Tran i marmolada z buraków

Pożegnana niedawno na wieczność w wieku 102 lat Danuta Szaflarska była aktorką hołubioną w pamięci starszego pokolenia Polaków jako niezapomniana bohaterka dwóch pierwszych po wojnie, polskich filmów fabularnych. „Zakazane piosenki” i „Skarb” były obrazami odzwierciedlającymi świeże realia czasu.

Kadr z filmu "Skarb" w reżyserii Leonarda Buczkowskiego, 1948Kadr z filmu „Skarb” w reżyserii Leonarda Buczkowskiego, 1948

W jednym z ostatnich wywiadów prasowych aktorka zapytana, jakie ma wspomnienia z planu filmowego, odpowiedziała prostodusznie: można było tam codziennie najeść się do syta. I nie było w tym stwierdzeniu żadnej frywolności. Takie oto były realia owego czasu.
Kończy się druga wojna światowa na ziemiach polskich. Kraj jest zdewastowany. Rolnictwo w znikomym stopniu zaopatruje rynek w żywność, stara się być chociażby samowystarczalne. 5-7 hektarowe gospodarstwa rolne są mało wydajne produkcyjnie, a „wielka własność rolna” została rozparcelowana reformą rolną na małe działki. Wielkie połacie poniemieckiej ziemi na Ziemiach Zachodnich objęły Państwowe Gospodarstwa Rolne nieposiadające ani umaszynowienia, ani dostatecznej ilości rąk do pracy.
Moi rodzice mieszkali na wsi i aczkolwiek nie byli rolnikami, lecz urzędnikami, nie mieli większych problemów aprowizacyjnych, ale rodziny mieszkające w miastach cierpiały głód. Pamiętam mleko kupowane spod centryfugi (niewielka maszyna oddzielająca mleko i śmietanę), a ta śmietana potrząsana w butelce (zadanie – zabawa dla dzieci) – zamieniała się w masło. To była frajda!

Pracownicze stołówki

W miastach fabrycznyc, zanim uruchomiono produkcję, uruchamiano przede wszystkim stołówki pracownicze, co umożliwiało zaopatrzenie z nikłego strumienia dystrybucji państwowej oraz przyciągnięcie ludzi do konkretnego zakładu. Na Dolnym Śląsku jednym z takich miast była czterdziestotysięczna wówczas Świdnica. W mieście tym istniało dziesięć dużych fabryk zatrudniających docelowo trzydzieści tysięcy pracowników. Najprędzej powstała, bo jeszcze w 1945 roku stołówka Zakładów Drzewnych przy ul. Bystrzyckiej. Przy stołówce powstał też pierwszy w mieście sklep spożywczy, dostępny jedynie pracownikom zakładu. Kiedy w roku 1947 rozpoczęto odbudowę Zakładów Elektrotechniki Motoryzacyjnej, w hali produkcyjnej ogołoconej z maszyn ostała się jedyna prasa, na której Niemcy tłoczyli pokrywy min przeciwczołgowych. Właśnie tej prasy użyli pierwsi robotnicy do wyprodukowania misek dla, organizującej się wcześniej niż produkcja, stołówki pracowniczej. Z czasem stołówka rozrosła się do wydajności 1200 obiadów dziennie.

Towar reglamentowany

W Świdnickiej Fabryce Urządzeń Przemysłowych, Fabryce Wagonów, Szarparni Szmat (później „Siwela”), „Magnezytach” czy Cukrowni Świdnica, wszędzie powstawały stołówki równocześnie z odradzającym się życiem fabryk. Jednak najtrudniejszym do uzyskania towarem dla stołówkowych kuchni było mięso. Zatem fabryki świdnickie, jedna po drugiej, rozpoczęły własne hodowle świń. Zwierzęta były żywione zarówno na kupowanych paszach naturalnych, jak i „zlewkach kuchennych”. Zapobiegliwość ta była inspirowana przez władze polityczne. Któregoś roku dokonano konkursowej oceny staranności dyrektorów fabryk w zakresie prowadzenia hodowli przyzakładowych. Konkurs wygrała ferma Zakładów Wytwórczych Aparatury Pomiarowej („Liczniki”) z hodowlą czterdziestu tuczników rasy mięsno-słoninowej. Inne produkty rolne uzyskiwano ze „współpracy miasta ze wsią” (pamiętacie te hasła i plakaty?). W roku 1955 robotnicy tejże fabryki w liczbie 1218 osób w czasie wolnym od pracy pomogli rolnikom z Mysłakowic zebrać plony z 82 ha oraz wymłócić 120 ton zboża. Nietrudno było więc zaopatrzyć nieco stołówkę i hodowlę.
W intencji umniejszenia kłopotów zaopatrzeniowych w żywność przydzielano duże hektary fabrykom do podziału na pracownicze ogrody działkowe, których użytkownicy mogli mieć własne warzywa i owoce. Wspomniana fabryka liczników otrzymała 11 hektarów z przeznaczeniem na pracownicze ogrody działkowe, które fabryka oporządziła niezbędną infrastrukturą.

„Wsad do kotła”

Jak pamiętamy, posiłki w stołówkach zakładowych były tanie, bowiem konsument płacił jedynie za „wsad do kotła” (okropny żargon owego czasu, ale często używany w potocznym określeniu), czyli wartość użytego surowca, a reszta była kosztem firmy (eksploatacja, transport, personel). Jak sobie przypominam, za pierogi płaciło się 2,30 zł, a inne dania kosztowały w granicach 5-7 zł.
Potem, w miarę rozwoju gospodarki w powojennym państwie poznikały z fabryk świnie, następnie fabryki poznikały i stołówki razem z nimi. Pozostały jedynie wspomnienia oraz funkcjonująca do dzisiaj stołówka „Cukrowni Świdnica” w Pszennie z różnymi wersjami pierogów.
A na koniec z żalem pożegnaliśmy Danutę Szaflarską uosabiającą w naszych wspomnieniach lata margaryny „Ceres”, tranu obowiązkowo pitego w szkole łyżką przyniesioną z domu, kubka ciepłego mleka z bułką rozdawanego na korytarzu podczas dużej przerwy, wiecznie cerowanych skarpetek z wełny (innych nie było), pończoch podwiązywanych na udach czerwoną gumką od słoików, puszek duszonej słoniny smarowanej na chlebie, marmolady z buraków oraz kina objazdowego pokazującego na prześcieradle rozwieszonym w szkolnej świetlicy film „Skarb” z tą niezapomnianą aktorką.

autor: Andrzej Wasilewski

Źródło: Gazeta Senior 2017

Słowa kluczowe

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany