Wielkanoce Seniora

Kwitnąca forsycja ma urok szczególny. W sposób jaskrawy wpisuje się bowiem w wiosenny optymizm, obwieszczając, że zima się skończyła i nadchodzi bliskość świąt Wielkanocy. Kiedy zakwitnie forsycja, na niebie można czasem zobaczyć bociany szybujące rozległym kręgiem na dużej wysokości. Majestatycznie, powoli, z rozpostartymi i nieruchomymi skrzydłami kołują na bezchmurnym, błękitnym niebie. Cztery – pięć ptaków zatacza wielkie kręgi. Wypatrują Wielkanocy, która jest tuż – tuż?

7e7005bd-dcd7-4a0c-bf9a-5c309b260739

Wielkanoc ma różne oblicza dla różnych pokoleń Polaków. Inny miała obraz, gdy byliśmy małymi dziećmi, inny gdy byliśmy rodzicami małych dzieci, inny był dla nas obraz tego święta, kiedy nasze dzieci dopiero co wyszły z domu jako samodzielni dorośli ludzie, inne barwy emocjonalne dochodziły do głosu, kiedy odwiedzały nas małe wnuczęta ze swoimi rodzicami, inny jest też obraz tych samych świąt, jeśli spędzamy je z różnych powodów samotnie, co dotyka wielu starszych stażem emerytów. Nie mówię tutaj, oczywiście, o obrazie mistyczno-religijnym. Mówię o obrazie emocjonalnym i organizacyjnym celebracji w kontekście akcentów emocjonalnych. O całej otoczce zabiegów rodzinnych nadających temu świętowaniu jego indywidualną wyjątkowość w naszym przeżywaniu. Wszak to wspólne spędzanie świąt i uroczystości rodzinnych w ciągu roku jest filarami klimatów rodzinności podtrzymującymi więzi, umacniającymi poczucie rodzinnej wspólnoty, osią jednoczenia emocjonalnego i uczuciowego. Jedynie szczegóły oprawy rytuałów są zmienne w czasie.

Świeże i pachnące wędzarnią

W latach pięćdziesiątych, czasie mojego starszego dzieciństwa, społeczeństwo polskie było silnie związane z wiejskimi warunkami życia. Siedemdziesiąt pięć procent Polaków było mieszkańcami wsi, a w miastach personalne straty wojenne wyrównywała także ludność ze wsi oparta o „wspomaganie” rodziny, z której wyszła. Tradycje wielkanocne opierały się zatem w zasadzie o model gospodarki wiejskiej. Jajek będących rytualną osią tych świąt, na Wielkanoc nie kupowało się. Były w znacznej ilości w zasięgu ręki. Szynek i kiełbas na stół wielkanocny nie kupowało się w sklepach, lecz „u gospodarza”, jeśli nie było własnych. Były świeże, pachnące wędzarnią, bez konserwantów i „polepszaczy smaku”. Wisiały na strychu połaciami i cały strych ekscytująco pachniał Wielkanocą. Nasze matki piekły ciasta – głównie babki. Małe i wielkie, lukrowane i „suche”, które albo piekło się w domu, albo nosiło do stosownego pieca w piekarni. Przez tydzień albo dwa cały dom tętnił w rytm przygotowań świątecznych, rozmów na ten temat, prac z tym związanych. Rano cała rodzina odświętnie ubrana szła razem do kościoła, potem było uroczyste śniadanie, po którym dorośli odprawiali swoje rytuały towarzyskie na bazie samogonu, a my, dzieci z różnych podwórek bawiliśmy się razem w gry i zabawy podwórkowe, walcząc, kto zgarnie więcej pisanek, wcześniej własnoręcznie wykonywanych.

Do anonimowych blokowisk

A potem lata siedemdziesiąte, czas wielkiej migracji ze wsi do rozbudowujących się gwałtownie miast. Czas powstawania nowych społeczności lokalnych w zupełnie innym modelu funkcjonowania, modyfikowania się stereotypów kulturowych do nowych warunków – zamieszkania blokowego, anonimowości mieszkańców osiedla względem siebie powodującej poczucie jednostkowej odrębności każdego lokatora – czas ten wyprał wiele elementów dawnego towarzyskiego przeżywania obyczajowych rytuałów wielkanocnych. Wśród naszych dzieci przede wszystkim. Dzieci z wioskowych podwórek przeniosły się pod trzepak koło blokowego śmietnika, a tutaj było, goło, betonowo, pusto i zupełnie inne normy obcowania. A jeżeli na Wielkanoc dzieci te jechały na dwa dni do babci, to było to świętowanie raczej dorosłych niż dawniejsza dziecięca radocha podwórkowego luzu. One były teraz na tych podwórkach obce, przyjezdne okolicznościowo, nie u siebie. Coraz mniej pachnący wędzarnią stawał się świąteczny stół. „Dyngus”, zabawa dorosłych, dawniej umiarkowany i raczej symboliczny, bo w razie przekroczenia miary wiadomo było, komu się poskarżyć, w miastach z powodu anonimowości wykonawców zdegenerował się, przekształcając w coraz bardziej chamską, uliczną zabawę nieznanych nastolatków.

Z dziećmi i wnukami

A później, w dalszym biegu naszego, teraz już senioralnego życia święta zaczęły być terenem cichych zmagań o przyciągnięcie do naszego stołu dobrze dorosłych dzieci zajętych kształtowaniem własnego życia rodzinnego. Robimy różne podchody, aby im się chciało jechać z małymi dziećmi trzysta kilometrów i pojutrze znowu wracać trzysta, szantażując ich różnymi hasłami o konsolidacji życia rodzinnego. Albo przy pomocy różnych wybiegów tak wszystko organizujemy, że święta u nas (rodziców) to sprawa najzupełniej oczywista (co niekiedy bardziej bywa potrzebne mamusiom niż tym dzieciom). Zdumienie, ale bez komentarzy, wzbudziła znajoma, która do córki pytającej tonem oczywistości: „To na święta, mamo, przychodzimy do ciebie, tak?”, odpowiedziała: „O nie, córeczko. Założyłaś rodzinę, masz dzieci i twoim obowiązkiem jest dać dzieciom na drogę życia świąteczne wspominania rytuałów świątecznych ich domu rodzinnego, a nie domu babci”.
Są rodziny, gdzie na święta idzie się do rodziców w sposób zupełnie naturalny, ale są i takie, gdzie na święta zaprasza się rodziców obojga małżonków (bo warunki mieszkaniowe na to pozwalają). Myślę, że dzieci z tych pierwszych rodzin pozbawione są jednak w swoim wzrastaniu klimatów tworzenia świąt (brak uczestnictwa w procesie ich przygotowywania) i one, jako dorośli ludzie, traktują święta z formalną powierzchownością, co obserwuje się nie tak znowu rzadko w małżeństwach trzydziestoparolatków. Specyfika emocjonalnej indywidualności tych świąt wydaje się słabnąć w części młodego pokolenia. Babka z cukierni, pisanki plastikowe z innego marketu, szynka – „ plasterki” z marketu, taca przekąsek garmażeryjnych z cateringu, jedynie biała kiełbasa ugrzana we własnej kuchni i standardowa święconka jako dekoracja symbolizująca charakter zastawionego stołu. Inne czasy, inna obyczajność, inne klimaty.

Solo lub na wczasach

Są także seniorzy, którzy nie mają z kim świętować. Z różnych przyczyn. Czasem celebrują solo uroczyste śniadanie wielkanocne, innym się już nie chce udawać, że świętują, skoro przecież nie świętują, jeszcze inni jako rytuał świąteczny traktują wyłącznie udział we mszy świętej, kolejni fundują sobie wczasy świąteczne, żeby nie być w tym czasie samemu. Ostatnio spotkałem się z zapraszaniem przez towarzyską koleżankę innych koleżanek „solówek” na wspólne, świąteczne śniadanie. Żeby nie być samą w dzień świąteczny i mieć poczucie autentycznej uroczystości wespół z innymi.
Rozległy jest świąteczny pejzaż świata emerytów, różne ma konfiguracje i krajobrazy emocjonalne. Tak, jak różne są nasze wspomnienia świątecznych wzruszeń z przeszłości.
A Ty, Czytelniku, w jakim miejscu tego świata jesteś?

Andrzej Wasilewski

fot. Fotolia.

Słowa kluczowe

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany