Pierwsza entuzjastka starości

Pierwsza entuzjastka starości

Andragog, gerontolog i animator, dawniej kierownik pierwszego UTW we Wrocławiu na Uniwersytecie Wrocławskim. Obecnie pełniąca funkcje: Doradcy Prezydenta Wrocławia ds. Seniorów, inicjatorka i prowadząca Szkołę Liderów we Wrocławskim Centrum Seniora, współautorka programu Wrocław Miastem Pokoleń, wiceprzewodnicząca Wrocławskiej Rady Seniorów, członkini Federacji UTW. W lutym obchodziła 50-lecie pracy zawodowej na rzecz seniorów. Z okazji 50-lecia pracy zawodowej dr Walentyny Wnuk, o tym jak zaczęła się jej przygoda z seniorami i co lubi robić w wolnych chwilach rozmawiała Linda Matus.

Linda Matus.: Kiedy Pani poczuła, że seniorzy to jest Pani droga?
Walentyna Wnuk.: Kiedy rozpoczęłam studia pedagogiczne i w połowie studiów można było wybrać specjalizację. Wtedy jako jedna z nielicznych wybrałam edukację dorosłych. Już wówczas wiedziałam, że jako pedagog nie jestem zainteresowana pracą z dziećmi ani młodzieżą, ale człowiekiem dorosłym.

L.M.: Jak do tego doszło? Co pokierowało Panią w tym nieoczywistym wtedy kierunku?
W.W.: Wcześniejsza praca. Jako wykształcony animator kultury przez sześć lat pracowałam z ludźmi dorosłymi w Wojewódzkim Domu Kultury. Kiedy rozpoczęłam kolejne studia, to uznałam, że ludzie dorośli to jest to, co mnie interesuje, że ja się lepiej komunikuję właśnie z tym środowiskiem. Zawsze się obawiałam pracy z dziećmi. Natomiast z dorosłą osobą było mi łatwiej, a ze starszą to wydaje mi się, że mam taki szczególny dar dobrej komunikacji. Wiem, że to jest trudne środowisko, konfliktogenne, bo przez 12 lat kierując UTW doświadczyłam wielu trudnych sytuacji, ale jakoś sobie z nimi radziłam, musiałam być negocjatorem, umiałam ich przekonać do siebie, być autorytetem dla nich i jakoś rozładowywałam te wszystkie napięcia. Na Uniwersytecie Wrocławskim uruchomiono pedagogikę w zakresie pracy kulturalno-oświatowej, dostałam propozycję pracy. Jako ten wykształcony i doświadczony animator byłam takim wyjątkowym pracownikiem. Mogłam się dzielić swoim doświadczeniem zawodowym ze studentami i to mi bardzo pomagało i imponowało. W ten sposób rozpoczęłam pracę w Zakładzie Oświaty Dorosłych. Po paru latach pracy zorientowałam się, że właściwie wszystkie moje koleżanki i koledzy są młodsi ode mnie, i wszyscy uprawiając tą andragogikę (bo potem ten zakład nazywał się Zakładem Andragogiki) interesują się wszystkimi etapami życia człowieka dorosłego, ale wszyscy uciekają od tego ostatniego etapu – od starości. I ciągle mi się wydawało, że my go nie uprawiamy naukowo, dydaktycznie, ani nie współpracujemy z placówkami, które ten obszar uprawiają. Uznałam, że po pierwsze mnie to interesuje, po drugie jestem najstarsza w tym zakładzie i trzeba tę lukę wypełnić.

L.M.: Ile miała Pani wtedy lat?
W.W.: Byłam już tak pod 40-tkę. Wtedy właśnie odkryłam Studium Trzeciego Wieku w Szkole Medycznej na Stawowej. Tam dotarłam z grupą studentów, która pod moim kierunkiem przeprowadziła cykl zajęć w ramach praktyki andragogicznej. Do dziś pamiętam, jaką nam to sprawiało radość. Realizowany dotychczas program był zdominowany tematyką medyczną, brakowało szeroko rozumianego humanizmu. Ze studentami zaproponowaliśmy zajęcia, które zachwyciły ówczesną kierowniczkę tego uniwersytetu, która nosiła się z zamiarem rezygnacji z tej funkcji. Zaproponowała mi współpracę z Uniwersytetem Wrocławskim z zamierzeniem przekazania mi kierownictwa. Wtedy pełniłam funkcję prodziekana na Wydziale Nauk Historycznych i Pedagogicznych i wykorzystałam swoją funkcję. Zgodziłam się na propozycję podjęcia starań o przeniesienie placówki na Uniwersytet i włączenie w Jego struktury.

I tak UTW znalazł się w Uniwersytecie Wrocławskim. Zostałam Pełnomocnikiem Rektora ds. UTW w Uniwersytecie Wrocławskim. Po tym manewrze uprawianie starości przez Zakład Andragogiki tego Instytutu stało się faktem. Uznałam, że w celu przygotowania studentów pedagogiki do pracy z ludźmi starszymi, oni muszą mieć placówkę ćwiczeń i będą uczyć się tej pracy pod moim kierunkiem, wtedy będę dla nich wiarygodna. Jako nauczyciel akademicki uważam, że przygotowywanie do pracy z człowiekiem tylko teoretycznie, tylko na podstawie książek, jest niewystarczające. Student powinien już na etapie studiów doświadczać tego audytorium, tej starości, uczyć się pisać autorskie projekty, sprawdzać się pod kierunkiem nauczyciela. Wówczas tych studentów było trudno przekonać, że wśród dorosłych są jeszcze ludzie starsi, dla których też trzeba budować ofertę, że oni też są rozwojowi.

Wydawało mi się, że aby ich przekonać, żeby uwierzyli w chociaż połowę tego, co im mówię, to muszę mieć stosowne zaplecze. Zauważyłam, że wielu studentów zastanawiając się nad swoją przyszłością zawodową niekoniecznie widzi siebie w proponowanych specjalnościach, w resocjalizacji czy animacji kultury. Zaobserwowałam rosnące zainteresowanie człowiekiem starszym! Późna dorosłość, inaczej starość stała się moją pasją. Ja sama stawałam się kobietą, która „odchodzi z młodości”. To też mnie mobilizowało i było dla mnie interesujące. W ten sposób oswajałam się również z własną starością. Może dlatego lepiej sobie z nią radzę, bo stosunkowo szybko pracowałam nad własną świadomością. Dziś nie mam wątpliwości, że większość z nas wymaga edukacji do starości. Ona nas po prostu zaskakuje. Chociaż uważam, że każdy starzeje się własnym rytmem i nie ma jednego scenariusza starości.

L.M.: Która z wielu podjętych przez Panią inicjatyw jest Pani najbliższa?
W.W.: Właściwie wszystkie kocham i szanuję… Ale wyróżniam wystawę 100-latków, bo dzięki temu wyzwaniu mogłam podjąć merytoryczną współpracę z moją córką, która w pewnym stopniu powtarza mój scenariusz zawodowy. Wtedy razem przygotowywałyśmy te biografie i jednocześnie pojawił się dr Tomek Frąckowiak – psycholog późnej dorosłości, który mimo, że jest młody, to wiele mnie nauczył, a ja jego. Współpraca z młodymi ludźmi nauki, nauczycielami – Tomkiem i Magdą, to była wielka zawodowa satysfakcja i taka prywatna radość. Moim oczkiem w głowie jest Szkoła Liderów, którą prowadzę we Wrocławskim Centrum Seniora. Nie mogę nie wspomnieć o „rozsianych” na terenie Dolnego Śląska UTW, niektórych jestem matką chrzestną.

Inne ważne i bliskie mojemu sercu doświadczenie. Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich, przygotowując publikację: Strategie działań w starzejącym się społeczeństwie, zwróciło się z prośbą do mnie o napisanie rozdziału, który dotyczyłby edukacji do starości. Dziękując za to wyróżnienie, przyjęłam propozycję pod warunkiem, że oprócz edukacji do starości napiszę o edukacji w starości. Materiał, który przygotowałam, uzyskał akceptację prof. I. Lipowicz i znalazł się w wydawnictwie, stanowiąc wykładnię dla pracy samorządów w Polsce. Dostałam egzemplarz autorski z dedykacją od prof. I. Lipowicz, ówczesnej Dyrektor Biura Rzecznika Praw Obywatelskich. Bardzo sobie to cenię. Dla mnie to było ważne osiągnięcie, znalazłam się w grupie ekspertów Rzecznika Praw Obywatelskich, pojawiło się wiele wyjazdów do Warszawy, gdzie poznałam ciekawych ludzi, jako emerytowany pracownik Uniwersytetu, tylko skromny doktor, niekwestionowany edukator osób starszych, walczący z negatywnym stereotypem starości. Tutaj czułam się traktowana jako mistrz zawodu, a to ważny potencjał zawodowy naszego środowiska.

Nieprawdą jest, że człowiek jest przygotowany do starości. Większość ludzi nie radzi sobie z tym etapem życia, ucieka przed nim. Bo czym jest edukacja? Pracą nad świadomością człowieka. Szkoła, tak jak przygotowuje do innych etapów życia, tak do tego również powinna przygotowywać. Ta edukacja jest potrzebna.

Wciąż się uczę starości, odkrywam nowe jej wymiary. Taka jestem oczytana i doświadczona, a okazuje się, że wciąż nie wiem wszystkiego i to jest dla mnie rozwojowe. Nie wiem, z czego to wynika. Czy mam takie luki w wiedzy? Czy ta starość jest taka skomplikowana? To mnie ciągle fascynuje. Na pewno jest najbardziej zindywidualizowanym etapem życia człowieka.
Każde spotkanie z audytorium osób mi podobnych, daje mi impuls do pracy, do przemyśleń. Mówię wciąż o tym, że człowiek starszy potrzebuje stymulacji zewnętrznych – ja strasznie. Gdy długo nie mam spotkania z audytorium, to się źle czuję. Jak widzę, że ludzie mnie słuchają, że rozumieją, co do nich mówię, to przychodzę do domu i mam ochotę następny wykład napisać. Coś takiego jest we mnie. I jest mi to strasznie potrzebne. Nie umiem z tym skończyć. Mój zawód był zawsze moją pasją.

L.M.: Kiedy nasza pasja jest naszą pracą, to cały czas jesteśmy w pracy. Czy ma Pani taki moment, że się Pani od tego odcina? Co Pani wtedy lubi robić?
W.W.: Myślę, że mi jest bardzo trudno odciąć się od pracy. Przez wiele lat pracowałam na dwóch etatach, nawet na dwóch i pół. Ogród jest dla mnie prawdziwą odskocznią, choć kiedyś w ogóle się nim nie interesowałam. Moja mama z ogromną miłością uprawiała ogród, zabierała mnie ze sobą. Chodziłam po ścieżce i czytałam książki, ciągle pytając, kiedy wracamy do domu. Chyba dopiero na starość, odkryłam piękno kontaktu z przyrodą, dodam, że we własnym ogrodzie. Uwielbiam naturę, oglądam ją, wącham, podziwiam, nawet lubię pracować bez rękawiczek w ziemi! Muszę tę ziemię poczuć. Chociaż czasem się wściekam, bo mam zniszczone ręce, ale potrzebuję tego bezpośredniego kontaktu. A kawa w dobrej porcelanie pita w ogrodzie, jak wyjątkowo smakuje. Uwielbiam to.

L.M.: I wtedy Pani nie myśli o pracy, seniorach, wykładach, starości?
W.W.: Chwilami. Myślę, że jeśli praca jest pasją, to ona zawsze człowieka gdzieś dopadnie. Ja nigdy się nie zajmowałam wnukami, jeśli to sporadycznie, to można mieć mi za złe. Ale też dzieci ode mnie tego nie oczekiwały. Ja jestem babcią SOS, przyjeżdżam, jak jestem potrzebna, jak wnuki są chore. Mój najmłodszy wnuk uwielbia ze mną być, bo jak już z nim jestem, to mu oddaję cały swój czas. Wszystko z nim robię i robię to, co on chce, oczywiście do pewnych granic. Uwielbia u mnie spać i czasem z płaczem odchodzi do swojego domu. Udało mi się z nim nawiązać teraz taką wyjątkową relację, bo już mam więcej czasu dla niego, a starsi wnukowie spotykali się ze mną sporadycznie. No cóż, wciąż przecież byłam i jestem pracującą babcią. Ostatnio urodziła mi się wnusia – pierwsza i jedyna. Jestem szczęśliwa. Mam wreszcie spadkobierczynię mojej biżuterii.

L.M.: Zrobiła Pani wiele dla seniorów i to zaczynając w czasach nieprzyjaznych dla starszych ludzi. Obserwuję, że dziś nie jest łatwo przekonać niektórych, że warto postawić na seniorów, a co dopiero 50 lat temu.
W.W.: Kiedyś prezydent R. Dutkiewicz powiedział mi, że mam taką „zdolność skupiania wokół siebie ludzi”. Ale ja szukam ludzi, bo z ludźmi można dużo więcej. Miałam sporo szczęścia, bo spotkałam i wciąż spotykam na swojej drodze wiele osób, które mnie inspirowały, z którymi podejmowałam wspólne, fajne pomysły. Może organizacyjnie się sprawdzałam, dlatego powierzano mi różne stanowiska na Uczelni, byłam v-ce dyrektorem, prodziekanem, dziekanem i kierownikiem grup zamiejscowych, wreszcie Pełnomocnikiem Rektora ds. UTW. Chyba umiem współpracować z ludźmi. Nawet jeśli czasem noszę głowę w chmurach i nie zawsze wszystko ogarniam, to fakt, że mam wokół siebie wyjątkowych ludzi, pomaga.
Pani również odkryła przede mną nowe przestrzenie pracy, działań, myślenia o starości. Uwielbiam to, że pani ciągle robi coś nowego. Cenię takie osoby i chcę takich współpracowników. Jako redaktor ma pani wizję gazety, pani się rozwija. Chętnie w tym Pani towarzyszę.

L.M.: A jakie ma Pani jeszcze plany i marzenia?
W.W.: Chciałabym jeszcze wydać książkę, oczywiście o starości. To byłaby taka moja nieformalna habilitacja, może taka książka profesorska. Społecznie już mnie mianowano profesorem seniorów. Nigdy wcześniej nie miałam takich aspiracji, jako pracownik uniwersytetu zabiegałam raczej o sukcesy dydaktyczne i organizacyjne. Kariera naukowa interesowała mnie zdecydowanie mniej. Zresztą powstaje wiele prac badawczych, które idą na półki, bo czasem tylko potwierdzają oczywistość. Osobiście wolę prace o charakterze wdrożeniowym, które mogą być wykładnią, drogowskazem dla praktyków. Jestem zadaniowcem. Muszę mieć ciągle jakiś cel do osiągnięcia, chyba nie umiem wypoczywać.

L.M.: Czy Panią to wszystko nie męczy?
W.W.: Męczy. Przychodzi taki moment, że zdenerwuję się na siebie, na świat, na wszystkich. Zagotuję się w środku, ale to szybko mija.
Jeżdżę do mojego ukochanego Kołobrzegu. Bardzo go lubię, nad morzem świetnie się czuję. Mam swój ośrodek wypoczynkowy, swojego masażystę, tam się wyciszam. Ale choć skupiam się na zdrowiu, morzu, wypoczynku, to już pod koniec pobytu chcę wracać. Na ogół piszę tu nowy tekst (wykład).
Jeżdżę tam zazwyczaj sama i zachowuję anonimowość, to jest takie oderwanie od codzienności, od kontaktów. Dokucza mi bardzo mój kręgosłup, tu w ośrodku skupiam się na rehabilitacji, spacerach, regularnym odżywianiu, kawusi. I rzeczywiście czuję, jak organizm wraca do równowagi, dobrostanu. To jest po prostu potrzebne dla zdrowia psychicznego. Tutaj na miejscu, we Wrocławiu, nie da się tego osiągnąć.

L.M.: Czego jeszcze życzy sobie Pani Walentyna?
W.W.: Zawodowo – powołać do życia Twórczy Dom Seniora we Wrocławiu Stolicy Kultury Europejskiej. Prywatnie – ciągle marzę, ciągle myślę, że się jeszcze zakocham, a na pewno ktoś się we mnie zakocha. Ciągle chyba mam głód miłości. Przecież uczę, że miłość niejedno ma imię.


Inni o Walentynie Wnuk – wypowiedzi gości Benefisu dr Walentyny Wnuk z okazji 50-lecia pracy zawodowej na rzecz seniorów

Inspirująca, kobieca, wiek nie ma dla niej żadnego znaczenia. Całą sobą manifestuje pozytywną energię i przychylne spojrzenie na człowieka. Widziałem ją w wielu sytuacjach, także trudnych. Jej pasja powoduje, że uśmiech cały czas gości na jej twarzy. Robert Pawliszko Dyrektor Wrocławskiego Centrum Seniora

Mam wielki szacunek dla pani Walentyny. Jestem wychowana na szkole liderów pani doktor i to wszystko, co pani doktor „z nami zrobiła“, jest bezcenne. Ewa Landsberg, liderka grupy Panie Niespodzianki

Pierwsze moje spotkanie z panią doktor miało miejsce przez przypadek. Będąc na wrocławskim Rynku natknęłam się na wystawę Stulatków i panią Walentynę, która ją organizowała. Osobowość pani doktor zachwyciła mnie, to było prawie jak miłość od pierwszego wejrzenia. Później, w projekcie „Babie lato“ przychodziła do nas na wykłady. Zawsze z przyjemnościa słucham, co do nas mówi. Emanuje z niej taka prawdziwa miłość do człowieka. Ewa Rapacz, liderka Grupy O-CAL-eni

Nieprawdopodobna pasja. Nic wymuszonego, to jest prawdziwe i prosto z serca. Tego zadroszczę mojej mamie, tego się uczę i tego bym sobie życzyła. To, co robi i efekty, jakie ta praca przynosi, to wszystko ma swój początek w tej ogromnej pasji. Dr Magdalena Wnuk-Olenicz

Spotkałyśmy się w uniwersytecie i narodziła się między nami sympatia, która, mam odwagę powiedzieć, przerodziła się w przyjaźń. Przyjaźń zarówno osobistą, jak i na polu zawodowym. Wiele rzeczy robimy razem i udaje się to zrobić. Bez jej podejścia, bez jej serdeczności i kreatywności oraz inspiracji niewiele by się udawało. Dziękuję za możliwość spotkania się dzisiaj, za to, że przypomniałyśmy sobie czas, kiedy razem pracowałyśmy. Stanisława Warmuz, rzecznik prasowy UTW przy UWr.

Już 7 lat uczetniczę w tworzeniu UTW przy Papieskim Wydziale Teologicznym. Kiedy rozpoczynałem swoją przygodę, dowiedziałem, że pani Walentyna jest takim aniołem uniwersytetów trzeciego wieku. To piękne, że możemy wspólnie realizować naszą misję do dnia dzisiejszego. Zawsze ma dla nas czas, a nie jest to łatwe. I faktycznie, ona pomaga wszystkim seniorom. Nie odmawia, na każdą naszą prośbę przyjdzie, poprowadzi piękny wykład. Zbigniew Szulz, Przewodniczący UTW przy Papieskim Wydziale Teologicznym.

Źródło: „Gazeta Senior” Wrocław marzec-kwiecień 2016

CATEGORIES
TAGS
Share This

COMMENTS

Wordpress (0)
Disqus ( )