Podróże w czasie

Podróże w czasie

Czterysta kilometrów do lotniska to pięć godzin jazdy samochodem. Później tysiąc pięćset kilometrów samolotem w półtorej godziny. Jakże zmienia się obraz podróżowania w trakcie naszego długiego życia…

W pięć lat po wojnie zimy były jeszcze mroźne i śnieżne, zaczynały się z początkiem listopada, a kożuchy zdejmowało się w połowie marca. Dzieci nie dowożono autobusami do szkoły w sąsiedniej wsi. Brnęliśmy codziennie trzy kilometry, my, uczniowie czwartej klasy, w śniegu po kolana. Czasem podwozili nas wozacy leśni. Na konnych saniach gospodarczych wieźli do tartaku długie kłody drzew. Wieszaliśmy się na zwisających końcach tych kloców. Jedni zganiali nas, siekąc batem, inni pozwalali dzieciakom na frajdę. Latem rowerami, „pod ramą” na męskim lub „na stojaka” na „damce”. Tyłeczkami jeszcze nie sięgaliśmy do siodełek. Pamiętacie?

„Stonki” i „ogórki”

Niezapomniane kuligi. Jakiś tam ojciec-gospodarz przypinał konia do sanek swoich dzieci i wyjeżdżał na ulicę. Błyskawicznie podpinali się inni, więc niebawem za koniem ciągnęło się 20-30 sanek z dokazującymi dzieciakami. Historyczna era konia kurczyła się jednak. Nastawał czas mechanizacji. Dziesięć lat później sanki ciągnął traktor. Coraz rzadziej.
Szkoła średnia w dziesięć lat później to już inne środki transportu. „Stonki” odchodzą w przeszłość (ciężarówki zabudowane „budą”, pełniące rolę autobusów). Pojawiają się autobusy prawdziwe. Masywna konduktorka otwierała drzwi jelcza, zwanego potocznie „ogórkiem”, i tarasując sobą wejście, oznajmiała: najpierw wsiadają delegacje służbowe, potem uczniowie, potem reszta. Delegację trzeba było publicznie pokazać. Uczniowie dojeżdżali do szkół w mieście lub z nich wracali. Pasażerów było dużo, często jechało się stojąc. Jak w nocnym pociągu.

Jadąc dostojną warszawą

Często dojeżdżało się do szkoły pociągami „roboczymi” (tzn. wiozącymi głównie robotników do fabryk i z powrotem). Godzina szósta rano, wagon pełen dymu papierosowego, tłok, uczniowie stojący w przejściach jeszcze dopinają wiedzę z trzymanych w ręce zeszytów. Wagony były lepkie od brudu, śmierdzące dymem parowozowym i zalatującym fetorkiem toaletowym. Pociągi osobowe, lokalne, jak i dalekobieżne, wlekły się godzinami, zatrzymując się na każdym przystanku, a były one dość gęste, co kilka kilometrów.
Potem z uczniów staliśmy się pracownikami, co pociągnęło za sobą zmiany lokomocyjne. Codziennie musiałem obejść stanowiska pracy robotników – kilkanaście kilometrów – żeby wypełnić „DOR” (dziennik obecności i robót). Dla ułatwienia, zarabiając 750 zł, kupuję rower na raty. Mój kolega także pracujący w terenie, ale większym rozpiętościowo, otrzymuje służbowy motocykl Pannonia.
Polskie drogi tego czasu to furmanka, traktor, mnóstwo motocykli SHL, WSK, czeska jawa i Mz, węgierska Pannonia. Jeżeli dostojnie przesunęła się warszawa M-20, to wieziono jakiegoś ważnego dyrektora. Arystokrata dróg, motocykl junak był zjawiskiem rzadkim i budził chłopięce westchnienia zachwytu swoim równomiernym stukotem czterotaktowego silnika.

Lato, lato czeka…

Niebawem nastał czas własnej rodziny i małych dzieci. Gorące lato. Nad jezioro? Do lasu? Pakujemy dziecko, pieluszki, kocyk, koc, poduszeczki, kanapki, jajka na twardo, coś do picia, z tobołkami pędzimy na przystanek autobusowy w tłum podobnych. Pół miasta właśnie wybiera się nad jezioro. Przepełnione autobusy nawet się nie zatrzymują. Wszyscy cierpliwie czekają. Nikt nie sarka. Wreszcie podjeżdża jakiś luźniejszy. Nie ma litości ani uprzejmości – wsiada kto bardziej bezwzględny. Spoceni, zmęczeni wysiadamy. Jeszcze kilometr pieszo i wspaniały relaks nad wodą!!! Nabieramy sił, bowiem powrót będzie podobny. W dodatku z dzieckiem śpiącym na rękach. Owe pół miasta będzie wracało w tym samym czasie.

Fiacikiem czy syrenką?

Hitem drugiej połowy lat siedemdziesiątych był wprawdzie fiat 126p, ale młodzi ojcowie wybierali syrenkę. Do bagażnika można było bowiem włożyć zdemontowany wózek małego dziecka ze zdjętymi na ten czas kółkami, pościele, żywność, namiot, butlę turystyczną, garnki, oprzyrządowanie higieniczne dzieci oraz (co było ważne) – brudną kurtkę, młotek, kombinerki, drut, sznurek i części zapasowe, bo na dalszej trasie na pewno przynajmniej raz pod auto trzeba będzie się położyć. A więc i woda w plastikowych pojemnikach do umycia rąk. Takie drobne defekty, jak pękniecie chłodnicy (zjawisko częste) eliminowało się zakupieniem w pobliskim sklepie słoiczka musztardy, którą rozpuszczało się w wodzie chłodnicy. Uszczelniały drobinki gorczycy. Ale na niedziele na biwak można było jechać bez tłoku (wolnych sobót jeszcze nie było, pamiętacie?).

Polonezem w świat

No, polonez to już była, naszym zdaniem, Europa. Sznyt!!! Co tam brudna kurtka z syreny, polonezem, bracie, możesz jechać nawet do Rzeszowa bez narzędzi w bagażniku i w białej koszuli! Rozumiesz? Nic nie naprawiasz. Nie wierzysz? Tylko tankujesz – i jedziesz. Rozumiesz to? Rozumiałem. Wziąłem kredyt. Jeździłem w białej koszuli. Nie jestem gorszy od tych z Zachodu. Realna poprawa standardu komunikacji, ha, ha, ha. Tylko talonów na paliwo nie zawsze starczało, a jak starczało, to nie było benzyny.

Było auto – nie ma

A potem lata przełomu. Na drogach z roku na rok robi się ciasno. Ruch na giełdach jak nigdy. Eleganckie auta z Niemiec za niezbyt duże pieniądze. Ktoś kupuje eleganckie BMW. W drodze do domu, na skrzyżowaniu kręci kierownicą w lewo, auto jedzie prosto, a prawe przednie koło oddzielnie toczy się do rowu. Ktoś kupuje na giełdzie pięknego volkswagena. Wraca do domu. Po kilku dniach podnosi wykładzinę w bagażniku i widzi… asfalt parkingu. Ale wszyscy jeżdżą. Narasta tłok na parkingach. Narastają także niespodzianki: wychodzisz rano na parking, a auta nie ma. Było – ale nie ma. Znowu wywlekasz z piwnicy rower.
A teraz proszę – prosty emeryt… nie dygnitarz… prosty emeryt, kiedy zechcesz, za dwieście pięćdziesiąt złotych lecisz sobie airbusem na Cypr, do Irlandii, Hiszpanii, Egiptu czy Irlandii. W odwiedzinki. A co?!!! Jak panisko. Tylko dogadać się po przylocie nie bardzo potrafisz. Ale to jest już inną sferą przygód w komunikacji na przestrzeni naszego życia i doskonałym tematem do dowcipkowania w opowieściach po powrocie. Prawda?

Andrzej Wasilewski

Słowa kluczowe

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany