W ciszy najpiękniej słychać muzykę

Ikona polskiej piosenki. Miała pracować w hucie szkła, ale wypatrzył ją dyrygent opery w Poznaniu. Na całe szczęście dla wielu Polaków, którzy nie wyobrażają sobie „Walca Embarras” w innym wykonaniu.
Irena Santor, pomimo ukończonych 82 lat, nadal zachwyca śpiewem. I to na żywo, bo wciąż koncertuje. Opowiada o tym w rozmowie z Magdą Wieteską.

Irena SAntor_fot Ewa Modestowicz

Magda Wieteska: W 1948 r. zamieszkała Pani w Polanicy-Zdroju i tam właśnie poznała Zdzisława Górzyńskiego, ówczesnego dyrektora i dyrygenta opery w Poznaniu. To spotkanie zaowocowało początkiem Pani kariery muzycznej. Jak wspomina Pani tamto spotkanie, to pierwsze swoiste przesłuchanie muzyczne?
Irena Santor: To było najtrudniejsze przesłuchanie w moim życiu, tylko wówczas nie zdawałam sobie z tego sprawy. Górzyński był dla mnie człowiekiem Opatrznościowym. To on mi powiedział, że powinnam śpiewać, dał mi list polecający do Tadeusza Sygietyńskiego do Mazowsza. I to był właśnie mój początek. Górzyński – można powiedzieć – był moim muzycznym ojcem chrzestnym.

M.W.: Uczyła się Pani w Gimnazjum Zdobienia Szkła, a później w Zasadniczej Szkole Zawodowej Przemysłu Szklarskiego w Szczytnej. Skąd pomysł na naukę właśnie w takiej branży? Czy wiązała Pani wtedy, w okresie edukacji, swoją przyszłość ze wzornictwem szkła?
I.S.: Los tak chciał, że w okolicy nie było innej szkoły. Była szkoła podstawowa i Szkoła Zdobienia Szkła. Wszystkie inne szkoły zaczynały się dopiero od Kłodzka, a to było dość daleko. Wobec tego mama zdecydowała, że skończę właśnie to gimnazjum. Ale wtedy właśnie pojawił się Zdzisław Górzyński i odmienił cały mój los. Praca w hucie to nie byłoby dla mnie zdrowe zajęcie.

M.W.: Po raz pierwszy wystąpiła Pani bez zespołu Mazowsze w jubileuszowym 50. wydaniu audycji Zgaduj-Zgadula w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki. Jak zapamiętała Pani ten swój solowy muzyczny debiut?
I.S.: Rozpaczliwie. Nie byłam do takiego występu zupełnie przygotowana. Mazowsze to przecież muzyka ludowa. Muzyka rozrywkowa jest daleko od tego, co robiłam w Mazowszu, więc mojego pierwszego występu solo nie zaliczam do sukcesów, choć publiczność bardzo serdecznie mnie przyjęła.

M.W.: Pierwszego męża, Stanisława Santora, poznała Pani podczas pracy w Mazowszu. Pomimo późniejszego rozstania nadal się Państwo przyjaźniliście. To dość rzadkie… Proszę zdradzić receptę na przyjaźń z byłym mężem.
I.S.: Jeżeli przyjaźnimy się z kimś, to niezależnie od okoliczności przyjaźni nie zrywamy. Przyjaźń to znaczy więcej niż miłość.

M.W.: Nie sposób wyliczyć wszystkich Pani piosenek wydanych na pocztówkach muzycznych, płytach gramofonowych, kasetach, płytach CD. Nagrała Pani wiele przebojów, z którymi występuje Pani do dziś. Czy ma Pani swoją ulubioną piosenkę?
I.S.: Ktoś, kto uprawia ten zawód, zawsze liczy, że ta następna piosenka będzie tą jedną jedyną.

M.W.: Czy w Pani pamięci zapisał się jakiś szczególny występ, koncert?
I.S.: Pamiętam większość moich koncertów, to dziwne może, ale pamiętam. Nie przez to, że były takie najwspanialsze, ale przez to, że w każdym koncercie zdarza się coś, co jest niepowtarzalne, czego tak prosto nie można wytłumaczyć.

M.W.: Jest Pani chyba jedyną polską piosenkarką, która nie odeszła na muzyczną emeryturę, choć kilka lat temu zarzekała się Pani, że kończy występować na scenie. Zmieniła Pani jednak decyzję, dlaczego?
I.S.: Byłam zmęczona ilością występów, myśmy wtedy pracowali bardzo, bardzo dużo. Taka praca na akord nie służy sztuce. Więc odreagowałam parę lat i na zaproszenie Państwa – z czego jestem bardzo dumna – wróciłam „trochę” na scenę. Już nie na akord.

M.W.: Proszę opowiedzieć, jak się Pani przygotowuje się do koncertów i w jaki sposób później odpoczywa.
I.S.: Prawda, że dzisiaj już trochę dłużej odpoczywam po koncercie, ale do każdego koncertu i kiedyś i dziś przygotowuję się tak samo rzetelnie.

M.W.: Irena Santor to niezaprzeczalna klasa. W dziedzinie muzyki, stylu życia, publicznego wizerunku. Zapytam po kobiecemu – jak Pani dba o urodę?
I.S.: To mnie trochę odróżnia od wielu kobiet, że nigdy nie uważałam się za osobę ładną. W związku z tym nie byłam zobowiązana do nadmiernego dbania o urodę. Staram się wysypiać, staram się nie brać udziału w rozrywkowym życiu, bo wtedy trzeba zawsze dużo i głośno mówić, a tego struny głosowe nie lubią. Tak naprawdę to ja jestem domowy człowiek i lubię ciszę. W ciszy najpiękniej słyszy się muzykę.

M.W.: Przeszła Pani bolesne doświadczenia w związku z nowotworem piersi i od tamtej pory jest Pani propagatorką regularnych badań mammograficznych i cytologicznych. Co pomogło Pani w wyjściu z choroby?
I.S.: Myślę, że dyscyplina – to raz. Lekarze, których słuchałam jak wyroczni. I moje otoczenie, które duchowo bardzo mnie wspierało, a to jest siła, której nie wolno przeoczyć i lekceważyć.

M.W.: 2 kwietnia odbędzie się we Wrocławiu Pani recital. Jakie utwory usłyszymy na koncercie?
I.S.: Te, które są teraz w moim repertuarze. Dość często modyfikuję swój koncertowy program, wracam do starszych piosenek i śpiewam te najnowsze z moich ostatnich płyt.

M.W.: Czy Irena Santor ma niezrealizowane dotąd marzenia?
I.S.: Ach, no bardzo dużo niezrealizowanych marzeń! I to jest piękne! Dlatego muszę bardzo długo żyć, bo nie ma nic piękniejszego niż bycie na ziemi, życie!

źródło: Gazeta Senior Wrocław/Dolny Śląsk, wyd. 2.2017 r.

Irena Santor_GS_wyd. WRO_2.2017_v1

fot. Ewa Modestowicz

Słowa kluczowe
Nowszy artykuł
Starszy artykuł

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany