Zabiorę seniorów na piękny koniec świata! Rozmowa z Wandą Ziembicką-Has

Zabiorę seniorów na piękny koniec świata! Rozmowa z Wandą Ziembicką-Has

Z wykształcenia aktorka, z zamiłowania dziennikarka. Znają ją z radia i telewizji wszyscy wrocławianie. Była radną miejską, jest radną osiedlową, drugą kadencję jest członkiem Wrocławskiej Rady Seniorów. Założyła Klub Seniora na Grunwaldzie. Ostatnio otrzymała Nagrodę Prezydenta Wrocławia i tytuł Ambasadora Festiwali Moniuszkowskich. Na jej cześć świetlica dla dzieci z ubogich rodzin nosi nazwę „Ziemba”. Od 25 lat organizuje Wigilie dla Ubogich. Ciągle w biegu, ma sto pomysłów na minutę i konsekwentnie je realizuje. Chciałaby, żeby seniorom w Polsce żyło się lepiej. I żeby im się chciało działać, żyć.

Magda Wieteska: Za wieloletnią pracę charytatywną otrzymała Pani w czerwcu Nagrodę Prezydenta Miasta Wrocławia. Skąd się wzięła ta chęć pomagania innym? Z Pani wykształceniem mogłaby Pani zajmować się przecież zupełnie czym innym…

Wanda Ziembicka- Has: Skończyłam technikum księgarskie i po maturze nie dostałam się na studia, na romanistykę. Poszłam więc do pracy i przez rok pracowałam w wydziale zdrowia urzędu miejskiego jako opiekun społeczny. Zresztą do dzisiaj nim jestem – chodzę, sprzątam, robię zakupy, myję szyby. Pomagam starszym ludziom, którzy nie mają zdrowia, siły i często są zdani tylko na siebie.
Nie umiem spokojnie patrzeć na to, że jedni pławią się w luksusie, a inni nie mają co jeść. W 1989 roku wymyśliłam więc charytatywne wigilie. Na początku pomagał mi mój śp. mąż, Wojciech Has. Teraz pomagają mi koledzy.
Zaczęło się od kilku restauracji, na 25-lecie miałam ich już 25. Zawsze jest obecny kardynał i prezydent Wrocławia, prezydent zawsze największe paczki przynosi. Restauracja przygotowuje jedzenie, a ja przychodzę z ludźmi, w wyborze których pomaga mi „Caritas”.

M.W.: Na wigiliach jest nie tylko kolacja, ale uczestnicy dostają też świąteczne paczki. Kto je finansuje, przygotowuje?

W.Z-H.: Wrocławianie. Telewidzowie, biznesmeni, artyści, politycy, ja również. Ale wprowadziłam taką zasadę, że te paczki rozpakowuje się dopiero w domu, żeby nie było kłótni, żalu, rozczarowania, że jedni dostali to, a inni tamto. Kiedyś pan Witold Krochmal, były wojewoda, przyniósł paczki z pięknymi kurtkami, a drugiej rodzinie trafiła się sama żywność i pończochy. I teraz też przepakowuję te otwarte paczki, które dostaję od sponsorów z żywnością, żeby było po równo.
Bardzo dziękuję telewidzom, bo przez tych 25 lat nie słyszałam, żeby ktoś dostał kamienie, żeby cegłówkę włożył do paczki. Chyba, że zepsuły się pomarańcze, ale to dlatego, że pewnie wcześniej zapakowane były. Ja wiem, że tych ludzi nie nakarmię, nie nasycę, ale chcę im chociaż kilka godzin radości dać. Dziękuję też taksówkarzom z ZTP 9622, którzy za darmo rozwożą w dzień naszych wigilii osoby niepełnosprawne. Marzy mi się jeszcze, żeby znaleźć restauracje gdzieś na obrzeżach miasta, aby starsi ludzie mieszkający w tych okolicach bez problemu mogli przyjść. Bo dla nich nawet wyprawa do Rynku jest często dużym problemem. Może ta tegoroczna Nagroda Prezydenta Wrocławia za działalność społeczną otworzy mi drzwi do nowych restauracji…

M.W.: Założyła Pani Klub Seniora na placu Grunwaldzkim. Nagradza Pani tych najstarszych, organizując dla nich benefisy…

W.Z-H.: Klub działa już od 10 lat. Dwa lata temu zmieniliśmy nazwę na „Klub Ludzi Aktywnych”, bo mężczyźni nie chcieli wstępować. Mówili, że nie czują się jeszcze seniorami. No i od razu wymyśliłam, że będziemy robić benefisy dla osób 85+. Na początku urządziliśmy benefis dla pani Marii Olszewskiej. Na jej setne, potem sto piąte, a teraz sto ósme urodziny. To takie uroczyste spotkania z biesiadowaniem, z prezentem dla jubilata. Zwracam się wcześniej do prezydenta miasta z prośbą o uhonorowanie seniora.
Przy benefisach bardzo pomaga mi Wrocławskie Centrum Rozwoju Społecznego i jego dyrektor Dorota Feliks, wspierają mnie też sponsorzy. Współpracuję również z Klubem Seniora na Strachocinie, prowadzi go Renata Berdowicz, świetna animatorka, radna osiedla. Niedawno byliśmy w ramach takiej wymiany z seniorami w Miśni i Bauzen.
A na co dzień chodzę z seniorami do kina i do teatru. Bo uważam, że emeryci powinni korzystać z ofert kulturalnych, artystycznych. Zresztą, jestem inicjatorką „dojrzałego kina”, o tym pomyśle napisałam do prezydenta, zanim jeszcze zrobił to Roman Gutek. Zainspirował mnie Kraków, moje ukochane miasto studiów, a dokładniej toaleta kina w Piwnicy Pod Baranami, gdzie zobaczyłam plakat „Dojrzałe kino, ceny biletów 5, 10 zł”.

M.W.: Jest Pani pomysłodawczynią nagrody Honorowy Mieszkaniec Osiedla. Skąd taki pomysł?

W.Z-H.: Żeby nagrodzić tych, którzy robią coś dobrego i wyjątkowego dla Wrocławia i jego osiedla i sąsiadów. Nagrodę otrzymują zasłużeni mieszkańcy Osiedla „Plac Grunwaldzki”, gdzie jestem radną. Pierwsza statuetka, a statuetki są porządne, to rzeźby Staszka Wysockiego, z brązu, trafiła do rąk dyrektor Opery Ewy Michnik i jej męża śpiewaka Bogusława Szynalskiego. To dzięki pani Ewie seniorzy tak często chodzą do Opery mając możliwość zakupu taniego biletu. W tym roku tytuł dostali: 88-letni Kazimierz Wojnarowski i 108-letnia Maria Olszowska. Bo zawsze są to statuetki dla pary: kobiety i mężczyzny.
Załatwiłam też sześć odznaczeń dla seniorów od Towarzystwa Miłośników Wrocławia. Przyznajemy je ludziom, którzy kontynuują rodzinną tradycję. Czy pani wie, że w październiku 1945 r. pan Kazimierz Daniluk założył pierwszy zakład optyczny na ul. Klasztornej, dzisiejszej Traugutta? A dziś syn Waldemar i jego dzieci prowadzą tę rodzinną firmę. W tej chwili załatwiam odznaczenia dla zegarmistrza i introligatora prowadzących firmy rodzinne od 70 lat.

M.W.: Jest Pani członkiem Zarządu Związku Artystów Scen Polskich i tu również działa na rzecz innych…

W.Z-H.: Tak, wcześniej byłam zwykłym członkiem, siedziałam w różnych komisjach, teraz wysyłają mnie na zjazdy i festiwale. Postanowiłam zadbać o artystów, którzy są niedoceniani, mają niskie emerytury. W zeszłym roku, na Dzień Tańca, Medal Zasłużony dla Miasta Wrocławia dostała Maria Kijak, tancerka Opery Wrocławskiej, 80-letnia Ewa Czekalska, też tancerka, aktorka Teatru Pantomimy oraz emerytowany śpiewak operowy, tenor Antoni Bogucki. W tym roku uhonorowana została 83-letnia Lena Dąbrowska, ta, która śpiewała z Tuniem Dzieduszyckim w znanym kabarecie „Dymek z Papierosa”. I 88-letni Henryk Teichert, aktor Operetki i Teatru Współczesnego, świetny człowiek, do dziś konferansjer Festiwali Muzyki Wiedeńskiej. Słynnemu małżeństwu Halinie i Bogdanowi Litwińcom z Teatru „Kalambur” za 50-letnie pożycie załatwiłam medal od samego Prezydenta RP.
Wystąpiłam też do marszałka województwa o odznaczenie dla Teatru Pantomimy i jego dyrektora Zbigniewa Szymczyka z okazji 35-lecia jego pracy. I proszę sobie wyobrazić, że niebawem, na otwarcie sezonu, zostanie uhonorowany! To świetny choreograf i facet, dzięki któremu ten teatr przetrwał.

M.W.: Może porozmawiamy wreszcie o Pani? Jest Pani aktorką, zagrała Pani w filmie „Rdza” Romana Załuskiego, grała Pani u innych znanych reżyserów. Dlaczego nie zdecydowała się Pani na karierę aktorską?

W.Z-H.: Bo ja nigdy nie chciałam być aktorką! W 1970 r. założyłam się w „Kalamburze” o 500 zł (pensja wynosiła wtedy 1200 zł), że się dostanę do szkoły teatralnej. No i przy okazji Kraków sobie zwiedzę, bo mi się zawsze podobał i zawsze marzyłam, żeby tam mieszkać… No i zakład wygrałam, koledzy po dwóch latach zrobili zbiórkę i mi zapłacili. Na egzamin przygotowałam piosenkę „A ja mam swój intymny świat”, w której wystąpiłam jako narkomanka, bo widziałam, jak ludzie wąchają klej. I chyba dzięki tej etiudzie jestem absolwentką PWST w Krakowie!
Swoją drogą chciałam to moje miejsce oddać Danielowi Kustosikowi, bo on zdał, ale się nie dostał, no, ale rektor się nie zgodził. Pomyślałam więc, posiedzę tu rok, a potem zobaczę, co dalej! Tylko, że zakochałam się w tym mieście, w chłopaku z zespołu „Słowianki” i jednak skończyłam te studia. Potem chciałam być w teatrze Tadeusza Kantora, ale mnie nie przyjął, powiedział, że jestem za chuda. Byłam sportsmenką, pływaczką, chodziłam też na balet, musiałam być chuda. Byłam na stażu u Jerzego Grotowskiego, w grupie Zygmunta Molika. Zagrałam w kilku filmach, ale nigdy nie chciałam być aktorką, chociaż bardzo lubię to środowisko i środowisko chyba też mnie lubi. Ale trzysta razy powtarzać ten sam tekst? To nie dla mnie.
Chciałam być za to dziennikarką, bo ja zawsze pisałam. Byłam w klasie słynnego prof. Bogusława Arcta, w technikum księgarskim prowadziłam gazetkę ścienną. Lubiłam pisać, do dzisiaj prowadzę pamiętnik z całego mojego życia. No i najpierw dostałam pracę w radiu, potem w telewizji i nadal współpracuję z jedną z gazet i portalami.

M.W.: Była Pani żoną Wojciecha Hasa, jak się poznaliście?

W.Z-H.: Statystowałam w „Lalce”. Ale nie będę rozmawiać o mężu i sprawach osobistych, tyle już wywiadów udzieliłam… O, mogę powiedzieć, że od 2003 r. przyznaję prywatną Nagrodę im. Wojciecha J. Hasa. Dostali ją m.in.: Małgorzata Szumowska, Marek Lechki, Jagoda Szelc i kilku cudzoziemców, m.in. Kanadyjczyk i Brytyjczycy uczestniczący w krakowskim „Snap-Festiwalu”, festiwalu filmów jednominutowych. A Wielkie Studio Filmowe w dawnej Wytwórni Filmowej przy ul. Wystawowej 1 we Wrocławiu, dziś CETA, nosi imię Hasa!
Zasadziłam też trochę patronackich drzew we Wrocławiu i na Dolnym Śląsku, sprawiłam, by powstała ulica Aleksandra hr. Fredry i plac Św. Jana Chrzciciela – bo jak to, żeby patron miasta nie miał swojej ulicy?
W 2009 r., w dwusetną rocznicę urodzin Juliusza Słowackiego, zrobiłam światową prapremierę we Wrocławiu filmu Zawiślaka „Balladyna”. Dzięki mnie wyszedł też banknot numizmatyczny 20 zł, pierwszy na świecie, z poezją, dwa lata o to walczyłam.
Teraz przygotowuję wielki projekt na 2016 rok: Kopernik we Wrocławiu. Wie pani, że był w naszym mieście dwukrotnie? Będzie ławeczka z jego postacią, drzewo „Kopernik’” na Ostrowie Tumskim, a na lotnisku im. Kopernika tablica w czterech językach, że tu był, pełniąc funkcję scholastyka Kapituły.

M.W.: Dzięki Pani powstała też tablica Chopina, upamiętniająca jego koncert we Wrocławiu. Umieszczona jest przy głównym wejściu do Katedry.

W.Z-H.: Miałam problemy przy realizacji tego pomysłu, Kościół najpierw się nie chciał zgodzić, a przecież Chopin gościł we Wrocławiu czterokrotnie, o czym informuje właśnie ta tablica z piaskowca. Ale pomógł mi ks. Henryk Kardynał Gulbinowicz, bohater moich telewizyjnych programów, z którym do dziś prowadzę korespondencję, wysyłam mu nawet prezenty na imieniny. Bardzo dużo mu zawdzięczam, bo dzięki niemu zbliżyłam się bardziej do Kościoła.
No i jeszcze Bal Seniorów wymyśliłam, który się odbywa w Hali Stulecia, dzięki wsparciu Roberta Pawliszko z Wrocławskiego Centrum Seniora. Dawid Frik, świetny młody człowiek to prowadzi. Jeszcze bym chciała, żeby był bal radnego miasta i osiedli, razem, połączone. To jest moje marzenie.

M.W.: Ma Pani bardzo prospołeczne marzenia.

W.Z-H.: Jest takie powiedzenie: „Nie można dojrzeć nowych rzeczy, dopóki nie zmieni się kierunku patrzenia”, to słowa Edwarda de Bono. I miał rację, bo żeby się udało, często mentalność trzeba zmienić. Imponują mi japońscy, hiszpańscy seniorzy, pełni entuzjazmu do życia i ubolewam, że naszym nie chce się nawet pojechać do Sobótki.
Mam taki pomysł, że wywiozę seniorów na koniec świata, do miejsca magicznego, zaczarowanego, chociaż ten koniec świata będzie w Polsce. Ale na razie o tym sza! Uważam, że ludzie, zwłaszcza ludzie sztuki, powinni mieć wykwintną starość – w otoczeniu piękna, dobra, spokoju. Chciałabym, żeby powstały: ławeczka, drzewo i mural dla seniorów. Żeby seniorzy mieli we Wrocławiu takie swoje miejsca, dla nich i im poświęcone.
Każdy z nas powinien mieć też w domu skarbonkę seniora, tak ją sobie nazwałam, wrzucać tam jakiś grosz i potem się nim dzielić. Może z sąsiadką, której nie stać na opłacenie recept czy opału!? Na razie rzucam tylko takie hasło.

M.W.: Pani recepta dla seniorów?

W.Z-H.: Nie wolno wstawać markotnym, stękać, że boli. Nie narzekać na wycieczkach, imieninach, spotkaniach, nie mówić, kto co przeszedł, która kiszka go boli. Bo jak cię boli, to idź do lekarza, bierz tabletki, ale uśmiechaj się. Bo to się udziela. A poza tym trzeba się ruszać, nawet jak się na 80 lat.
W każdym mieście, w którym jestem, odwiedzam Kluby Seniora. Na Kubie byłam w domach starców, każdy z nich ma ogródek i seniorzy hodują czosnek. Jest tam dużo stulatków. Organizują spotkania, zespalają się. To mi bardzo imponuje.
Ludzie załamują się przechodząc na emeryturę i nie wiedzą, co zrobić ze swoim wolnym czasem. Ale trzeba otworzyć się, być wśród ludzi i nie oddalać się od nich, wychodzić z domu, marzyć jeszcze, żeby posmakować czegoś innego. Bo owszem, zmienia się życie, ale to może być dobra zmiana – ku nowej przestrzeni, niezwyczajności, doznaniom.

i2

Źródło: „Gazeta Senior” Wrocław wrzesień-październik 2015
fot. Tomasz Hołod

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany