Obrazki z Dolnego Śląska

Mówią: jedno zdjęcie więcej warte niż tysiąc słów. To jednak będą słowa i wspomnienia, choć w formie pojedynczych scen z mojego życia na obszarze Dolnego Śląska. Urodziłem się w 1948 roku w Wałbrzychu, to już trochę czasu minęło i obrazków – wspomnień się nazbierało.

administration map of poland

Obrazek pierwszy

Był rok 1951, a może 1953, lato. Zostałem ładnie ubrany, jak to w niedzielę – krótkie granatowe spodnie, białe skarpetki, biała koszulka z krótkim rękawkiem i poszliśmy do parku, gdzie miała dać koncert słynna wałbrzyska Bergkapelle. W pamięci zostały błyszczące wielkie trąby i złożone z desek miejsce do tańczenia. Melodyjki były skoczne, ale dla mnie za głośne, a na dodatek się przewróciłem, obtarłem kolano i poszliśmy do domu. To chyba był ostatni występ słynnego zespołu w Europie, który jeździł po miejscowych uzdrowiskach i koncertował. Na potrzeby tego obrazka sprawdziłem: została wydana książka o 150-letnich dziejach Górskiej Kapeli z Waldenburga.

Obrazek drugi

Kopalń w Wałbrzychu było dużo, a przy każdej z kopalni hałda. Niektóre porośnięte z rzadka brzozowymi krzakami świetnie nadawały się do łapania jaszczurek i budowania szałasów z gałęzi. Można było też rzucać z nich płaskimi kamieniami z łupków, kto dalej. W tych łupkach znajdowaliśmy też czarne odciski roślin, nie zdając sobie sprawy, że to relikty sprzed milionów lat. W zabawie brały udział tylko dzieci mówiące po polsku. Wprawdzie w okolicy było kilku chłopaków w naszym wieku, ale widać ich rodzice kazali im trzymać się osobno. Ubrani byli inaczej. Spodnie ze skóry na szelkach, koszulki w kratkę, wysokie skarpety. Po latach zobaczyłem takie same w górach w Austrii.
Biegaliśmy z patykami, które miały udawać karabiny i krzyczeliśmy „tata, tatata, tatata zabity”. Zabawa w wojnę. Dziewczyny bawiły się lalkami, chłopaki podzieleni na „Polaków” i „Niemców” biegali i toczyli wojny. Nigdy nie chciałem być „Niemcem”.
Tak jakoś w połowie lat pięćdziesiątych zaczęła się druga fala wyjazdów Niemców z ziemi rodzinnej do Niemiec Zachodnich, tym razem dobrowolna.
A cała banda dzieci z hałdy poszła do szkoły.

Obrazek trzeci

Ojciec pracował na kopalni, matka zajmowała się domem i dziećmi, było nas troje. Jak byliśmy mali, do pomocy przychodziła Edith, a później Renate. Renate lepiej mówiła po polsku, ale Edith była milsza, bardziej opiekuńcza. Przychodziły po szkole sprzątać, prać, wykonywać drobne czynności domowe. Gdy Edith skończyła szkołę, poszła do prawdziwej pracy w sklepie. Czasami, jak matka miała coś do załatwienia, zostawiała mnie pod opieką Omy, ich matki, w ich malutkiej kuchni. Oma nie mówiła po polsku, ale jakoś się tam porozumiewaliśmy. Jak wyjeżdżali do Niemiec, zostawili mi drewniane malowane ptaszki, wisiały na ścianie w kuchni.
Po latach, kiedy Renate i Edith przyjechały odwiedzić miejsca z dzieciństwa i pokazać swoim mężom Waldenburg, mieszkali u nas. Przez wiele lat później pisaliśmy do siebie listy, aż się wszyscy postarzeliśmy.

Obrazek czwarty

Wracałem akurat ze szkoły, kiedy górnicy wychodzili z roboty. Zwykle o tej porze na ulicy formowała się kompania przymusowych górników-żołnierzy. Zostali wcieleni do wojska i wysłani do pracy na kopalni, jako element niepewny dla sprawujących władzę. Dostawaliśmy od tych żołnierzy gwoździe do podkuwania butów. Na podkutych butach świetnie można było się ślizgać na szkolnej posadzce.
Tym razem jednak żołnierzy nie było, natomiast przed portiernią strażnik przemysłowy w granatowym mundurze walił po głowie i plecach drewnianym taboretem półprzytomnego górnika – Niemca. Zakrwawiony próbował uciekać, ale potknął się i przewrócił. Oprawca kopnął go jeszcze kilka razy, zanim inni odciągnęli ofiarę. Do strażnika uzbrojonego w taboret nikt nie odważył się podejść. Wstrząśnięty przyszedłem do domu i opowiedziałem, co widziałem, wtedy matka wyjęła z biblioteki książkę i pokazała na ilustracjach, że tak w obozach koncentracyjnych katowano więźniów. Strażnik przemysłowy został zwolniony z pracy, ofiara trafiła do szpitala i przeżyła.
Zacierają się późniejsze codzienne obrazki, pojawiają się wspomnienia, a to pochodów pierwszomajowych, a to dziewczyn z klasy. Pierwsze prywatki, pierwsze łyki wina Lacrima, pierwsze papierosy i pocałunki. Młodość, hormony, szkoła, piłka, religia.

Obrazek piąty

W czasie wakacji byłem w Kołobrzegu, rok sześćdziesiąty któryś. Wtedy władza wypowiedziała wojnę kościołowi i postanowiła zakwaterować w budynkach klasztornych innych ludzi. Akurat trafiłem na taką scenę. Kordon milicji otoczył budynki klasztorne w pobliżu ruin kołobrzeskiej kolegiaty. Milicjanci wyłamali drzwi, wdarli się na piętro, wypędzili przed budynek zakonników. Zakonnicy stali zbici w grupkę, pilnowani przez dwóch milicjantów w hełmach i z pistoletami maszynowymi. Milicjanci otworzyli okna na pierwszym piętrze i zaczęli wyrzucać ławki szkolne z sal katechetycznych. W budynku były salki katechetyczne do nauki religii, bo w szkole religii już nie uczono. Za kordonem przechodnie mówili „jak można niszczyć ławki szkolne”. Nikt nie robił zdjęć, mało kto miał aparat fotograficzny, a jakby miał, to by się bał. Widać władza może wszystko. I zawsze znajdą się tacy, co polecenia władzy wykonają.

Obrazek szósty

W Wałbrzychu na górze Chełmiec władza zbudowała ośrodek zagłuszania Radia Wolna Europa. Przerobili górskie schronisko, otoczyli wszystko drutem kolczastym, wystawili warty i zakłócali wyjącym modulowanym dźwiękiem wszystkie audycje nadawane z wolnego świata na falach krótkich. Odbiorniki radiowe też nie należały do najlepszych.
Audycje nadawane przez radio Luksemburg były w epoce Beatlesów chętnie słuchane przez młodzież. Muzyka zatarła się w pamięci, została reklama „Polisz wodka wiborowa”, wtedy odbiór był zawsze rewelacyjny. Tak więc zamiast słuchać muzyki z listy Top Twenty, słuchaliśmy reklamy wódki. To na pewno był czysty przypadek.

Obrazek siódmy

Był sierpień 1968 roku. Miałem 20 lat i obudził mnie dudniący odgłos samolotów lecących z bratnią pomocą do Czechosłowacji. Niebo akurat było przykryte grubymi granatowymi chmurami i dochodził tylko dźwięk – niski, głośny, trochę przeraźliwy. Nie wiem, czy leciały polskie, czy radzieckie samoloty, nie było widać, ale sądząc po długości trwania przelotu, to Polska takiej ilości samolotów po prostu nie miała. Może leciały polskie śmigłowce? Po kilku miesiącach spotkałem kolegę z klasy, który uczestniczył w zbrojnej interwencji w Czechosłowacji. Opowiadał mi o strachu, jaki siali wśród żołnierzy oficerowie polityczni, opowiadał, jak się bał o życie, o to, że Czesi go otrują, o sposobach wywołania agresji u młodych mężczyzn ogłupionych służbą wojskową.

Obrazek ósmy

Niemcy z DDR otworzyli mały ruch graniczny. Pojechałem zobaczyć, jak jest po drugiej stronie granicy. Przeszedłem się po Unter den Linden, zobaczyłem Bramę Brandenburską, zobaczyłem mur oddzielający Niemców od Niemców. Widziałem amerykańskich żołnierzy, jak się wygłupiali przed pomnikiem nieznanego żołnierza, śmiali się hałaśliwie, robili głupie miny, pstrykali zdjęcia.
Kupiłem sobie półbuty Salamander, wtedy niedostępne w sklepach w Polsce, i migdały, które pojawiały się u nas okresowo przed świętami. Po drodze na dworze wstąpiłem napić się piwa. Pogadałem łamanym niemieckim z Niemcami, aż przyszli Polacy pracujący w pobliskiej fabryce i pomogli w rozmowie. Na dworcu jakoś tak brązowo, ponuro i portrety Honeckera. Wszyscy oczy mieli spuszczone, a na pytania o drogę odpowiadali zdawkowo. Ponuro jak u nas, choć w sklepach towarów więcej i bardziej kolorowe opakowania.

Obrazek dziewiąty

Niemcy zaczęli przyjeżdżać do Polski trabantami, zostawiali je z kluczykami w stacyjce i próbowali przedostać się na teren ambasady Niemiec Zachodnich. Ambasada się broni, nie chce uchodźców, polscy milicjanci patrzą przez palce, jak uciekinierzy forsują ogrodzenie.
Pani ambasador poczęstowała uchodźców zupą. Pokazali w telewizji. Cienka jakaś ta zupka, przejrzysta, już nie pamiętam, czy był to rosół warzywny, czy rosół z kurczaka, ale obrazek jeszcze we mnie tkwi.
Później uciekinierzy zostali załadowani do specjalnego pociągu i pojechali do Niemiec Zachodnich, a trabanty zostały w Polsce. Pół roku później w ciągu kilku godzin ludzie przyszli tłumnie pod przejście graniczne między niemieckimi państwami i zaczęli rozbierać mur. Pogranicznicy, wcześniej groźni, uzbrojeni po zęby odwrócili się tyłem i chyba poszli na piwo. Skończył się realny socjalizm także u Niemców.

Obrazek dziesiąty

Hans i Gabriele przyjechali do Wałbrzycha. Hans chciał zobaczyć, czy kamienice, które zbudował jego ojciec, jeszcze stoją i jak wyglądają. Zobaczył. Hans mówi normalnie, dlaczego Polska nie odda mu budynków, które zbudował jego ojciec. Ma silne poczucie własności. Też mam silne poczucie własności. Opowiadam mu. Mój dziadek był właścicielem gospodarstwa rolnego, 800 hektarów gruntów ornych, pastwisk, jezioro, dom o 30 pokojach, 200 hektarów lasu. Przyszedł wrzesień 1939. Do wsi najpierw przybył Wehrmacht. Żołnierze rozlokowali się we dworze, co zobaczyli na wierzchu, to kradli. Łapali drób i poprawiali tak żołnierskie racje. Czy napadali na dziewczyny we wsi, nie wiem, nie powiem. Po paru dniach przybył Treuhänder. Wygonili domowników, pozwolili zabrać trochę osobistych rzeczy, a resztę kazali zostawić. Dziadka kilka dni później aresztowali i wywieźli do Dachau. Miał wtedy 66 lat. Zmarł po dwóch latach pobytu w KL Dachau. Dwóch moich wujów po przegranej wojnie obronnej trafiło do oflagu, każdy do innego. Moja matka miała 20 lat, gdy została aresztowana i skazana na pobyt w obozie do końca życia, a moja babka zmarła w wieku 68 lat na poniewierce w nieogrzewanej komórce. Czy twoją rodzinę także spotkały takie prześladowania? Nie, odparł Hans, los był dla nas łaskawszy.
W mojej polskiej księdze wieczystej niemiecki Gauleiter kazał przepisać własność ziemi na korzyść III Rzeszy, w twojej, Hans, księdze wieczystej polski urzędnik zrobił to samo. My, Polacy, przegraliśmy wojnę w 1939 roku, wy, Niemcy, przegraliście ją w 1945. Wszyscy jesteśmy przegrani. Ludziom wojna niepotrzebna.

autor: Jerzy Dudzik

fot. Fotolia

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany