nic wspólnego ze sztuką, a całe zaangażowanie aktora tu i teraz jest bardzo stresujące. Pracuje się na akord. Rzadko jest czas na pracę nad rolą. Aktora obsadza się po warunkach i każe mu się grać siebie. Seriale to takie małe fabryczki. Z jednej strony to fajne, ale z drugiej – mało rozwojowe. Serial daje pewną stabilność finansową, daje popularność, na której z kolei zyskuje teatr – bo grają w nim aktorzy rozpoznawalni i przyciągają publiczność.

M.W.: A jak jest ze starością w środowisku artystycznym? Czy starsi (starzy) aktorzy mają jeszcze jakieś szanse na tym rynku pracy? I czy kobietom jest może łatwiej, bo dłużej zachowują energię, aktywność?
W.D.: Aktor to takie zwierzę, które do końca ma poczucie, że jeszcze nie został odkryty. Bardzo nieliczni umieli ze sceny zejść w piękny, szlachetny sposób. Niektórzy „schodzili”, ale na scenie, dosłownie. Podobno to marzenie każdego aktora – no, ale na pewno nie moje.
To duża umiejętność i odwaga zdać sobie sprawę z tego, że już pamięć, forma, wygląd nie te co kiedyś i że pora odwiesić kostium na wieszak, i cieszyć się tym, co nas jeszcze czeka. Ja już mam taką świadomość, choć do emerytury jeszcze parę lat. Trzeba też pamiętać o tym, aby o siebie dbać. Filmowy dziadek powinien być w formie, a zagranie tego bez formy, jak wiadomo, wymaga jeszcze więcej formy (uśmiech).
Moim zdaniem kobietom jest trudniej, niestety, bo chyba jednak szybciej tracą urodę niż mężczyźni, choć intelektualnie chyba są sprawniejsze, no, ale estetyka robi swoje. To też jest wielki, dodatkowy problem i umiejętność pogodzenia się z nim. Uwielbiam pracować z doświadczonymi, starszymi aktorkami. Wnoszą na scenę magię, którą powinniśmy pielęgnować, podpatrywać i przekazywać młodemu pokoleniu tak bardzo goniącemu, ciągle w biegu do kariery. Powtarzając słowa poety – Co by się nie działo, teatr musi grać, teatr musi grać. Pytań masę całą teatr musi dać i odpowiedź na nie znać.

M.W.: Teatr Komedia działa już ponad 15 lat. Ale bilety macie drogie…
W.D.: Próbowaliśmy obniżyć ceny, ale nie bardzo to wyszło, z dwóch powodów: ekonomicznych oraz przekonania, że coś, co jest tanie, nie jest najlepsze.
Staramy się jednak wyjść z naszą ofertą do wszystkich, i tak w sierpniu robimy akcję dla ludzi mniej majętnych, gdzie bilety są tańsze, co daje możliwość nadrobienia zaległości repertuarowych. Mamy z miasta dofinansowanie na tę inicjatywę.
Wbrew pozorom, odwiedzają nas też seniorzy. Przychodzą najczęściej grupami, z uniwersytetów trzeciego wieku.

M.W.: Teatr Komedia na dobre wpisał się w ofertę kulturalno-rozrywkową Wrocławia.
W.D.: W 2013 r. dostaliśmy puchar od prezydenta miasta za „utrzymywanie wrocławian w dobrym humorze”. Dostaliśmy też medale „Zasłużeni dla miasta Wrocławia”. Czuję, że ukonstytuowaliśmy się we Wrocławiu. I tylko wciąż nie mamy swojej sceny…

Komercja 496 - Kopia

Źródło: „Gazeta Senior” Wrocław listopad-grudzień 2015

Nowszy artykuł
Starszy artykuł

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany