Potańcówka. Powspominajmy

Poznańskie doroczne październikowe senioralia to sto dziewięćdziesiąt ofert różnych instytucji proponujących seniorom udział w swoich programach. Zachętą jest niezobowiązujący udział w promocyjnych zajęciach, wykładach, prelekcjach, warsztatach, konferencjach, grach, spektaklach, pokazach czy seansach. Kiedy przejrzałem program tych ofert, przy jednej z nich ogarnęło mnie wspomnieniowe „senioralne” wzruszenie. Potańcówka!

Potańcówka

Kto gra na akordeonie

W latach pięćdziesiątych dorośli żyli sześcioletnim planem rozwoju kraju, kursami czytania i pisania dla ogromnej rzeszy dorosłych analfabetów, „wypadkami poznańskimi”, zwolnieniem Gomułki z więzienia, odbudową Warszawy i Wrocławia, elektryfikacją terenów wiejskich, a dla nas, nastolatków ważnym problemem było: kto gra na akordeonie!
Heeeej! Było to… było…! Chłopaka potrafiącego grać hołubili wszyscy. Bo jak taki był „w pace”, to paka miała potańcówki. W jakiejś świetlicy, w kącie szkolnego boiska, na łące za wsią – wszędzie, gdzie zebrało się kilkanaście starszych nastolatków. Jeżeli do akordeonu dołączyła trąbka lub skrzypce i bęben – była to już orkiestra i zabawa taneczna. Potańcówka była spontaniczną prowizorką chwili. Zabawa taneczna – imprezą organizowaną, miała też „wyszynk alkoholowy”. Potańcówka – nie. Zabawy taneczne organizowały Ochotnicze Straże Pożarne, komitety rodzicielskie, świetlice zakładowe…

„Umajony” podest

Każdy odpust we wsi miał oprawę popołudniową: na jakimś placyku podest zbity z desek, „umajony” świeżo ściętymi brzózkami, orkiestra w szerszym składzie (obowiązkowo bęben), wstęp na podest płatny tylko dla mężczyzn, kobiety darmo. Mężczyźni ci obowiązkowo „podchmieleni” wódką pitą ze szklanek „musztardówek” pod papierosa w prowizorycznym bufecie. Bez względu na temperaturę lata marynarka obowiązkowa, krawat także. Kawalerka prosiła do tańca tylko panienki – zamężnych nie wypadało. Chyba, że dancing.
Dancing to była już poważna sprawa. Impreza wyłącznie w restauracji, orkiestra elegancka z saksofonem, kontrabas, szansonista śpiewający przeboje, przyćmione światła… Tu nie było ograniczeń w zaproszeniach do tańca, więc jeśli brakowało panienek, „rwaliśmy” trzeźwe i znudzone żony zatopionych w dyskusjach, podpitych „tatusiów”. Były zadowolone, że nie siedzą w zacietrzewionym politycznie bełkocie, chłopcy że tańczą – i na tym się kończyło. Na ogół.
Ale wróćmy do potańcówek. W naszym pokoleniu wojennego narodzenia potańcówki lat pięćdziesiątych były w zasadzie szkołą nauki tańca. W szkolnej świetlicy (sala gimnastyczna to pieśń odległej przyszłości) po jakiejś akademii „z okazji…”. Nauczyciele dyskretnie czuwali nad wielkimi odkryciami wchodzenia w relacje z płcią przeciwną, co wcale nie było ani proste, ani łatwe.

Szepty i chichoty

Oto siedzieliśmy. Chłopcy pod jedną ścianą, dziewczynki pod drugą. Chłopcy z nonszalancją, rękoma w kieszeniach, duszą na ramieniu i tremą w gardle. Oczywiście, że nie zwracają uwagi na te durne dziewczyny, pokrywając swoje zawadiackie uwagi o nich nadmiernie głośnym, nerwowym śmiechem.
Tymczasem one chichotały prowokująco, pochylając się ku sobie w szeptach i udając, że za nic mają tych niedojrzałych młodzików z naprzeciwka. Pomimo to nie mogły powstrzymać się od wymieniania szeptem uwag, który z nich do której koleżanki się zaleca i który jest przystojniejszy, stawiały prognozy, który z chłopaków pierwszy zatańczy i po którą przyjdzie.
Grała muzyka z adapteru, a obie grupy krążyły naokoło siebie, uważając przy tym pilnie, aby zanadto się nie zbliżyć. Rytualne napięcie sięgało szczytu, gdy nauczycielka dyżurna zaczynała popychać chłopców ku dziewczynom. Sądząc po ich rozpaczliwych protestach można by pomyśleć, że idą nie do tańca, a na szafot. Aż któryś w bohaterskiej desperacji przekraczał linię środka szkolnej sali, a kumple wstrzymywali oddech. Momentalnie znajdowali się naśladowcy i napięcie odpływało. Magiczny pył pozorów rozpraszał się, by dziewczęta i chłopcy mogli poznawać nową, nieznaną moc, która sprawiała, że rumienili się z wrażenia. Po czym bywało, że w szkolnej toalecie jakiś Zenek sprał po mordzie jakiegoś Marka za zbyt częste tańczenie z jakąś Irką, która, w imaginacji tegoż Zenka, była jemu przynależna, o czym zresztą zupełnie nie wiedziała.

Dwa na jeden

Walory szkolnych potańcówek, oprócz nauki bezpośrednich relacji damsko-męskich i męsko-męskich, miały także wymiar edukacyjny innej rangi. Chcąc dziewczynom imponować, trzeba było umieć tańczyć.
Siedzimy pod jedną ścianą – może to trzecia, może czwarta klasa – a nasze rówieśnice pod drugą ścianą. Odkryliśmy, że jeśli którejś się ukłonić, to ona z radosnym piskiem ucieknie, ciągnąc ze sobą dwie-trzy koleżanki. A my mamy krzesła. No, to ruszam po takie siedzisko. Między czwartoklasistkami siedziała jakaś wielka dziewczyna ze starszej klasy. Kłaniam się jej, a ona nie ucieka, lecz bierze mnie za rękę i mówi pobłażliwie: „Chodź mały, nauczę ciebie tańczyć”. O rety!!! Jaka plama! Nie dość, że sięgam jej do pasa, to jeszcze mam iść na środek sali! Życzliwie i cierpliwie nauczyła mnie kroku „dwa na jeden”, wyjściowego do każdego stylu w tańcu towarzyskim. Uważam, że była to jedna z najbardziej pożytecznych umiejętności, jakie w życiu posiadłem. Owocowała przez dziesiątki lat, rozwijana i udoskonalana, niosąc na falach muzyki powodzenie życiowe i towarzyskie, wygrywane walczyki figurowe, czekoladowe oraz inne konkursy parkietowe.

Dyskotekowy świat

A później, w końcu lat sześćdziesiątych pojawiły się dyskoteki, z muzyką jeszcze nie elektroniczną wprawdzie, jeszcze przy płytach winylowych, jeszcze trzeba było mieć kwalifikacje parkietowe, ale był to już początek zupełnie innej epoki, innych klimatów. Bez osobliwych przeżyć emocjonalnych, jakich dostarczały potańcówki. Na dyskotekach już nie trzeba było umieć tańczyć, a kontakt w tańcu między partnerami nie miał już nic wspólnego z ekscytacją osobistą, czuwaniem, aby nie przekroczyć pewnej granicy elegancji w tym podnieceniu stopniowym narastaniem tajemniczych emocji.
Wschodził świat następnego pokolenia, budującego własny pejzaż publicznego życia towarzyskiego według własnych upodobań, oparty na zupełnie innej muzyce.

Andrzej Wasilewski

Słowa kluczowe

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany