Radość małych rzeczy

Radość małych rzeczy

Od 45 lat na scenie. Znają ją wszyscy Polacy, choć najczęściej kojarzona jest z rolami w kultowym „Kochaj albo rzuć“ czy „Znachorze“. Jak opowiada, ludzie wciąż podchodzą do niej na ulicy i pytają, czy Ania Pawlaczka to naprawdę ona.
Rozmowa z Anną Dymną, aktorką Narodowego Starego Teatru, prezes fundacji „Mimo Wszystko“.

Jako nastolatka chciała być Pani psychologiem. Czy nie jest tak, że teraz, prowadząc fundację i pomagając ludziom, tamto marzenie jakby trochę się spełnia?
Anna Dymna: Po maturze złożyłam papiery na psychologię. Ale nie podeszłam do egzaminu wstępnego. Wcześniej dostałam się szkoły teatralnej. Myślę jednak, że przez całe życie zajmuję się tym, co chciałam robić w młodości. Uprawianie aktorstwa jest wspaniałym sposobem na odkrywanie zakamarków ludzkiej psychiki. Kiedy pracuję nad rolą, staram się poznać emocje, uczucia, kompleksy, motory działania postaci, którą gram, by móc się z nią utożsamić, wczuć się w jej sytuację. I tak całe życie uczę się zrozumieć drugiego człowieka. Jestem otwarta na jego problemy. Być może właśnie mój zawód dał mi odwagę i pomógł zbliżyć się do osób chorych i niepełnosprawnych.
Kiedy przygotowuję telewizyjny program „Anna Dymna – Spotkajmy się”, najpierw długo rozmawiam z gośćmi tej audycji, poznaję warunki, w jakich żyją, dowiaduję się, co ich boli, a co cieszy, z czym na co dzień muszą się zmagać. Nie dziwię się, nie wstydzę, nie boję. Czasem razem popłaczemy. Po prostu rozmawiam z nimi jak z przyjaciółmi, w sposób, na jaki oni sami mi pozwalają. Nie jest to łatwe, bo często ich dramaty trudno sobie nawet wyobrazić, a cierpienie, jakie znoszą, całkowicie mnie przerasta. Nauczyłam się jednak nie uciekać, lecz zbliżać do niego. Dzięki temu czasem mogę nawet pomóc. Moje młodzieńcze marzenie o tym, by być psychologiem, spełnia się więc cały czas. Jestem aktorką od czterdziestu pięciu lat. Dzisiaj mam sześćdziesiąt cztery lata i nadal z wielką pasją wykonuję mój zawód.

0L1A9779a - Kopia

Fundacja „Mimo Wszystko” zajmuje się dorosłymi osobami niepełnosprawnymi intelektualnie. Dlaczego właśnie nimi, a nie na przykład chorymi dziećmi?
A.D.: Dzieciom także pomagamy. Do tej pory wsparliśmy leczenie, rehabilitację i edukację blisko dwudziestu dwóch tysięcy osób chorych i niepełnosprawnych w całej Polsce. Skupiamy się jednak na pomocy dorosłym ludziom niepełnosprawnym intelektualnie. Dla nich założyłam fundację. Gdybyśmy zajmowali się dziećmi – być może łatwiej byłoby nam nawet pozyskiwać pieniądze. Dzieciom pomaga się najchętniej, bo one najbardziej wzruszają swoją bezradnością oraz cierpieniem. Tymczasem moi dorośli niepełnosprawni intelektualnie podopieczni, z piętnem inności, często już bez rodzin, bezradni, nieporadni, nie umieją nawet prosić o pomoc. Często nie budzą sympatii i nie wzruszają, choć są najpiękniejszymi istotami, jakie znam. Co prawda państwo zapewnia im jedzenie i spanie, ale niewiele poza tym. Na szczęście powstały warsztaty terapeutyczne, gdzie takie osoby mogą czuć się potrzebne. Moja fundacja wybudowała i prowadzi dwa takie ośrodki. Nieraz słyszałam nawet: „Dlaczego zajmuje się pani debilami?”. Na takie pytania nie odpowiadam. Kto z nas ma prawo rozsądzać, jakie życie ludzkie, czyje marzenia i potrzeby są więcej warte? Często cytuję słowa Jana Pawła II, które są dla mnie drogowskazem: „Kimkolwiek jesteś, jesteś kochany. Pamiętaj, że każde życie, nawet bezsensowne w oczach ludzi, ma wieczną i nieskończoną wartość w oczach Boga”.

Do Pani fundacji lgną wolontariusze. Wolontariat kojarzony jest z młodymi ludźmi. Tymczasem coraz więcej seniorów wyraża chęć pomocy innym.
A.D.: Fantastycznie, że tak się dzieje! Młodzi ludzie mają radość, pasję, za to seniorzy posiadają też życiową mądrość, więcej cierpliwości oraz doświadczenie. Ich wsparcie bywa ogromne dla tych, którzy potrzebują pomocy. Najstarszy wolontariusz w mojej fundacji ma siedemdziesiąt sześć lat. Kazimierza – tak ma na imię – wypełnia dobra energia, silnie angażuje się w rozmaite działania, a przy tym jest wzorem dla młodych ludzi: wykształcony, wysportowany, uśmiechnięty, niezwykle koleżeński.
Też jestem wolontariuszką w fundacji „Mimo Wszystko”. Na rzecz osób chorych i niepełnosprawnych od zawsze pracuję społecznie. Wiem, jak wiele sił mi to daje. Tego nie da się kupić za żadne pieniądze. Ta działalność wciąż otwiera przede mną nowe przestrzenie, ciągle uczę się czegoś nowego. Każdego dnia budzę się rano i cieszę ogromnie, że jestem komuś potrzebna. Namawiam gorąco seniorów do angażowania się w wolontariat. Bo każdy jest komuś potrzebny, wystarczy się rozejrzeć. Liczba posiadanych lat nie ma tutaj znaczenia. Im jestem starsza, tym mocniej rozpędza się mój motor do działania. Chwilami tylko obawiam się, że jakaś „sprężynka” we mnie może tego nie wytrzymać.

720x240

Przyznała Pani kiedyś, że wciąż kojarzona jest z rolą Ani, wnuczki Kargula, w kultowym „Kochaj albo rzuć”. Czy nadal spotyka się Pani z taką reakcją ludzi?
A.D.: Naturalnie. Zagrałam w filmie ponad dwieście ról, ale wielu osobom nadal kojarzę się głównie z Anią Pawlaczką, Barbarą Radziwiłłówną i Marysią Wilczur ze „Znachora”. Nie oburza mnie to, mimo że prawdopodobnie mam w dorobku artystycznym o wiele ciekawsze role. Ludzie po prostu lubią oglądać na ekranie takie miłe i zgrabne dziewczątka. Żeby nie wiadomo w jakie wybitne role aktorka się wcielała, to i tak zostanie zapamiętana głównie jako ta ładna i miła panieneczka. Niektórzy, spotykając mnie dzisiaj, pytają: „Rany! To pani naprawdę jest ta Dymna, co grała Anię Pawlaczkę?!”. Przytakuję i oferuję nawet, że mogę pokazać dowód osobisty. „Pani jest nadal taka sympatyczna” – mówią inni. No bo co mają mówić? Przyznam, że te dziewczynki: Ania Pawlaczka, Marysia Wilczórówna i Barbara Radziwiłówna ogromnie pomagają mi w działalności społecznej. Bardzo więc się cieszę, że je zagrałam.

Czy są takie role, o zagraniu których marzyła Pani i marzy nadal?
A.D.: Zawsze umiałam cieszyć się z tego, co mam. Wyniosłam tę cechę z domu rodziców. Nigdy nie snułam marzeń w stylu: „Chcę zagrać Julię! Muszę zagrać Julię!”. Takie niezrealizowane marzenia mogą tylko przynieść rozgoryczenie, zazdrość, kompleksy. Zresztą już wiem, że czasem mała rólka u boku wspaniałego partnera, pod okiem świetnego reżysera okazuje się wielkim przeżyciem i sukcesem… Większym niż przysłowiowy Hamlet w średnim przedstawieniu. Trzeba więc umieć cieszyć się z tego, co się ma, i nie ścigać z samym sobą. Czasem coś spokojnie odpuścić, przeczekać, nie robić niczego pazernie i na siłę. Rzeczy proste dają często więcej radości oraz sił niż te, które, pozornie, wydają się wielkie i niezwykłe. Ludzie niepełnosprawni to wiedzą. Nauczyli mnie cieszyć się z każdego dnia, każdej chwili i dostrzegać małe, piękne rzeczy, których często nie zauważamy, a przecież są wokół nas. Mimo że tacy ludzie mają połamane kręgosłupy i poruszają się na wózkach, to chce im się żyć i czerpią z życia garściami. Na przykład Janusz Świtaj jest całkowicie sparaliżowany, oddycha za pomocą respiratora, a jednak doskonale radzi sobie pracując w mojej fundacji, jest fantastycznym studentem trzeciego roku psychologii, niedawno został wyróżniony przez rektora Uniwersytetu Śląskiego i zwyciężył w ogólnopolskim plebiscycie „Człowiek bez barier”. Tacy ludzie pokazują, jak niezwykłą istotą jest człowiek i jak wiele zależy od nas samych. Bez względu na to, ile mamy lat.

Anna Dymna fot. Marek Kowalski
Anna Dymna z członkami fundacji fot. Gabriela Szewczyk i Michał Sitkiewicz.
Pytania opracowała Magda Wieteska
Źródło: „Gazeta Senior” Kraj luty-kwiecień 2016

Słowa kluczowe

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany