Wakacje z niestarzejącymi się książkami

Wakacje z niestarzejącymi się książkami

Zbliżające się lato coraz bardziej kusi nas swoimi obietnicami, zaprasza do bogato zastawionego stołu urlopowych atrakcji. Zapewne chcemy odpoczywać zdrowo, a więc aktywnie, biegając za piłką w gronie przyjaciół lub samotnie – w głąb pejzażu, prując fale piórem wiosła lub dłonią pływaka. Zapewne chcemy też odpoczywać mądrze. By tak było – musimy zadbać o wszystkie wymiary człowieczeństwa, nie tylko o ciało. Mądry, regenerujący się fizycznie urlopowicz, zatroszczy się także o swój intelekt. Z nieogarnionej oferty dzieł wybierze sobie kilka wartościowych pozycji, które – w wersji elektronicznej – nawet nie obciążą plecaka. Program minimum szanującego swój umysł wczasowicza to dwie książki na lipiec i tyleż samo na sierpień. Warto sięgnąć po niestarzejące się skarby z bibliotecznych półek.

Szkice piórkiem

„Słońce, kwitną tysiące róż. Gdzieś z bardzo daleka dolatywały grzmoty. Może artyleria, może bombardowanie. Stanąłem przy jednym z krzaków (…). Jakiś huk zabrzmiał głośniej niż inne i w tym momencie rozkwitła, biała róża osypała się cicho na ziemię” – wystarczyłoby cytować fragment za fragmentem i zachwycać się świeżością artyzmu, przenikliwością umysłu, zamiłowaniem do konkretu Andrzeja Bobkowskiego (1913–1961) – walorami udokumentowanymi w jego Szkicach piórkiem (1957).

Zdeklarowany antykomunista Bobkowski przez dekady PRL-u był pisarzem wyklętym, stąd też jego najważniejsza książka, arcydzieło diarystyki światowej, nie należy do utworów powszechnie znanych nad Wisłą. Szkice piórkiem to przygoda czytelnicza dla twardzieli, ponieważ głosi cierpkie prawdy o nas jako nacji. To książka o polskości, ale nie o tej, której patronuje wymachiwanie szabelką, rzucanie się z butelkami na czołgi – o polskości niepopularnej: akcentującej przede wszystkim dobro własnego państwa i narodu, kultywującej przedsiębiorczość, patriotyzm zdroworozsądkowy.

Dziennik Bobkowskiego to panoramiczny obraz lwiej części II wojny światowej (20 V 1940–25 VIII 1944), wykreowany przez kosmoPolaka (w 1948 pisarz wyemigrował do Gwatemali) rozczarowanego „słodką Francją”, czułego na zapachy, smaki, kolory, dźwięki, dotyk dostępnego nam zmysłami życia, wygładzonego światłem rozumu, przyprawionego szczyptą liryzmu.

Ocalił mnie kowal

Pogodny utwór o Holokauście, bodaj jedyny taki w literaturze polskiej, niepodkopujący wiary w człowieka, z przekazem nie na rękę wszystkim tym, którzy hołdują przeinaczeniom historii w produkcjach typu Pokłosie, cedujących winę za eksterminację Żydów z Niemców na Polaków: „Postawiono przede mną miskę gorącego mleka i dymiące ziemniaki… Jadłam… Tam, w getcie mówili: Tu śmierć i tam śmierć – nie zbiegniesz od śmierci, po stronie aryjskiej Polacy wydadzą cię prędzej Niemcom…. A wzięli mnie, obcą, nieznajomą, posadzili za stołem, nakarmili chlebem i mlekiem – moją śmierć wzięli na swoje głowy…”.

W zacytowanej wyżej we fragmencie autobiograficznej powieści Ocalił mnie kowal (1956) Izabela Czajka-Stachowicz (1893–1969) zdaje relację ze swego ocalenia. Jest to świadectwo pierwszej próby literackiej, skrzące się dyskretnym humorem albo raczej radością z zachowania życia w czasach, kiedy nim gardzono. Utwór Czajki-Stachowicz to opowieść z happy endem o Zagładzie. Mimo wzmianek o szmalcownikach, mimo sygnałów o grozie Majdanka, Pawiaka. Autorka potwierdza istnienie prawych, odważnych, prostych jak zdrowa kultura chłopska ludzi – Danusi, Mariana z Dobrzyńca – Polaków, którzy uchronili ją przed losem zgotowanym członkom narodu wybranego przez narodowych socjalistów.

Pułkownik Kwiatkowski albo dziura w suficie

Wakacje bez żołnierzy wyklętych to wakacje stracone. Poza tym sierpień, kiedy wracamy pamięcią do bohaterów powstańczych barykad, sprzyja refleksji historycznej. Jeśli zatem, będąc na urlopie, nie mamy ochoty rozdrapywać ran narodowych, ale chcemy pozostać w nurcie obchodów rocznic, możemy sięgnąć po powieść akowca, powstańca warszawskiego Jerzego Stefana Stawińskiego (1921–2010) Pułkownik Kwiatkowski albo dziura w suficie (1996). Wspomniana pozycja to ewenement w naszej literaturze, gdyż to jedyny utwór prozatorski, spośród kilkudziesięciu znanych autorowi tego artykułu, ukazujący wątek antykomunistycznego podziemia w konwencji humorystycznej (tragikomicznej). Takie cuda: iluzja szczęśliwego zakończenia, unikatowa aura ostrożnego optymizmu – zdarzają się, ale tylko w dziele, którego bohater tytułowy, ginekolog w stopniu kapitana, podając się za wiceministra tzw. bezpieczeństwa publicznego, potrafi przekonać bezlitosnego Mieczysława Demko-Moczara do wypuszczenia z przeładowanego łódzkiego więzienia na Sterlinga połowy aresztantów – „wrogów ludu”.

Lektura powieści Stawińskiego, napisanej na kanwie scenariusza filmowego, to także okazja do skonfrontowania wersji literackiej dzieła z jego ekranizacją, dokonaną w 1995 r. przez „zawróconego” Kazimierza Kutza, w PRL-u wzorcowo zwalczającego żołnierzy wyklętych (Znikąd donikąd, 1975).

Wojtek z armii Andersa

Maryna Miklaszewska (ur. 1947), pracując nad swoją rozległą, rozlewną epicko powieścią Wojtek z armii Andersa (2007), wykonała gigantyczną robotę biblioteczną, przekopała się przez archiwa, dokumenty, opracowania naukowe i beletryzowane, ba, dotarła nawet do świadków opisywanych wydarzeń. Realia epoki zrekonstruowała zatem precyzyjnie i z pietyzmem; uchwyciła klimat przedstawionych wydarzeń i to nie tylko w dosłownym rozumieniu tego słowa – geograficzny (mrozy Rosji, pustynie Iraku, lasy Szkocji), bo także polityczny (Poles go home! – napis pojawiający się na murach Londynu po zakończeniu II wojny światowej), społeczny (zróżnicowanie armii Andersa), militarny (marki wojskowych wozów transportowych, nazwy broni). Sięgając na urlopie po książkę Miklaszewskiej, poznamy wojenne losy fikcyjnych i historycznych żołnierzy 2. Korpusu, w tym jego wyjątkowego żołnierza, Wojtka – oswojonego niedźwiedzia, który podczas walk o Monte Cassino nosił skrzynki z amunicją, zaś w wolnych chwilach równie chętnie jak jego opiekunowie opróżniał z gwinta butelki z piwem.

Powieść Wojtek z armii Andersa nie jest jedynie pasjonującą lekturą czy przyzwoitym czytadłem – jest książką mającą wszelkie atuty (II wojna światowa, sympatyczni bohaterowie, inteligentne zwierzę i miłość – skąd my to znamy?) ku temu, by stać się wizualnym podręcznikiem niezakłamanej, tragicznej i chlubnej przeszłości polskich patriotów – pod warunkiem, że w IV RP znajdzie się filmowiec zainteresowany nakręceniem serialu alternatywnego względem wiadomo jakiej superprodukcji (wspaniałej, lecz zafałszowanej), uwzględniającego wreszcie prawdę historyczną i polską rację stanu; serialu o roboczym tytule Sześciu andersowców i miś.

Źródło: Portal Pch24. pl / Mariusz Solecki
fot. Pixabay

Słowa kluczowe

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany