W domu nie żartuję

W domu nie żartuję

Sobotnie przedpołudnie, piękna słoneczna pogoda na wrocławskim Rynku, cień parasoli słynnej kawiarni „Literatka”… Urocza, dowcipna rozmowa z Panem Stanisławem Szelcem, jak mówi o sobie – człowiekiem w wieku pomaturalnym. Członek Kabaretu Elita, który swoją karierę zaczynał w legendarnym teatrze Kalambur, słuchaczom Radia Wrocław znanym z radiowej wersji Kabaretu Elita, czyli Studia 202, które w tym roku będzie obchodziło swoją 60. rocznicę powstania.

Linda Matus.: Czy Pana poczucie humoru wyostrza się z wiekiem?

Stanisław Szelc: Mam opinię człowieka dowcipnego, ale nie złośliwego, choć moja żona twierdzi, że bardziej ponurego faceta nie poznała w życiu. W domu raczej nie żartuję. Zresztą śmieszyłoby mnie, gdyby szewc przychodząc do domu, dla odprężenia robił buty. Prywatnie wolę czytać, sporo czytam. Oglądam telewizję, radia słucham w samochodzie, choć głównie płyt. W moim przekonaniu stacje radiowe zmieniły się na niekorzyść, zasadzają się na krótkich newsach i koszmarnej muzyce… to nie jest muzyka mojego pokolenia, choć swoje radio, wrocławskie z sentymentu bardzo lubię. Z tym poczuciem humoru jest różnie. Niektórzy moi przyjaciele uważają, że jestem dowcipny i mam zawsze gotową puentę, ale w gruncie rzeczy poczucie humoru jest konsekwencją umiejętności słuchania ludzi i przetwarzania tego. Czasem mam wyrzuty sumienia, czy aby za bardzo nie korzystam z tego, co mi ludzie opowiadają. Polacy są bardzo dowcipni. Nie mamy, co prawda, poczucia humoru na własny temat, ale to jest chyba przyrodzona cecha Słowian. Mam przyjaciół Rosjan, którzy opowiadają mi fenomenalne dowcipy o sobie, ale bardzo nie lubią, kiedy ja im je opowiadam.

L.M.: Kabaret Elita jest kabaretem literackim, dziś takich kabaretów nie ma już wiele. Scena kabaretowa zmieniła się na przestrzeni lat, jak Pan postrzega młodszych kolegów po fachu?

S.Sz.: Drażni mnie, kiedy ktoś mówi, że to co się dzieje w parlamencie, to jest kabaret. Ja sobie wypraszam, kabaret to jest bardzo poważne przedsięwzięcie. Cytując mądrego biskupa Krasickiego, że śmiech może być nauką. Dlatego w kwestii młodych kabaretów, choć mam świadomość, że młodość może się mylić, to nie lubię przebieranek i łopatologicznego wkładania do głowy prawd objawionych. Ale mam w tej średniej młodości swoich faworytów, to Robert Górski, kabaret Mumio. To są ludzie po pierwsze bardzo zdolni, po drugie szukają nowych form, to jest fajne. Jeżeli chodzi o tzw. stand-up, to moi ulubieńcy w większości są w średnim wieku. Fantastyczny facet Andrzej Poniedzielski, który mnie fascynuje, ponieważ czerpie natchnienie z obuwia. Zawsze mówi z takim smutkiem i patrzy w buty, widocznie czerpiąc z nich natchnienie. Artur Andrus jest bardzo zdolnym człowiekiem z ogromnym wdziękiem. Marysia Czubaszek, która odeszła, to była nieprawdopodobna osoba. No i wielki Krzysztof Daukszewicz, którego mam zaszczyt być przyjacielem. Zjawiskiem samym w sobie jest Alosza Awdiejew. Do tego Profesor, prawdziwy…

L.M.: Czy kabaret literacki skazany jest na publiczność w wieku senioralnym, czy młodzi potrafią znaleźć tu coś dla siebie?

S. Sz.: Kiedyś po występie podeszła do mnie ładna dziewczyna, poprosiła o autograf i chciała sobie zrobić ze mną zdjęcie. Mówię do niej, żeby wybrała jakiś ładniejszy obiekt, ona, że nie i na koniec dodała: „Ale powiem Panu… babcia pana uwielbia”. Niejednokrotnie ze zdumieniem obserwujemy, że młodzież, ta inteligenta, łowi nasze żarty. Młodzi ludzie dokładnie obserwują, co się dzieje i, jak to się mówi, „kumają”. Mało się dzisiaj nimi interesujemy, takie odnoszę wrażenie, stąd też pojawiają się różne skrajne ruchy. Czują się zagubieni, ale ja ich rozumiem i im współczuję.

L.M.: W czasach kiedy żyje się od projektu do projektu, Kabaret Elita obchodzi kolejne imponujące jubileusze pracy artystycznej. Jaki mają Panowie patent na trudną, twórczą, wieloletnią współpracę?

S. Sz.: Po pierwsze, poza sprawami zawodowymi, mało spędzać ze sobą czasu. Po drugie, brutalna prawda, ale prawda, wiele lat temu ustaliliśmy jasne warunki finansowe. Wiele grup rozpadło się przez pieniądze. Jeszcze jak żył Andrzej Waligórski, to miał na nas naturalny, dobry wpływ, potrafił nas w niezwykle delikatny sposób dyscyplinować.

L.M.: Dla przypomnienia: Kabaret Elita to estradowa wersja kabaretu, a Studio 202 to radiowa wersja Kabaretu Elita. Przez Kabaret Elita i Studio 202 przewinęło się mnóstwo ciekawych osobowości…

S.Sz.: Dziś zostało nas trzech, trzymamy się razem: Jurek Skoczylas, Leszek Niedzielski i ja. Jestem starszy od Niedzielskiego o tydzień, co on mi zawsze wyrzuca, bo posyłam go do załatwiania różnych spraw. Wszyscy jesteśmy emerytami, ale jeszcze nas to radio chce i chcą nas słuchacze. W tym roku będziemy obchodzić 60-lecie Studia 202, które powstało na fali odwilży w 1956 r., założone przez Andrzeja Waligórskiego i Ewę Szymańską. Andrzej miał ogromne poczucie humoru. Kiedyś przyszedł do redakcji uradowany. Pytamy, co się stało? Odpowiada: dziadkiem zostałem. A co się urodziło? Nie wiem, jeszcze nie odwijaliśmy. Miał też taką przypadłość, o której wiedział, kładł dowcipy jemu opowiedziane. Nigdy mu się nie zgadzała puenta. Potem doszedł Jurek Dębski, Jan Kaczmarek, Włodek Laskota, Jurek Skoczylas, Leszek Niedzielski i na końcu ja. Oni w Elicie niespecjalnie za mną przepadali, ponieważ przez długie lata byłem członkiem teatru Kalambur. Był taki legendarny teatr studencki, który dokonał paru fajnych rzeczy, między innymi prapremierę „Szewców” Witkacego. A nie lubili mnie, bo Kalambur regularnie wygrywał „Famę” z kabaretem Elita, ale zlitowali się nade mną, kiedy w 1982 roku wyrzucili mnie i Ewę z radia. Co sobie poczytuję za wielki zaszczyt, gdyż de facto nie miałem wtedy z czego żyć. Oni mnie wtedy z litości wzięli ze sobą w trasę, a ja bardzo i pokornie się starałem Im podlizać. Opłaciło się!

L.M.: Jak Pan trafił do tego ruchu artystycznego?

S.Sz.: Zdawałem, z powodzeniem do szkoły aktorskiej, ale jak się dowiedziała o tym moja mama, to usłyszałem: Nigdy w życiu! Wiesz, jakie to jest towarzystwo…. Tak więc mama zdecydowała, że aktorem nie będę! Gdy przyjechałem na uczelnię do Wrocławia, zostały już tylko miejsca na historii, polonistyce i rusycystyce. Zrobiłem trzy kulki dla każdej dziedziny i wyciągnąłem polonistykę. A w związku z tym, że prowadziłem intensywne życie towarzyskie, to studiowałem 10 lat. W międzyczasie zatrudniłem się jako palacz centralnego ogrzewania w teatrze Kalambur. Palaczem byłem słabym i chyba z tego niedogrzania zaproszono mnie do tego towarzystwa. Studia skończyłem tylko dlatego, że profesor Herman (kochany człowiek) zaczepił mnie kiedyś pod Kalamburem i powiedział: Panie Stanisławie, błagam pana, niech pan zrobi już ten dyplom, bo wydział tego nie wytrzyma. No to zrobiłem…

L.M.: Nagrody, jubileusze – potrzebne czy zbędne?

S. Sz.: My to traktujemy poważnie, mimo, że nie jest to gala orderowa. Zawsze byliśmy także ambasadorami kultury wrocławskiej i to na całym świecie, a zwiedziliśmy prawie cały świat, oprócz Japonii.

L.M.: Życie estradowe to także okazja do podróży. Czy jest takie miejsce, do którego chciałby Pan wrócić?

S.Sz.: Byłem dwukrotnie w Afryce i tęsknię za nią. Tylko, że nie lubię latać, bo się boję czując się w samolocie jak sardynka. Ja do tej pory nie wierzę, że to się odrywa od ziemi, ale do Afryki jeszcze bym się zdecydował polecieć. Urzekły mnie: zapach, fenomenalny klimat i te majestatyczne zwierzęta. Poza tym właśnie w Afryce widziałem najpiękniejszych ludzi na świecie. Piękne dziewczyny, czarne jak heban, ale tak niesamowicie poruszające się. Nie mogłem od nich oczu oderwać, aczkolwiek najbardziej lubię swoją żonę. Afryka to kontynent najpiękniejszych ludzi na świecie.

L.M.: Wciąż jest Pan bardzo aktywny zawodowo: pisze, tworzy program w radiu. Czy myśli Pan, że przyjdzie taki czas, aby się usunąć w cień?

S.Sz.: Na razie nie mam takiego planu, i nawet się bronię przed nim. Jeszcze mam na tyle sił witalnych, że chcę coś robić. Tu, w „Literatce”, gdzie rozmawiamy, prowadzimy nieformalny klub zrzeszający inteligentów, poetów, wariatów… Mam dar przyciągania wariatów. Wydawaliśmy także gazetę pt.: „Jak rzyć?” To poznaniacy będą wiedzieli, o co chodzi. Bezlitośnie wyśmiewała się z otaczającej nas rzeczywistości. To wiekopomne dzieło zamierzamy kontynuować.

L.M.: Jakie ma Pan plany na najbliższą przyszłość?

S.Sz.: Teraz przygotowuję się do wywiadu rzeki. Tak sobie pomyślałem, że tam będzie wiele szczerych rzeczy, bo ja jestem szczery. No, prawie… Będzie również dużo konfabulacji, bo w takim wieku często jest tak, że człowiek przytacza fakty, które go zupełnie nie dotyczą.

L.M.: Co Pan myśli o starości, o swojej starości?

S.Sz.: Wiek sędziwy ma taką dobrą cechę, że o wielu rzeczach się już nie pamięta i to jest urocze. Zmęczenie materiału już występuje, ale chodzę z kijkami, chudnę. Mam jeszcze dwie starsze siostry. Moja starsza 92-letnia siostra zamęcza mnie tym matkowaniem. Ja jej tłumaczę, że jestem już po maturze, ale ona swoje… co z tymi twoimi nogami, Jezus Maria. A ja dodzwonić się do niej mogę, bo np. trawę kosi. W czasie ulewy! No, ale my jesteśmy Sybiracy…

źródło: „Gazeta Senior” Wrocław/Dolny Śląsk, wyd. maj-czerwiec 2016

Słowa kluczowe

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany