Samochodem przez Białoruś

Każdy sposób podróżowania turystycznego ma odmienne walory. Wybór zależy od tego, jakiego rodzaju wrażeń szukamy. Jak wyglądała moja podróż na Białoruś?

 

Jeżeli chcemy kupić program seryjnie powielany (a więc wypróbowany) gwarantujący, że nie będzie żadnych niespodzianek, przygód, gdzie wszystko jest zaplanowane, przewidziane i stabilne – wybieramy biuro turystyczne. Jeżeli natomiast cenimy sobie własne wybory, elastyczność programu, rozwiązywanie problemów na bieżąco w miarę ich wyłaniania się, sytuacje zaskakujące i przygodowe wymagające aktywności decyzyjnych, przecieranie nowych szlaków – jedziemy indywidualnie.

W moim wędrowniczym życiu przeplatają się obydwa modele. Indywidualnie – nie zobaczysz tego, co oferuje biuro. Z biurem – nie przeżyjesz tych emocji, które oferuje podróż „włóczęgowska”. Moja pierwsza podróż zagraniczna odbyła się w 1964 roku, kiedy miałem 23 lata i właśnie opuściłem szeregi „obrońców ojczyzny”, oddając karabin i zdejmując wojskowy mundur. Wówczas czasopisma młodzieżowe zamieszczały adresy młodych ludzi z różnych krajów, chętnych do nawiązywania korespondencji. Ponieważ niemiecki w moim technikum był nauczany na poziomie nijakim, angielskiego nie było, rosyjski był nauczany przez ludzi mających o nim mgliste pojęcie, podjąłem korespondencję z Olkiem Bielińskim z Odessy, synem polskiej rodziny. Olek przysłał mi zaproszenie. Było ciekawie, odkrywczo, wiele zdumień innością świata i fajnie. I to już zostało: ciekawość zdumień innością świata.

Padło na Białoruś
Potem była Moskwa, Kijów, Rumunia, Węgry, Bułgaria, Jugosławia, Czechy, Austria, Finlandia, Wielka Brytania, jedne i drugie Niemcy, Norwegia, Portugalia, Słowacja, Litwa, Kuba, a minionego lata padło na Białoruś, która jest tak blisko, a tak mało o niej wiemy.
Przygotowania polegające na zbieraniu informacji (ceny, noclegi, bezpieczeństwo, stosunek policji do kierowców zagranicznych, atrakcje turystyczne itp.) nie dostarczyły żadnej istotnej wiedzy. Informatory na stronach ambasad zdezaktualizowane i przesadne, na stronach turystycznych przedawnione. Tak więc mamy wizy w paszportach i jedziemy „w ciemno”. Zabieramy 500 dolarów i nawet nie wiemy, jakie opłaty trzeba będzie ponieść na granicy albo bezpośrednio po jej przekroczeniu i czy zdołamy na ten cel wymienić owe dolary. Wiemy tylko jedno: że kraj jest bardzo bezpieczny, a policja nie wymusza haraczy, jak np. na Ukrainie. „Jeżeli pan nie przekroczy dozwolonej prędkości, nie zetknie się pan z policją”. Sprawdziło się.

O Polsce wiedzą wszystko
Białoruś okazała się krajem ludzi pogodnych, życzliwych i uczynnych. Drogi mają lepsze od naszych, nadto na przestrzeni dwóch tysięcy kilometrów nigdzie, również we wsiach, nie spotkaliśmy asfaltu „łatanego” – jak u nas. Wrażenie robi także czystość i estetyka poboczy. Nie uświadczysz fruwających worków foliowych, papierów, puszek czy butelek. Inną cechą jest nikła liczba znaków drogowych. Na moje zdziwienia tubylcy odpowiadali: przecież jest ustawa regulująca prawidła ruchu drogowego i każdy kierowca ma ją znać. A wy w Polsce macie po piętnaście znaków na metr bieżący i nikt ich nie przestrzega, a nawet nie czyta. Prawda.
O Polsce wiedzą wszystko na bieżąco. Wielu z nich w Polsce pracowało, pracuje, studiuje, przejeżdża w drodze do pracy w Niemczech czy Holandii, co kilka dni w ramach ruchu bezwizowego jeździ do Polski na zakupy, do rodziny, do Częstochowy czy Lichenia itd. Spotkaliśmy matkę, której trzy córki studiują medycynę w Polsce i mężczyznę, który ukończył ogrodnictwo na Uniwersytecie Przyrodniczym w Olsztynie. W zachodniej Białorusi widać zasobność mieszkańców i zachodnie wzorce zagospodarowania przestrzeni, zwłaszcza przydomowej.

Kult dobrego auta
Białorusini jeżdżą bardzo przepisowo, w czym niewątpliwie pomaga im gęsta sieć nieoznakowanych radarów, umieszczonych na poboczu na wysokości kolan. Drugim czynnikiem ostrożności jest być może to, iż samochody są wyłącznie drogie i zadbane. Wszyscy więc unikają zderzeń, jak tylko mogą. Rozpowszechniony tam kult dobrego auta jest sprawą na tyle prestiżową, że młode małżeństwa najpierw zbierają pieniądze na dobry samochód, a dopiero potem na mieszkanie. W dużych miastach – w blokach. W małych miasteczkach i na wsiach budownictwo jednorodzinne. Bliżej naszej strefy klimatycznej w stylu europejskim, na północy kraju bliżej klimatu kontynentalnego, wyłącznie drewniane jak w Skandynawii, lecz kolorystycznie inne – jasnozielone, w odróżnieniu od jasnobrązowych norweskich czy szwedzkich.
„Kafe”, czyli bar
Hotele znajdowaliśmy nawet w większych wsiach, o dobrym standardzie i dobrej cenie (około 100 zł za pokój dwuosobowy). Jednakże nie są one powiązane z gastronomią. Przydawały się więc konserwy z bagażnika. Restauracji nie spotykaliśmy, a szyldy z napisem „Kafe” omijaliśmy zdecydowanie, bo szukaliśmy barów. Okazało się, że „Kafe” to właśnie bar z niedrogimi i bardzo smacznymi potrawami.
Sklepy spożywcze zaopatrzone są standardowo. W stoiskach mięsnych wybór wędlin skromny, a ich jakość jest bardzo niska. Mleko za to jest „prawdziwe”, podobnie jak jego przetwory. Smak nieporównywalny z polską mlekopodobną chemią. Widywaliśmy często kołchozowe stada krów po kilkaset sztuk. Droga od krowy do klienta detalicznego jest na Białorusi bardzo krótka toteż i jakość stosowna.
Galerie handlowe, podobnie jak w Polsce są tylko w wielkich miastach (Grodno, Mińsk) i niczym nie różnią się od naszych, jeśli chodzi o stoiska. Te same zachodnie marki, ten sam towar. Reklam w przestrzeni publicznej prawie nie ma. Sam Mińsk jest dwumilionową metropolią o zaciekawiającej architekturze i przepięknych podświetleniach tej architektury nocą. Miasto, podobnie jak cały kraj, niezwykle czyste. Główne ulice są wygodnymi arteriami o czterech pasmach ruchu w jedną stronę. W księgarniach klientów dużo, dużo więcej niż w Polsce.

Bezpiecznie, czysto, stabilnie
Osobliwością tego kraju jest wszechobecny hołd poległych za wyzwolenie ojczyzny. Hitlerowcy wybili tam około 28 procent ludności i gdyby nie wyzwolenie, straty byłyby znacznie wyższe. Oni to doceniają. Lesisty i bagienny kraj sprzyjał ruchom partyzanckim. Wiele miejscowości wyzwolili białoruscy partyzanci. W każdym niemal miasteczku i wielu wsiach spotkamy pomniki poświęcone partyzantom oraz tablice pamiątkowe z nazwiskami mieszkańców, którzy oddali życie w walce z hitlerowcami. Tak przy pomnikach, jak i przy tablicach leżą zawsze świeże kwiaty.
Polskie media, jeśli w ogóle mówią o Białorusi, to wyłącznie w kontekście braku demokracji politycznej. Białorusini mówią: nie mamy demokracji i chwała Bogu. Ukraina poszła w demokrację i komentować nie ma co. Jako państwo samodzielne istniejemy zaledwie 25 lat, społeczeństwo nasze ma jeszcze nieokrzepłą świadomość państwową i narodową. Nie mamy demokracji, ale w odróżnieniu od sąsiadów mamy kraj bezpieczny, czysty, życie stabilne, bez obezwładniającej korupcji. Nie narzekamy.

Punkty docelowej naszej podróży mieliśmy nad rzeką Dźwiną, daleko na północy. Pokonaliśmy wiele kilometrów siedząc w samochodzie. Często towarzyszyły nam rzęsiste deszcze. Wracaliśmy tak zmęczeni, że ominęliśmy planowane wcześniej odwiedziny w miejscach urodzenia Adama Mickiewicza i Tadeusza Kościuszki. Może następnym razem. Wówczas także nie ominiemy Wasiliszek i muzeum Czesława Niemena.
Tekst i zdjęcia: Andrzej Wasilewski

BiałoruśBiałoruśBiałoruśBiałoruśBiałoruśBiałoruśBiałoruśBiałoruśBiałoruśBiałoruś

CATEGORIES
TAGS
Share This

COMMENTS

Wordpress (0)
Disqus (0 )