Wyjątkowi ludzie, wyjątkowe osiedle

Wyjątkowi ludzie, wyjątkowe osiedle

Kwartały ponad stuletnich kamienic. Zamiast supermarketów i centrów usługowo-handlowych – sklepiki, kawiarenki, rodzinne zakłady. Relacje między ludźmi tak bliskie i specyficzne jak w czasach powojennych. Dopiero pędzące ulicami samochody przypominają, że to centrum dużego miasta, XXI wiek. Wrocławskie Nadodrze. O tych, którzy czynią to miejsce tak unikalnym i pomagają zachować ten niezwykły klimat opowiedział mi pan Jerzy Sznerch, przewodniczący Rady Osiedla Nadodrze.

 

 

Ewelina Kodzis: Mówi się, że Nadodrze to miejsce szczególne na mapie Wrocławia. A czy seniorzy też są tu wyjątkowi?
Jerzy Sznerch: Nasi seniorzy żyją tym osiedlem. Są niezwykle aktywni, zarówno jeśli chodzi o sprawy okolicy, Nadodrza, jak i o działalność naszego klubu seniora. Wydaję lokalne czasopismo, obecnie to kwartalnik, ale kiedyś był miesięcznikiem. W 2008 roku zamieściłem tam informację, że mam zamiar utworzyć klub seniora przy Radzie Osiedla Nadodrze. Oprócz tego pomogli mi księża – mamy tu trzy kościoły i z ambony każdego z nich można było usłyszeć o klubie. Na pierwsze spotkanie klubu seniora przyszło 12 osób. Prawie sami znajomi. Ale na tym osiedlu trudno się nie znać… Jako pierwsza zgłosiła się nauczycielka z miejscowego przedszkola. Wszyscy ją tu znają. Ba, ja sam swoje dzieci posyłałem do tego przedszkola właśnie! Nadodrze to nie jest osiedle gdzie nie wiadomo kto mieszka kilka pięter wyżej, ludzie nie są tu anonimowi, znają się. I dzięki temu wieść o mojej inicjatywie tak dobrze się rozprzestrzeniała, znajomi zapraszali znajomych… Klub działa od pięciu lat.

Anna German – dziewczyna z Nadodrza
E.K.: Na Nadodrzu mieszkało wiele słynnych osobistości. Jedną z nich była Anna German, piosenkarka. Wielu mieszkańców pewnie jeszcze ją pamięta jako dziewczynę z sąsiedztwa?
J.Sz.: Pamiętają. Niedawno przy dużym udziale seniorów właśnie udało się uzbierać ok. 450 podpisów i doprowadzić do tego, że Anna German została patronką ronda przy skrzyżowaniu ulic: Jedności Narodowej, Kilińskiego i Niemcewicza. Piosenkarka przez kilkanaście lat mieszkała przy ul. Trzebnickiej 5. Na kamienicy widnieje tabliczka upamiętniająca German, ale to było zdecydowanie za mało. Teraz będzie wyraźniejszy ślad. A i nasi mieszkańcy mogą być dumni z tego, że wykazali się inicjatywą.

Anna German, „Biały Anioł” i „Słowik Neapolu”, jak nazywała ją publiczność, urodziła się 14 lutego 1936 r. w Uzbekistanie. Jej matka pochodziła z holenderskiej, a ojciec z niemieckiej rodziny. Do Polski – najpierw do Nowej Rudy, a później do Wrocławia – przeprowadziła się będąc jeszcze dzieckiem. W latach 1949 – 1967 mieszkała w kamienicy przy ul. Trzebnickiej 5/15, niedaleko placu św. Macieja. To we Wrocławiu chodziła do liceum, to we Wrocławiu z wyróżnieniem ukończyła studia. Tu poznała swojego przyszłego męża. I to właśnie we Wrocławiu, w teatrze Kalambur, zadebiutowała jako piosenkarka. Jej kariera potoczyła się szybko – już kilka lat później śpiewała na największych estradach, w siedmiu językach i dla publiczności czterech kontynentów.
Los często wystawiał ją na ciężkie próby. Jej ojciec został rozstrzelany w 1938 r. przez NKWD. W 1940 r. jej brat zmarł na szkarlatynę. Ojczym, oficer Ludowego Wojska Polskiego, w 1943 r. zginął na wojnie. Z czasem zdawać się mogło, że zła passa ją opuściła. Niestety w 1967 r. German uległa ciężkiemu wypadkowi samochodowemu, po którym dochodziła do zdrowia przez 3 lata. Wróciła na scenę w początku lat 70. Niebawem życie postanowiło doświadczyć ją jeszcze okrutniej: zdiagnozowano u niej chorobę nowotworową. Odeszła w nocy z 25 na 26 sierpnia 1982 r. Publiczność na zawsze zapamięta jej wspaniały głos i przeboje takie jak „Tańczące Eurydyki”, „Bal u Posejdona” czy „Człowieczy los”.

Skarbonka w ogrodzie
E.K.: Nadodrze pamięta o swojej przeszłości i z nadzieją patrzy w przyszłość – remonty kamienic, inicjatywy kulturotwórcze i duże zainteresowanie samym osiedlem pozwalają wierzyć, że ten obszar ma duże szanse na pełną rewitalizację. Jednak wiem, że mieszkańcy biorą też sprawy w swoje ręce i starają się żyć jak najlepiej tu i teraz, a nie czekając na „lepsze jutro”?
J.Sz.: To prawda. Niebawem nawet odbędzie się u nas taka drobna uroczystość – wręczenie nagród, pięknych wydawnictw książkowych, i dyplomów osobom, które zadbały o upiększenie okolicy, np. mają ukwiecony balkon lub ogródek. Wśród osób nagrodzonych będą seniorzy z naszego klubu. Ja sam przygotowywałem dokumentację fotograficzną zgłaszanych miejsc. Było kilkadziesiąt kandydatur. Zwycięzcy zaklinają się, że oni nie potrzebują nagród, że robią to dla siebie od wielu, wielu lat… Ale prawda jest taka, że korzystamy z tego wszyscy, dlatego należy to docenić, uhonorować. Seniorzy mają więcej wolnego czasu, to prawda, ale tutaj potrzeba czegoś więcej: zapału, energii, chęci, by coś zmieniać na lepsze. Jeśli tego nie będzie, żadna ilość wolnego czasu nic nie da. A u nas wiele osób np. samodzielnie organizuje ogródki. Czasami, w imieniu Rady Osiedla pomagam – a to załatwię trochę ziemi od Zarządu Zieleni Miejskiej, a to coś doradzę. Ale całą pracę wykonują mieszkańcy. Jedna z seniorek postanowiła namówić do pracy przy zazielenianiu okolicy swoich sąsiadów. Udało się. Pewien lokator nie był w stanie poświęcić wspólnemu projektowi czasu, gdyż jest zbyt zapracowany, ale za to… ufundował kosiarkę do trawy! Każdy pomaga w miarę możliwości. Na tym podwórku stoi też wielka beczka na puszki. To taka skarbonka – za pieniądze, które dostanie się w skupie za te puszki, można kupić coś do ogrodu. Właśnie, ogrodu, bo to już nie jest byle ogródek. Na Nadodrzu nie brak też odwagi, by tę dbałość o otoczenie „zasugerować” innym. Pewna firma telekomunikacyjna postawiła swoją skrzynkę w tym właśnie ogrodzie i… co tu dużo mówić, efektownie to nie wyglądało. Mieszkańcom się nie podobało, zwrócili się więc do tej firmy z prośbą o to, by sfinansowała zakup sadzonek bluszczu, które zamaskują urządzenie. Skrzynka zarosła zielenią i wpasowała się w otoczenie. Wszyscy zadowoleni…

Gdzie z tym psem?!
E.K.: Najpierw trzeba ludzi zachęcić, by coś zrobili, a później jeszcze przekonać ich, by o to dbali. Jak się to udaje?
J.Sz.: Niektórzy nie wierzą, że innym tak po prostu chce się coś zrobić. Pamiętam taką sytuację, kiedy podczas jednego z zebrań przyszli do mnie lokatorzy z innej bramy, żeby powiedzieć, że im administracja też powinna zrobić taki ogródek. Długo tłumaczyłem, że to dzieło samych mieszkańców. Początkowo nie wierzyli, ale teraz widzę, że i u nich na podwórku już ziemia przekopana i coś się tam dzieje… Inicjatywa zaczyna pączkować. Tu pojawią się kwiaty, tam krzewy, tu krasnal i wiatrak. Nie jest ważne, co to będzie dokładnie, liczy się, że lokatorzy sami dbają o swoje otoczenie. Poza tym, gdyby te krzewy i drzewa posadziło miasto – mało kto by się nimi opiekował. A tak, to mieszkańcy pilnują, bo to ich dzieło i ich własność. Ktoś zajrzy, bo trawę posiał, ktoś inny się zainteresuje, bo kwiaty podlewał, sąsiad też zerknie, bo zbiera puszki do tej podwórkowej „skarbonki”. Każdy ma swój wkład i każdy się jakoś poczuwa do odpowiedzialności. Ktoś z okna rzuci: „Gdzie z tym psem, no gdzie?!”. Próbuję ich tym zapałem zarażać. Ostatnio, by promować dbałość o osiedle, zorganizowaliśmy konkurs. Fotografujemy ciekawe, efektowne miejsca, zdjęcie dajemy do naszej gazety i pytamy czytelników o lokalizację. Kto pierwszy przyśle prawidłową odpowiedź – wygrywa nagrodę. I fajnie, że to już zaczyna działać, bo odpowiedzi faktycznie przychodzą, ale jeszcze lepsze jest to, że osoby, które przysyłają odpowiedzi, wiedzą „To balkon pani Kowalskiej”, a „To ogródek pani Stasi”. To jest niesamowite, że wszyscy się tu tak dobrze znają, podoba mi się to – trzeba się integrować.

Ostatni rzemieślnicy
E.K.: W reportażu radiowej Trójki Nadodrze nazwano „zagłębiem rzemieślników wielu pokoleń”…
J.Sz.: Niekiedy podczas spotkań z seniorami pytam o jakąś sprawę i słyszę np.: „Zwróć się do Józka, przecież on się tym zajmuje”. To jest dla Nadodrza wyjątkowe, że działa tu wciąż wielu rzemieślników. Pamiętam, jak na osiedlu gościliśmy ekspertów z komisji ESK 2016 (Europejska Stolica Kultury 2016). Przedstawiłem im właśnie naszych najstarszych rzemieślników, np. naszego najstarszego fotografa. Choć gdyby ktoś powiedział mu, że jest fotografem, najprawdopodobniej by go obraził, bo ten pan nazywa siebie portrecistą. Na naszym osiedlu można też kupić prawdziwy, pyszny chleb pieczony bez konserwantów. Przy Trzebnickiej z kolei pracuje szewc. U niego jedna z pań z tej komisji reperowała buty po swoim ojcu czy dziadku, jeszcze oficerskie, mocno zniszczone. Ponoć nigdzie indziej w Europie nie udało jej się znaleźć nikogo, kto by się podjął tego zadania… Przy ul. Chrobrego działa zegarmistrz-optyk. Zakład zegarmistrzowski najpierw przeszedł z ojca na syna, a teraz on prowadzi go ze swoimi dwiema córkami, które otworzyły tam jeszcze salon optyczny. Można powiedzieć, że ten sam zakład jest w rękach tej samej rodziny od wielu, wielu lat.

Brama się nie domyka
E.K.: Jak wyglądają relacje z nowymi mieszkańcami osiedla? Czy też chętnie włączają się w jego życie?
J.Sz.: Właściwie nie musimy organizować specjalnych miejsc czy grup, by się integrować i spotykać. Większość osób zna się doskonale, nowi też się z czasem aklimatyzują. Szkoda, że studenci, którzy zamieszkują Nadodrze, nie włączają w życie osiedla. Są bardzo zamknięci w sobie, nie szukają kontaktu z mieszkańcami. Próbowałem ich zaangażować, zachęcić do działania, ale to już trochę inny świat. Pamiętam, że była tu taka młoda Amerykanka i ona wielu rzeczy po prostu nie mogła zrozumieć – i językowo, i kulturowo. Bo jak to, dlaczego brama się nie domyka…?

Źródło: Czerwony Portfelik Senior, wydanie: Wrocław grudzień 2013- styczeń 2014

Słowa kluczowe

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany