Rozmyślania przy smażeniu jajecznicy

Rozmyślania przy smażeniu jajecznicy

Pan Łukasz Kaleciński jest uczestnikiem warsztatów dziennikarskich odbywających się na Uniwersytecie Trzeciego Wieku w Uniwersytecie Wrocławskim. Poniżej prezentujemy tekst jego autorstwa, który powstał w trakcie warsztatów.

Na zakończenie roku akademickiego w UTW w Uniwersytecie Wrocławskim odbyliśmy bardzo ciekawą wycieczkę po Dolnym Śląsku. W jej programie znalazły się tak atrakcyjne miejscowości, jak Kamieniec Ząbkowicki, Złoty Stok, Lądek, Gola Dzierżoniowska i kilka innych.

Z wycieczki wróciłem dość późno, nie jadłem kolacji. A gdy rano wstałem, poczułem głód i nieodpartą ochotę na jajecznicę. Czyniąc przygotowania do jej przyrządzenia, zacząłem wspominać wycieczkę. Duże wrażenie zrobił na mnie pałac w Kamieńcu Ząbkowickim – olbrzymi pałac na wzniesieniu, z widocznymi z daleka wieżami. Podobno to największy obecnie istniejący w Polsce obiekt pałacowy wzniesiony z cegły.

Przygotowania do jajecznicy ukończone, wrzucam więc składniki na patelnię, podpalam gaz na kuchence i na myśl przychodzi mi to, co dostałem od kolegi pocztą mailową kilka dni temu. To informacja o tym, że przed wojną na Dolnym Śląsku istniało ponad 1500 obiektów zamkowo-pałacowych. Około połowa z nich uległa zniszczeniu, gdyż zlokalizowane były na terenach, przez które przetaczał się front. Obecnie na Dolnym Śląsku znajduje się około 770 takich obiektów, ale prawie 600 z nich jest w opłakanym stanie. Pałac w Kamieńcu Ząbkowickim miał szczęście, że nie leżał na szlaku działań wojennych, więc nie uszkodziły go bomby i ostrzał artyleryjski, i w 1945 roku był niemal cały. Jak opowiadał przewodnik po pałacu, po wkroczeniu Armii Czerwonej obiekt stał się czasową kwaterą dla ponad 2500 czerwonoarmistów. Był to początek jego dewastacji. Podobno dowodzący tą grupą oficer, z wykształcenia historyk sztuki, zanim odszedł, kazał wszystkie te cenne przedmioty wywieźć jako zdobycze wojenne. Dziś to wszystko jest już nie do odzyskania. Według słów przewodnika czerwonoarmiści odchodząc podpalili pałac. Ugasili go po ich odejściu okoliczni mieszkańcy.

Składniki jajecznicy zaczynają powoli skwierczeć na patelni, zmniejszam więc gaz, by się nie przypaliły i dalej nawałnica myśli buszuje po mojej głowie. Przypominam sobie słowa przewodnika, gdy mówił o szabrownikach, zarówno tych nielegalnych, jak i całkowicie legalnych. Zastanawiają mnie ci ostatni. Okazuje się, że w latach 1946-1947 z tego, co zostało, wiele trafiło do muzeów. Natomiast w latach 50. całkiem legalnie wywieziono z zamku wiele marmurowych elementów, takich jak schody, balustrady i parapety, które posłużyły do wyposażenia wnętrz Pałacu Kultury w Warszawie. Podobno znajdują się do dziś w Sali Kongresowej.

Do dewastacji przyczyniła się także działalność miejscowej ludności, która wymieniła się w latach 1946 – 1947 z ludności niemieckiej na repatriantów z terenów wschodnich. Ludzie ci często pozyskiwali z pałacu to, co w nim jeszcze pozostało – drzwi, okna, elementy instalacji elektrycznych, sanitarnych itp. Wycinano niektóre drzewa w parku…

No cóż, z dzisiejszej perspektywy trudno mi oceniać tamtą rzeczywistość. Ludzi tych ukształtowało sześć lat wojny, niepewność jutra oraz tolerancyjny stosunek ówczesnych władz do takich działań. Dla porównania: kilkanaście kilometrów na południe od Kamieńca Ząbkowickiego, już na terenie Czech, stoi zamek w Bilej Wodzie, którego los był niby podobny, bo też przecież czerwonoarmiści, też 40 lat systemu komunistycznego, a jednak nie dotknęła go podobna dewastacja.

Och, na patelni składniki do jajecznicy już znakomicie przyrumienione, pora wbijać jajka, robię to więc, a nieuczesane myśli o pałacu dalej mnie prześladują. Do lat 80. zabytek systematycznie niszczał, a smutku i grozy dopełniały buszujące po zdewastowanych terenach stada na wpół zdziczałych bezpańskich psów. W latach 90. znalazł się pewien dość ekscentryczny i zamożny pan, który wynajął pałac i zrobił w nim hotel i kawiarnie. Niestety, swoje działania prowadził bez uzgodnień z konserwatorem zabytków i tym także wyrządził nieco szkód. Ale po jego śmierci pałac przeszedł znowu na własność gminy i wreszcie stało się coś pozytywnego. Wójt gminy jest fanatykiem rewitalizacji pałacu. Na początku zatrudnił okolicznych bezrobotnych do przywrócenia właściwego wyglądu parku i okolicy. Remontowane są wnętrza pałacu i choć prace postępują wolno, to jednak w sposób widoczny. W trakcie zwiedzania widzieliśmy pracujące ekipy remontowe, słychać było prace urządzeń, a nawet przekleństwa pracowników budowlanych. Ale u nich to podobno norma. Kiedyś mówiło się: klną jak szewcy, dziś można mówić: klną jak budowlańcy.

Jajecznica powoli się dosmaża, czas dodać przyprawy, a mnie wciąż po głowie chodzą wspomnienia. Przewodnik wprowadza nas do jednej z wyremontowanych już sal. Z daleka uderza nas widok dużych, bardzo wiernie wykonanych makiet pałacu. Wyglądają, jakby wykonali je profesjonalni architekci. Gdy podchodzimy bliżej, jesteśmy zaskoczeni: wszystkie są dziełem uczniów szkoły podstawowej, a przygotowano je na konkurs ogłoszony przez wójta pt. „Moja mała Ojczyzna”.

Jajecznica gotowa, czas zasiadać do śniadania, a mnie już chyba ostatnie myśli przychodzą do głowy.
Myślę, że naprawdę duże słowa uznania należą się wójtowi za to, że jego hobby stała się rewitalizacja tego cennego zabytku. Umiejętnie korzysta on w tym celu z funduszy unijnych i środków ministerialnych. Zmotywował także okolicznych mieszkańców do prac przy renowacji pałacu. Ci młodzi ludzie to przecież potomkowie tych, którzy dewastowali zabytek. Zastanawiam się, czy to chichot historii, czy sprawiedliwość dziejowa?
Jajecznica zjedzona, a emocje, jakie przeżywałem rozmyślając, sprawiły, że wcale nie pamiętam, czy mi smakowała.

Łukasz Kaleciński

Słowa kluczowe

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany