Żyjmy teraz! Bo tamtych lat nie odda nikt…

Żyjmy teraz! Bo tamtych lat nie odda nikt…

Przychodzi taki moment w życiu, gdy zaczynamy zastanawiać się nad straconymi szansami. Co mogłem zrobić lepiej, inaczej? Jakie błędy popełniłem i czy można je jeszcze naprawić? Czy – gdy przyjdzie mi odejść na zawsze – będę miał poczucie spełnienia, a może odwrotnie – świadomość niewykorzystanych możliwości? Tym bardziej bolesną, gdy te możliwości były na wyciągnięcie ręki, tuż, tuż…

Bronnie Ware, australijska pielęgniarka, przez lata pracowała na oddziale paliatywnym, opiekując się ludźmi, którym zostało od 3 tygodni do 3 miesięcy życia. Rozmawiając ze swoimi pacjentami, pytała ich, czego w życiu najbardziej żałują. Wyznania te zamieściła w książce „The Top Five Regrets of the Dying” tłum. Czego żułujemy przed śmiercią – pięć najważniejszych powodów.
Okazało się, że ludzie u schyłku życia żałują bardzo podobnych rzeczy. Po pierwsze – braku odwagi, aby żyć spełniając swoje marzenia, bez oglądania się na to, co powiedzą inni. Po drugie – towarzyszy im żal, że zbyt rzadko wyrażali swoje uczucia wobec osób, które kochali. Po trzecie – ubolewali nad duża ilością czasu spędzonego w pracy zamiast z rodziną, przyjaciółmi. I w końcu smutnie konstatowali, że nie pozwolili sobie żyć bardziej szczęśliwie.

„Gdybym mogła odwrócić czas…”
62-letnia dziś Krystyna zaraz po maturze dostała się na prestiżowy wówczas kierunek studiów, skończyła je ze świetnym wynikiem i, nie zwlekając, od razu zrobiła doktorat. Nie przeszkodziło jej w tym nawet życie rodzinne – na trzecim roku studiów wyszła za mąż, rok później urodziła syna. – Mąż był już po studiach, piął się naukowo. Motywowało mnie to do wytężonej pracy. Nie mogłam jednak studiować i jednocześnie zajmować się dzieckiem, więc opiekę nad Maćkiem przejęli moi rodzice. Wiem, że było mu u nich dobrze, ale dziś myślę, że to jednak my – ja i mąż, powinniśmy wychowywać naszego syna. Owszem, w weekendy zabieraliśmy go do naszego mieszkania, ale jednak na co dzień, aż do szkoły podstawowej, mieszkał z dziadkami. Gdybym mogła odwrócić czas, wzięłabym urlop dziekański. Bo przecież te pierwsze lata dziecka są dla jego rozwoju kluczowe, wtedy tworzą się podstawowe więzi z najbliższymi ludźmi. Nie mogę narzekać na Maćka, jest dobrym synem, chociaż czasem boli mnie, że to mojej mamie powierza swoje sekrety, a nie mnie czy mężowi… Gdzieś tak w okolicach czterdziestki po raz pierwszy poczułam zazdrość, że to do dziadków, a nie do nas, rodziców, biegnie ze swoimi sukcesami i porażkami. Im pierwszym powiedział, że się żeni, do nich pierwszych zadzwonił, gdy Kasia, nasza synowa, urodziła córkę. I nawet teraz, gdy nasza wnuczka chodzi już do szkoły, częściej widują ją pradziadkowie niż my…

„Bo słowo rodzica było święte…”
Anna ma 68 lat i na pytanie, czy czegoś w swoim życiu żałuje, od razu odpowiada: Tak, tego, że przy wyborze ścieżki życiowej posłuchałam rodziców, a nie siebie.
Anna z wykształcenia jest prawnikiem. Sama przyznaje, że niezbyt dobrym, bo zwyczajnie zabrakło jej pasji do wykonywania tego zawodu. A co było jej marzeniem? Studia na Akademii Sztuk Pięknych. Już jako dziecko godzinami potrafiła siedzieć przy kartce papieru i szkicować, rysować, kolorować. W szkole podstawowej była najlepsza z rysunków, nauczyciele namawiali ją na liceum plastyczne. Ale gdy powiedziała o tym rodzicom, usłyszała kategoryczne: nie ma mowy. Pójdziesz do normalnej szkoły średniej, a potem na prawo. Żebyś miała lepszą przyszłość niż mieliśmy my.
Anna nie odważyła się zaprotestować. Była wychowywana zgodnie z zasadą, że słowo rodzica jest święte. Więc przebrnęła przez studia, zupełnie dla niej nieciekawe, a potem zaczęła pracę w kancelarii.

Odważ się sięgnąć po marzenia
Owszem, zarabiała nieźle. Ale co z tego, skoro praca nie dawała jej satysfakcji. Jeszcze przez chwilę, tak gdzieś koło trzydziestki, pomyślała, żeby zająć się malarstwem. Zaraz jednak poszła po rozum do głowy: dzieci małe, mąż też wiecznie zapracowany, a jej w głowie jakieś dyrdymały. Przecież tak nie można! No i ta duma w oczach rodziców, gdy przedstawiali ją swoim nowopoznanym znajomym z wczasów czy sanatorium: „To jest nasza córka, adwokat”…
Jednak historia Anny nie kończy się smutno. Bo Anna jednak sięgnęła po swoje marzenia. Bo, jak twierdzi, lepiej późno niż wcale. Była już na emeryturze. Długie dni wypełnione jedynie gotowaniem dla siebie i męża, bo dzieci za granicą, a wnuków jeszcze się nie doczekała. Któregoś dnia, kupując w kiosku codzienną gazetę, zobaczyła, dołączony do jakiegoś czasopisma, poradnik dla początkujących rysowników. Kupiła go. Kupowała potem każdy kolejny numer, ucząc się z niego kolejnych technik rysowania.

Dziś maluje obrazy. Nie wystawia ich nigdzie, nie sprzedaje. Jeszcze na to za wcześnie, jeszcze wciąż się uczę, mówi pytana o plany. Ale jej dni nie są już jałowe. Bywa nawet, że w ferworze pracy zapomina na czas przyszykować obiad. Mąż, który dorabia do emerytury, nie gniewa się, wracając do domu, w którym, co prawda, nie pachnie pieczenią, ale za to wita go widok szczęśliwej żony. No i nareszcie bez wyrzutów sumienia oddaje się swojej pasji, którą jest majsterkowanie. – Siedzimy tak sobie wieczorami, Zbyszek coś tam naprawia przy stole, ja stoję przy sztaludze. Niby osobno, a jednak razem. I każde z nas czuje, że robi coś dobrego – podsumowuje Anna.

Lepiej późno niż wcale!
Na realizację pragnień nigdy nie jest za późno. Po co żałować straconych szans, szkoda na to czasu, przecież żaden z nas nie wie, ile mu go jeszcze zostało. Zamiast więc rozpamiętywać przeszłość, lepiej pomyśleć o tym, co tu i teraz, co jeszcze możemy zrobić. I wreszcie nie dla innych, ale dla siebie.
Jak Anna, która choć nie będzie już studiować sztuk pięknych, maluje w domu. Dla własnej przyjemności, dla bliskich, przyjaciół. Kto wie, może za jakiś czas wystawi swoje prace? A nawet jeśli nie, będzie miała poczucie, że odważyła się robić to, co przez lata pozostawało w sferze jej marzeń.

Krystyna także nie odwróci biegu swojego życia. Nie wynagrodzi synowi czasu, który spędził bez niej. Ale ostatnio zaczęła zastanawiać się nad pomysłem zabrania wnuczki na wakacje. Tylko ona i mała Zosia. Żeby załapały kontakt. I może żeby Zosia, tak jak kiedyś syn Krystyny, wiedziała, że na babcię można liczyć.
Przerywamy rozmowę, bo Krystyna – umysł racjonalny, naukowy – właśnie zaczęła wdrażać swój plan w życie. – Do 15 lutego trwają ferie zimowe. Więc jest jeszcze chwila, żeby zarezerwować jakieś last minute – mówi, wklepując w przeglądarkę cel podróży.

Źródło: „Gazeta Senior” Kraj luty-marzec-kwiecień 2016
fot. Fotolia

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany