Rękodzieło. Coś więcej niż moda!

Rękodzieło. Coś więcej niż moda!

Po okresie zawłaszczenia przez Polskę Ludową wszystkiego, co ludzką ręką uczynione, a opatrzone przymiotnikiem „polskie” czy „ludowe” – rodzime rękodzieło odzyskuje prawo do samostanowienia i coraz chętniej z niego korzysta. Ręcznie wyrabiane przedmioty wracają do łask, a ich produkcja okazuje się czymś więcej niż tylko modą.

Jest kolorowo, oryginalnie… pięknie. Tak coraz częściej reagujemy na obecność produktów rękodzielniczych w naszym otoczeniu. Znajdziemy je w internecie, w prywatnych sklepikach, na targach i kiermaszach. Rękodzieło rozpoczęło ofensywę na polskim rynku, nie ma jednak łatwego zadania. Po pierwsze ekonomicznie jesteśmy mniej niż nasi zachodni czy południowi sąsiedzi przygotowani do zakupu przedmiotów wprawdzie pięknych i autentycznych, ale droższych niż masowe produkty. Po drugie wciąż pokutują wyobrażenia z czasów, gdy „trendy” wyznaczał realizm socjalistyczny.

Pomimo tych „trudności adaptacyjnych”, rękodzieło dla wielu osób staje się nie tylko hobby, ale i sposobem na życie. Dla niektórych to sposób na regularny biznes, dla innych – na przykład matek, które decydują się pozostać z dziećmi w domu – możliwość kreatywnego wykorzystania wolnego czasu przy jednoczesnym powiększeniu domowego budżetu.

,,Cepelia” Ameryki nie odkryła…

Prawdopodobnie do dziś w świadomości tak zwanego przeciętnego Polaka pierwszym skojarzeniem ze słowem „rękodzieło” będzie słowo „Cepelia” – skojarzenie to nasuwa niekoniecznie pozytywne asocjacje estetyczne. Wprawdzie osoby sięgające myślą bliżej czasów powstania Centrali Przemysłu Ludowego i Artystycznego wiedzą, iż Cepelia nie zawsze kojarzyła się z pstrokatym kiczem, niemniej jednak przeważa raczej obraz negatywny. Czy jednak Cepelia jest jedynym przykładem rozwoju rękodzielnictwa na polskich ziemiach? Bynajmniej!

O historię rękodzieła w Polsce zapytaliśmy Małgorzatę Gogól-Górecką, współtwórczynię pracowni rękodzielniczej „Glineria”.

- Moda na ludowość nie była wcale pomysłem PRL. Po odzyskaniu niepodległości, upowszechnianiu rodzimego rękodzieła patronowała II RP, która potrzebowała idei integrujących naród. Towarzystwo Popierania Przemysłu Ludowego wspierało twórców, działały Warsztaty Krakowskie, a od 1926 roku Spółdzielnia Artystów „Ład” i towarzystwo Polska Sztuka Stosowana.

Produkty, na których widzimy etykietę home made cieszyły się przed wojną popularnością porównywalną z dzisiejszym szałem na meble z Ikei, czy też ciuchy z outletów z markami z wysokich półek.

- Ludowość jeszcze nieskażona komunizmem, niepropagandowa była obecna na wystawach, w sklepach, restauracjach, we wnętrzach gmachów publicznych. Projektowali je czołowi architekci modernizmu. Tapczan zamiast łóżka, makata buczacka na ścianie w latach 30. były dla młodych ludzi tym, czym dzisiaj jest skandynawski design. Zachwalano szczególnie wyroby wileńskie – samodziały, lny, proste, niepstrokate tkaniny­ – mówi o tym zjawisku założycielka „Glinerii”.

Czy tylko średniowiecze i skansen?

Można sięgnąć jeszcze dalej w realia historyczne. Małgorzata Gogól-Górecka opowiada nam o średniowiecznych korzeniach rękodzieła.

- Środowiska miejskie zrzeszały się w cechy rzemieślnicze, które były czymś na kształt bractw religijnych posiadających własny statut oraz duchowość. Ich wytwórczość nie była wówczas zjawiskiem nadzwyczajnym, bowiem pracownie rzemieślnicze były jedynym miejscem, w którym wytwarzano owe używane przez wszystkich przedmioty.

Rękodzieło było niegdyś czymś oczywistym. Zmieniła to dopiero rewolucja przemysłowa, przenosząca nacisk z ilość i szeroką skalę promocji produkowanych przedmiotów. Poszły za tym nieuniknione zmiany społeczno-kulturalne.

- Początek XIX wieku przyniósł kres cechów w pojęciu organizacji korporacyjnej – mówi menadżerka projektu „Glineria”. – Rozwój przemysłu zastąpił ręczną wytwórczość, a pęd za rozwojem i nowoczesnością tłumaczy taki stan rzeczy – objaśnia.

Czy to oznacza, iż rękodzielnictwo umarło w XIX wieku? Z przykładu międzywojnia wiemy, że nie.

- Rękodzieło było oczywiście nadal obecne, ono nie umarło wraz z upadkiem instytucji cechowej, lecz zajmowało inną przestrzeń. Wiązało się z dziś powoli ginącymi zawodami takimi jak bednarstwo, dziegciarstwo, kołodziejstwo, łyżkarstwo (tak, proszę sobie wyobrazić, że istniał zawód zajmujący się tworzeniem łyżek i podobnych im przedmiotów gospodarczych, co dla wielu dziś stanowi zapewne pewnego rodzaju egzotykę) i wiele innych – dopowiada rękodzielniczka.

Niezwykłym przypadkiem turystyki kulturalnej opartej o powrót do rękodzieła jest stworzony w Sanoku skansen „Rynek Galicyjski”. Turyści, licznie nawiedzający to prężnie prosperujące muzeum na wolnym powietrzu, mogą przez chwilę poczuć się jak w prawdziwym przedwojennym miasteczku. Po uliczkach przechadzają się panowie, damy, chłopi i Żydzi, a w drewnianych domkach pracują właśnie rękodzielnicy, wykonujący różne tradycyjne zawody, zaliczane dziś w poczet „ginących”.

Przyszłość odpowie na pytanie, czy tego typu spotykające się z pozytywnym odzewem publiki inicjatywy zakorzenią się głębiej we współczesnych realiach rynkowych i spowodują, iż zaczniemy chętniej udawać się do rękodzielnika po produkt autentyczny niż do hipermarketu po wytwór masowy…

Śpiewać (nie) każdy może… tylko czy jest komu słuchać?

Mówi się, że śpiewać każdy może i zdawałoby się, że do stworzenia malowanego kubka, czy torebki domowym sposobem wystarczy odrobina czasu i cierpliwości. Doświadczenie rękodzielników dowodzi jednak, że oprócz tych atutów potrzebna jest także specjalistyczna wiedza o technikach produkcji. Równie nieodzowna pozostaje odpowiednia doza talentu i zmysłu artystycznego.

Potrzeba rękodzieła w kulturowym krajobrazie staje się na powrót rzeczą oczywistą.

- Myślę, że jesteśmy już zmęczeni masową produkcją rzeczy albo marnej jakości, albo wątpliwej urody. A może po prostu tkwi w nas jakaś wewnętrzna potrzeba piękna? – komentuje nasza rozmówczyni. Pytanie, czy Polacy są gotowi do tego, by zapłacić więcej za produkt piękniejszy noszący indywidualne piętno jego twórcy?

Porównując ceny rękodzieła w Polsce i zagranicą, można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia ze specyficznym przypadkiem stosunku 1-1, w którym cyfry pozostają te same, zmienia się jedynie waluta. To, co w Polsce kosztuje 20 zł, we Włoszech, czy we Francji sprzedałoby się za 20 euro. Oczywiście można od razu zbić ten tok myślenia argumentem, że dla Włocha, czy Francuza 20 euro to tyle, co dla nas 20 zł, niemniej jednak kwestia wizerunku rękodzieła na naszym rodzimym rynku pozostaje otwarta.

- Obserwuję na co dzień, że rękodzieło staje się, oprócz hobby, pasji i przyjemności, wręcz sposobem na życie. Wiele matek, którym ciężko wrócić na rynek pracy po urodzeniu dziecka decyduje się na działalność w sektorze rękodzieła. Wykorzystują przy tym swoje zdolności manualne i nie marnują talentów, którymi mogą się pochwalić. I chwała im za to, bo oprócz tego, że dzięki temu możemy podziwiać (i posiadać) piękne i oryginalne przedmioty, to w dodatku można zasilić domowy budżet – podsumowuje Małgorzata Gogól-Górecka.

Źródło: Portal PCh 24.pl / tekst: Filip Obara

fot. Pixabay

Słowa kluczowe

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany