Talent w rękach i głowie

Talent w rękach i głowie

Kobieta pracująca, która żadnej pracy się nie boi. Ma talent w rękach i w głowie. Jest autorką poczytnych powieści, niedawno wyszła jej ostatnia książka pt. „Nefrytowa szpilka”.
Poliglotka, od kilku lat mieszkanka Berlina, wcześniej wrocławianka. Mówi jak karabin maszynowy, nie przestając dowcipkować. Z Joanną Miszczuk, pisarką, rozmawia Magda Wieteska.

Magda Wieteska: Jestem świeżo po lekturze „Nefrytowej szpilki”. Powiedz, skąd takie zainteresowanie Chinami i taka ogromna znajomość ich historii, w tym historii sztuki? We wcześniejszych książkach nie pisałaś o Azji…
Joanna Miszczuk: Wcześniej siedziałam w historii, ale Europy. Skąd pomysł? To marzenie od wczesnej młodości, kiedy mówiłam wszystkim: „Słuchajcie, jak będę duża, to zobaczę Chiny”. Konkretnie to chciałam zobaczyć Pekin, „zakazane miasto”, reszta mniej mnie interesowała. Marzenie jak marzenie, nie wszystkie się spełniają, a ja dodatkowo byłam święcie przekonana, że to właśnie się nie ziści. Osiem lat temu życie zmusiło mnie do przeprowadzenia się do Niemiec na stałe, dzięki czemu zmienił się też mój status na najróżniejszych płaszczyznach, również na płaszczyźnie finansowej. W pewnym momencie okazało się, że… chwileczkę! Ja teraz mogę pozwolić sobie na wyjazd do Chin bez żadnego problemu!

M.W.: I po prostu pojechałaś? I po powrocie napisałaś książkę, w której spora część akcji dzieje się w Chinach?
J.M.: Ja bardzo dużo czytam. Jeszcze zanim podjęłam decyzję o podróży do Chin, dorwałam książkę Anchee Min „Cesarzowa Orchidea”. To książka oparta na najróżniejszych opiniach o cesarzowej Cixi, ale nie biograficzna. Przeczytałam ją i przypomniałam sobie, jak zawsze się odgrażałam, że pojadę do Chin. I stwierdziłam: No to dobra, jadę!
A że zrodził się już we mnie pomysł na nową powieść, to postanowiłam, że czas przed wyjazdem wykorzystam na zbieranie materiałów. Zaczęłam czytać o historii Chin. Materiały faktograficzne, ale i literaturę piękną, przeglądałam internet, który bardzo lubię, bo dostarcza mi wielu wiadomości. Przeprowadziłam mnóstwo rozmów z historykami sztuki, ekspertami domów aukcyjnych. Wreszcie znalazłam sobie postać historyczną, wokół której chciałam osnuć historię mojej bohaterki.

M.W.: Jakie wrażenie zrobiły na Tobie Chiny?
J.M.: Pojechałyśmy razem z moją córką Zuzą na dwa tygodnie do Pekinu. Magda, to jest za mało, aby cokolwiek powiedzieć o tych ludziach jako narodzie. Jak to opisać? Jestem pisarką, to sobie poradzę (śmiech). Posłuchaj: Chińczycy mają wolny dzień. U nas, jak jest wolne, to albo się jedzie z rodziną do centrum handlowego albo robi wypad za miasto. A oni całymi rodzinami spotykają się w parku. I nie ma żadnej rezerwy między obcymi a miejscowymi. Mało tego – zupełnie spontanicznie powstają różne inicjatywy! Na przykład wspólnie śpiewają.

M.W.: To jest to, co opisałaś w książce – koncert.
J.M.: Tak, bo ja to widziałam. Pytamy naszego przewodnika, co to: chór jakiś śpiewa? Nie, odpowiada przewodnik, to wszystko obcy, zebrali się i razem śpiewają. To było piękne.

M.W.: Czy Bambus, jedna z bohaterek „Nefrytowej szpilki”, istniała naprawdę?
J.M.: Nie, choć całe tło, czyli opisane zwyczaje czy dzieje sztuki są w pełni autentyczne, bo oparte na źródłach historycznych. Natomiast tatuś Bambus nie jest wymyślony. Istniała taka postać, choć nie wiem, czy był jej ojcem.

M.W.: A druga bohaterka, ta współczesna? Czy jej losy były wzorowane na kimś z Twojego najbliższego otoczenia albo… można odnaleźć w niej Ciebie? Mieszkała we Wrocławiu, tak jak Ty, chodziła do piątego liceum…
J.M.: Nie chodziłam do piątki, chodzili moi znajomi, za to do 14 roku życia mieszkałam tam, gdzie Melania – na Kłośnej. Również doskonale znam podstawówkę, do której chodziła. Zresztą wszystko osadzone jest w okolicy Pereca ze względu na moją znajomość tych okolic. Melania natomiast jest wymyślona od a do z. Z jednym wyjątkiem – wszystkie jej emocje są prawdziwe. Miałam koleżanki z rodzin robotniczych, więc mniej więcej wiem, jak wyglądają realia takich rodzin.

M.W.: Jak długo trwa u Ciebie proces twórczy? W jaki sposób pracujesz nad książkami?
J.M.: Piszę bardzo regularnie, jestem bardzo systematyczna i zdyscyplinowana. Kiedy zabieram się do pisania, biorę dwa tygodnie urlopu. Zaczynam pisać w poniedziałek o ósmej rano. Piszę przeważnie do godziny osiemnastej. Mniej więcej przez dwa tygodnie, nie dłużej. Od poniedziałku do piątku, pomijając weekendy, w które nie robię nic, tylko odpoczywam.

M.W.: Zawsze byłaś taka zdyscyplinowana?
J.M.: No, nie zawsze, bo kiedyś całe noce potrafiłam pisać. Ale teraz jest inaczej. Choć czasami są takie dni, gdy jestem tak wciągnięta w książkę, że moi bliscy kuszą mnie zapachami, abym przyszła zjeść z nimi obiad. I najczęściej idę. Choć zdarza się, że przynoszą mi ten obiad do biurka.

M.W.: Poczekaj, poczekaj… powiedziałaś, że w dwa tygodnie piszesz książkę, nie licząc weekendów. To przecież tylko 10 dni! Jak można w tak krótkim czasie wymyśleć fabułę?
J.M.: Ja jej nie wymyślam w trakcie pisania. Ta książka już jest, bo w myślach pracuję nad nią rok, czasami nawet dłużej. Zbieram materiały – czytając, sprawdzając źródła historyczne, rozmawiając ze specjalistami, jeśli tematyka tego wymaga. W trakcie urlopu, gdy piszę – to już tylko przeklepuję słowa z głowy na papier, na komputer, jak sekretarka.

M.W.: Nigdy nic nie zmieniasz wtedy?
J.M.: Nie, chyba, że coś ważnego zdarzy się na świecie, wtedy do wątków historycznych dolepiam emocje, które mogłyby pojawić się u moich bohaterów właśnie na skutek jakiegoś spektakularnego wydarzenia.

M.W.: Jesteś poczytną pisarką, czytelnicy i czytelniczki, a zwłaszcza one, kobiety, uwielbiają Twoje książki. A jednak nie żyjesz z pisania, jak inne poczytne polskie autorki. Dlaczego?
J.M.: Bo książki są przyjemnością i naszą czwartą „nogą” na urlopy. Ja mam normalną pracę, w której zarabiam pieniądze. Gusty czytelników się zmieniają, a ja nie mogę powiedzieć mojej córce, Zuzi: „Jutro nie pójdziesz do szkoły, bo nie sprzedała się książka i nie mam pieniędzy”.

M.W.: Znasz wiele języków, możesz wymienić które?
J.M.: Rosyjski, francuski, niemiecki, angielski. Co prawda, zawsze dodaję, że np. francuski znam bardzo dobrze, chociaż jest teraz uśpiony, że rozumiem po włosku, chociaż wcale go nie znam… wcale nie czuję się jakąś poliglotką. Ale moja córka twierdzi, że po miesiącu przebywania w obcojęzycznym kraju umiem się porozumieć. Myślę, że mam po prostu zdolność do języków i łatwo się ich uczę.

M.W.: Jesteś też muzykalna.
J.M.: Uwielbiam muzykę, gram w zasadzie na wszystkim: na perkusji, pianinie, flecie prostym, gitarze. Tylko głosu nie mam, choć bardzo lubię śpiewać.

M.W.: Jesteś artystką nie tylko słowa, bo masz również talent w rękach…
J.M.: Tak, po tacie. Nie ma rzeczy, której nie potrafiłabym zrobić z wykorzystaniem własnych rąk, stworzyć od nowa lub naprawić. Obie z córką uwielbiamy drewno, a Zuzia odziedziczyła te zdolności po mnie i po obu dziadkach. Przynajmniej raz w roku mamy kompletną zmianę wystroju mieszkania, przerabiając meble, np. ze skrzynek po jabłkach. Ostatnio ściągnęłyśmy z Polski 20 skrzynek po jabłkach, bo Zuzia wymyśliła sobie designerskie meble. I zrobiła od podstaw całkowicie nowe meble do swojego pokoju. Niezależnie od mojej pracy, Zuzi szkoły, pisania to my cały czas coś dłubiemy w rękach. To daje tyle satysfakcji!

M.W.: W takim razie życzę Ci miłego „dłubania”. I inspiracji do napisania kolejnych wciągających historii, jak w „Nefrytowej szpilce”.
J.M.: Dziękuję za miłą rozmowę i z niecierpliwością czekam reakcji czytelników na „Nefrytową szpilkę”.

Nefrytowa szpilka_okładka (2)

 

źródło: Gazeta Senior Wrocław/Dolny Śląsk, listopad-grudzień_2016

fot. Uwe Kallweit

Słowa kluczowe

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany