Żyłem za dwóch albo trzech

„Kap, kap płyną łzy”, „Nie przenoście nam stolicy do Krakowa” – Andrzej Sikorowski, lider grupy Pod Budą, występujący na scenie od prawie 50 lat, to jeden z symboli Krakowa. Od 12 lat koncertuje z córką Mają. Na ostatniej płycie „Okno na Planty” śpiewa, że ma w genach wpisane to miasto. O tym, jaki jest Andrzej Sikorowski, próbowała się dowiedzieć Magda Wieteska.

Andrzej Sikorowski Pod budą

Magda Wieteska: Zacznijmy od studiów: skończył Pan polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Czy kiedykolwiek pracował Pan w zawodzie nauczyciela?
Andrzej Sikorowski: Nie, ale przez krótki czas pracowałem w „Gazecie Krakowskiej”. Mój ojciec był dziennikarzem, można więc powiedzieć, że była to konsekwencja, swoista kontynuacja rodzinna. Pietyzm dla słowa był u mnie dość oczywisty, jako dziecko szybko zacząłem czytać i pochłaniałem książki. I choć z matematyki, fizyki miałem dwóje, to z polskiego, historii, języków obcych – zawsze piątki.
Nie utrzymałem się jednak długo jako dziennikarz w „Gazecie Krakowskiej”. Bo terminowanie w prasie codziennej minionego systemu polegało m.in. na chodzeniu na pogrzeby notabli. Potem przez rok pracowałem w redakcji rozrywki krakowskiej telewizji. Napisałem kilkaset felietonów, zresztą do dziś piszę, np. do małej krakowskiej gazety „VIS A VIS”. Ale największą radością było i jest dla mnie pisanie do rymu i to, co można wyśpiewać.

M.W.: Gra Pan na gitarze i mandolinie. Czy oprócz wykształcenia filologicznego ma Pan wykształcenie muzyczne?
A.S.: Jako mały chłopak marzyłem, żeby grać na gitarze. Ale w praktyce okazało się to trudne – byłem drobny i ledwo obejmowałem gryf gitary. Więc rodzice kupili mi mandolinę. Przez dwa lata chodziłem do Tadeusza Lubańskiego, brata Zofii Stryjeńskiej, na lekcje. Sadzał mnie przed pulpitem z nutami, a sam siadał do fortepianu i mówił: „Jeden, dwa, trzy – gramy”. Dlatego umiem czytać nuty, bo je znam, chociaż nie mam wykształcenia muzycznego.

M.W.: Zespół „Pod Budą” obchodzi w tym roku 40-lecie. Tę samą nazwę miał kabaret Bohdana Smolenia w latach 70. Przypadek?
A.S.: Nie, Smoleń poprosił mnie, żebym zasilił kabaret Pod Budą, założony przez niego i jego kolegów z Wyższej Szkoły Rolniczej w Krakowie. Moja współpraca z Janem Hnatowiczem – kompozytorem kabaretu – przyniosła repertuar dla zespołu muzycznego, który po rozwiązaniu formacji kabaretowej podjął samodzielną działalność trwającą do dzisiaj.

M.W.: Pana żona jest Greczynką, jak się poznaliście?
A.S.: Była studentką wspomnianej przed chwilą uczelni, Wyższej Szkoły Rolniczej w Krakowie. I tak się poznaliśmy. Jesteśmy razem już czterdzieści lat. Z jednej strony czuć tu romantyzm, z drugiej zalatuje normalnością.

M.W.: Mieszkacie Państwo w Polsce, ale często jeździcie do Grecji. Zna Pan grecki?
A.S.: Jeśli chodzi o mowę potoczną – mówię płynnie. Dwa trzy razy do roku jeździmy do Grecji, mamy mieszkanie pod Atenami. Bez emfazy mówię, że to moja druga ojczyzna. Żyje tam zresztą troje rodzeństwa mojej żony. A nasza córka Maja od urodzenia jest dwujęzyczna. Maja śpiewa tak, jak śpiewają Grecy. Ja natomiast śpiewam po grecku, gdy na tarasie naszego ateńskiego mieszkania siedzimy i pijemy winko. Takie ogniskowe śpiewanie.

M.W.: Kraków to Wawel, Planty, Kościół Mariacki, Piwnica pod Baranami. I Andrzej Sikorowski – kolejny symbol tego miasta. Ale był taki czas, gdy zdradził Pan Kraków…
A.S.: W 1995 r. zamieszkaliśmy w Rząsce, która dziś znajduje się już w granicach terytorialnych Krakowa. Cóż, awans finansowy skutkował domkiem z ogródkiem wśród zieleni… Mojej żonie się podobało – wychowała się na wsi, studiowała rolnictwo.

M.W.: A Panu? Podobno nie najlepiej wspomina Pan życie na wsi…
A.S.: Odpowiem tak: to nie było zesłanie, ale z ulgą wróciłem do miasta. Ojciec wychował się w Rynku, pradziadek miał w Sukiennicach stragan. Od pięciu lat patrzę na Planty… Mimo tego smogu, do którego przyzwyczaiłem się jak smok wawelski.

M.W.: Skąd czerpie Pan inspiracje do pisania?
A.S.: Moje własne piosenki powstają w trakcie jedzenia, spacerów, biesiadowania z ludźmi, pod prysznicem. Najtrudniej wykombinować, o czym piosenka będzie, do jakiej puenty ma zmierzać. Czasem jest to błysk i jedno popołudnie, z innymi zmagam się całymi miesiącami.
Nie lubię siedzieć w studiu i nagrywać. Esencją jest dla mnie koncertowanie dla ludzi, których lubię widzieć, więc zawsze proszę o odrobinę oświetlenia na sali. Jak dostrzegam, że pani w drugim rzędzie ociera łzę, to wtedy czuję się dobrze. To dla mnie znaczy więcej niż oklaski.
Prawie 50 lat jestem na estradzie. Nagrałem ponad 20 płyt, wychodzi, że jedną na 2,5 roku. Cenzorzy mojego pisania to żona i córka, one są pierwszymi czytelniczkami. Nie za bardzo lubię krytykę, ale potrafię być pokorny. Długo cyzeluję, aż powstanie utwór.

M.W.: A gdy nie pracuje Pan nad tekstem? Jak Pan spędza wolny czas?
A.S.: Mój kolega Grześ Turnau powiedział kiedyś „gdybym mógł nic nie robić…”. No właśnie, ja najbardziej lubię nic nie robić. Czytam, spotykam się z ludźmi, piję wódkę, podróżuję. Mój ojciec zawsze mówił, że inteligentni ludzie się nie nudzą.

M.W.: Co Pan czyta?
A.S.: Gdy skończyłem czytać „Mistrza i Małgorzatę”, to przez długi czas zastanawiałem się, jak ten facet w Moskwie coś takiego napisał. Powaliło mnie to.
Ale czytam nie tylko samych mistrzów słowa. Dobry pamiętnik jest w stanie mnie zafascynować. Lubię literaturę skandynawską, kryminały Jo Nesbo, to fantastyczny gość.
W ogóle bardzo sensorycznie postrzegam świat. Wchodzę do muzeum i potrafię zachwycić się impresjonistyczną sztuką, a za chwilę naturalistycznym portretem. Do wszystkiego tak podchodzę.
A jak się człowiek zbliża do siedemdziesiątki, tak jak ja, to życie jest dla niego cały czas podróżą. Gdyby przyszło mi się żegnać, powiedziałbym: żyłem za dwóch albo i trzech. I fajnie się szalało.

M.W.: A muzyka? Czy ma Pan swoich ulubionych twórców?
A.S.: Słucham wszystkiego. Do muzyki, jak do większości sztuk pięknych, podchodzę z uczuciem konsumenta. Słucham jazzu, fragmentów opery, utworów rockandrollowych. Nie mam konkretnych preferencji, że np. jestem ortodoksyjnie przywiązany do piosenki autorskiej.
Mozart jest dla mnie niezwykłym zjawiskiem. Arię z Don Giovanniego śpiewałem z córką w operze, z towarzyszeniem orkiestry krakowskiej. Jestem fanem Bruce’a Springsteena, ACDC. Istotne jest dla mnie, jak oni grają.

M.W.: Jak radzi Pan sobie z popularnością?
A.S.: Wychodzę do rynku i czasem ktoś się do mnie uśmiechnie, czasem poprosi o autograf.

M.W.: Nie ukrywa Pan, że jest tradycjonalistą. Ma Pan Facebooka?
A.S.: Tak. I cały czas mam świadomość, że przybywa mi nowych znajomych. Korzystam z poczty elektronicznej w sposób podstawowy. Mam telefon komórkowy, ale na ręce noszę zegarek. Hołduję klasycznej modzie na wiele rzeczy. Mentalnie jestem w epoce, w której żyło się wolniej i chyba mądrzej.

M.W.: Ma Pan wnuczkę. Jak postrzega Pan bycie dziadkiem w konfrontacji z byciem ojcem?
A.S.: Mój zawód narzuca konieczność bycia poza domem. Prowadzę cygański tryb życia. Gdy córka była mała, wracałem do domu z trasy koncertowej i nadrabiałem ojcowskie zaległości – biegaliśmy do kina, na koncerty, do zoo.
Wnuczka Róża w czerwcu skończy pięć lat. Płynie w niej więcej greckiej krwi niż polskiej, na pytania zadane po grecku odpowiada po polsku. Śmieję się, że ma za darmo dwa języki. Lubię z nią przebywać, chodzimy razem do kina, teatru, muzeum. Bycie dziadkiem wiąże się z samymi przyjemnościami, a bycie ojcem – również z obowiązkami.

M.W.: Od 12 lat występuje Pan razem z córką jako autor tekstów, kompozytor, akompaniator i partner wokalny. Nie będę pytać, jak układa się Wasza współpraca, ale co Pan czuje jako ojciec?
A.S.: To wielka satysfakcja widzieć, jak kilkaset osób bije brawo mojemu dziecku.

M.W.: Ostatnia płyta – tak powiedział Pan w zeszłym roku o „Oknie na Planty”, płycie nagranej razem z córką. Czy naprawdę myśli Pan o końcu kariery muzycznej?
A.S.: Trochę jest w tym asekuracji. Mam swoją publiczność i nie muszę nikomu niczego udowadniać. O końcu kariery decydują widzowie, którzy kupują bądź nie kupują biletów na recitale, czekają, bądź nie czekają na kolejną płytę.

Andrzej Sikorowski

fot. Adam Golec

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany