Życie na Skrzydłach

– Dziękuję, nie skorzystam – mówi pan Aleksander do słuchawki telefonu i kończy rozmowę z przedstawicielką firmy farmaceutycznej oferującej jakieś preparaty dla seniorów. – Dzięki Bogu nie potrzebujemy jeszcze żadnych lekarstw – dodaje mimochodem w moją stronę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Matuzalem. Wysoki, postawny. Godność, dostojeństwo, siwa broda, spokojna twarz. Jeden z półtoramilionowej rzeszy Polaków po osiemdziesiątce. Nadal jest czynnym pilotem samolotów. Corocznie zalicza pomyślnie badania zdrowotno-sprawnościowe w Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej i nadal zasiada za sterami. Jest doskonałym przykładem na tezę, że rozpatrując kwestie tej grupy wiekowej należy rozróżniać odmienne potrzeby i możliwości seniorów niepełnosprawnych chorobowo oraz seniorów samodzielnych życiowo, niewymagających wsparcia opiekuńczego.

12 minut latania
– W lipcu 1939 roku ojciec wziął mnie i młodszego brata na lotnisko w Częstochowie, fundując lot awionetką – opowiada Kujawski. – Samolot nie wystartował. Popsuł się. Ale i tak byłem zauroczony na tyle, że postanowiłem zostać pilotem, inżynierem i mieć tyle pieniędzy, żeby móc kupić sobie własny samolot. Podczas wojny czytałem wiele książek o samolotach, pilotach, lataniu, budowałem latające modele szybowców. Ciekawiło mnie to.
Po wojnie, poprzez hufce „Służby Polsce”, trafia na kurs w poniemieckiej szkole szybowcowej na Pomorzu. – Wówczas – mówi pan Olek – szybowce były bardzo proste, bez żadnego oprzyrządowania, bezkokpitowe. Prędkość szacowało się po sposobie łopotania nogawek i łzawieniu oczu.
Po półtoramiesięcznym kursie otrzymał zaświadczenie, że wylatał… 12 minut. – Dzisiaj proces szkolenia jest bardziej aktywny, ale też odbywa się na nieporównanie doskonalszym sprzęcie – objaśnia.
Wie, co mówi. Jest instruktorem szkolenia szybowcowego. Zafascynowany lataniem chciał ukończyć studia z budowy płatowców lub budowy silników lotniczych. Złożył dokumenty do jeszcze istniejącej, sławnej z okresu przedwojennego, wyższej szkoły technicznej Wawelberga w Warszawie. Był zaskoczony, że nie znalazł się na liście przyjętych mimo zdanego egzaminu. I u nikogo nie mógł dowiedzieć się, dlaczego. „Widocznie są powody” – odpowiadano enigmatycznie. Nikt nie chciał powiedzieć otwarcie, jakie to powody. Wreszcie ktoś mruknął jakby ukradkiem, że Aleksander nie zostanie przyjęty do żadnej wyższej szkoły w Polsce.

Rodzinny fortel
Wdrażana właśnie w życie filozofia walki klasowej i dyktatury proletariatu określała miejsce Olka Kujawskiego w nowym ustroju politycznym. Jego ojciec był właścicielem środków produkcji, prowadził własny, niewielki zakład produkujący siatkę ogrodzeniową. A to oznaczało, że jest kapitalistą, co automatycznie kwalifikowało go jako wroga klasowego. Dzisiaj słucha się tego zabawnie, ale wówczas nikomu nie było do śmiechu.
Ale Olek inżynierem chciał zostać mimo wszystko. Rodzina wymyśliła fortel. Wujek złożył gdzie trzeba pisemne oświadczenie, że on tego syna kapitalisty adoptuje w celu reedukacji ideologicznej i zapewni mu wychowanie marksistowskie w duchu ideałów socjalizmu, internacjonalizmu oraz umiłowania przewodniej roli Związku Radzieckiego. Następnie, wykorzystując różne znajomości, udało się chłopaka (w którego usytuowaniu rodzinnym nic a nic się nie zmieniło) ulokować w Wyższej Szkole Inżynierskiej. Jednak ów akt nieformalnej „adopcji” nie zdołał uśpić do końca czujności odpowiednich władz. W roku 1951 obaj bracia Kujawscy bez podania przyczyn zostali skreśleni z listy pilotów oraz objęci urzędowym zakazem wstępu na lotnisko.

W zastępstwie lotnictwa
No to Olek przerzucił się na żeglarstwo. Ponieważ nie zajmował się żadną aktywnością polityczną i sumiennie pracował jako inżynier-odlewnik w hucie Małapanew w Ozimku koło Opola, czujność polityczna podążała za jego poczynaniami raczej opieszale. Ale podążała. Zanim jednak się zorientowała, Kujawski zdążył pod żaglami opłynąć Bornholm oraz kilka innych wysp na Bałtyku. Z dumą pokazuje książeczkę żeglarską z wpisami rejsów. Po roku 1956, który przyniósł „polityczną odwilż”, władza zdejmuje z Kujawskiego etykietę podlegającej dyskryminacji, wrogiej klasowo burżuazji. Olek wraca za stery samolotów i szybuje w przestworza. Lata bez przerwy do czasu obecnego, przeżywając wiele sukcesów, przygód, ekscytacji i niesamowitości, które uskrzydlają jego życiową fascynację. Jest znanym w cały kraju nauczycielem niezliczonej rzeszy pilotów sportowych.

Żona pana Olka
Aleksander śpiewa także w chórze. Razem z żoną, Jolantą. Bo muzyka jest jej pasją, w której przeżywaniu mąż uczestniczy.
Pani Jolanta (spokojna elegancja, nienarzucająca się obecność, energia w oczach absolutnie sprzeczna z numerem PESEL, stanowczość…) uczestniczy w lotniskowym funkcjonowaniu męża, chociaż życie w skrzydłach nie jest jej pasją. Raczej muzyka. Gra na fortepianie (oprócz technicznego, ma też wykształcenie muzyczne). Ceni Bacha za doskonałość polifoniczną, Mozarta za lekkość melodyczną i logiczną konsekwencję oraz Chopina za jego niepowtarzalność polskich klimatów.
Fortepian zajmuje połowę dużego pokoju blokowego (klawiatura otwarta, nuty rozłożone, kiedy wchodzę do pokoju). Lubi pieśni cerkiewne i w takim właśnie chórze oboje małżonkowie śpiewają. Nie lubi bezczynności trwoniącej energię życia. – Nie można dać się demobilizować psychicznie starości – mówi. Po przejściu na emeryturę schowała do szuflady dyplom inżyniera, ale nie czuła się dobrze bez aktywności zadaniowej. Od dłuższego czasu pełni społecznie funkcję prezesa Komitetu Pomocy Społecznej. Nie za biurkiem, raczej jako lider grupy wolontariackiej. Razem z pozostałymi dziewięcioma wolontariuszami zbiera żywność, robi paczki dla samotnych matek, rodzin wielodzietnych, bezdomnych, rozdaje chleb potrzebującym. – Brakuje nam wolontariuszy – wzdycha. Jednak po dziesięciu latach czuje się już zmęczona niektórymi elementami tej pracy i towarzyszącymi jej zjawiskami. Tym bardziej, że nie jest to jedyna jej aktywność społeczna. Udziela się także w Spółdzielni Mieszkaniowej.

Nie chodzimy na łatwiznę
Państwo Kujawscy zamierzają urozmaicić swoje emerytalne życie o nowy cykl jego organizacji, oparty o podróżowanie. Nie łatwiznę podróżniczą z biurami turystycznymi. – Taka forma nie dostarcza przygód – twierdzi pani Jolanta. – Wszystko jest z góry ustalone, zaprogramowane, odbywa się punktualnie w wyznaczonych miejscach, nie może być niespodzianek.
A Kujawscy cenią sobie właśnie niespodzianki przygodowe, swobodę wyboru miejsc i szczegółów, poczucie wolności i radość zaskoczeń. – Chyba zaczniemy od Karkonoszy – rozmyśla głośno pani Jolanta.
Jest wieczór. Kończymy rozmowę. Spieszą się na próbę chóru, kilkanaście kilometrów od domu. Emeryci, którzy nie mają ochoty dyskryminować sami siebie wymówkami o posiadanym wieku. Podobnie aktywnych jest co prawda niemało, żyjących nadal pełnią życia wbrew temu że media na ogół ukazują inny – skostniały, niepełnosprawny, nieporadny życiowo i nieszczęśliwy obraz funkcjonowania tego pokolenia. Też prawdziwy, ale przecież nie wypełniający sobą całej przestrzeni świata senioralnego. Przestrzeni w znacznym obszarze tętniącej normalnym pulsem aktywnego życia.

tekst i zdjęcia: Andrzej Wasilewski

Słowa kluczowe
  1. Bardzo ciekawy artykuł.Godna nasladowania postać emeryta który nie zasiada w fotelu przed TV!Mam dopiero 63 lata ale też staram się zyc aktywnie i nie wyobrażam sobie zasiedzenia się!

    Odpowiedz

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany