Czarowny zapach kawy

Czarowny zapach kawy

W styczniu temperatura powietrza w dzień sporadycznie obniża się do plus osiemnastu stopni. Osiemnaście zamiast dwudziestu pięciu. Miejscowi Kubańczycy, pokuleni od chłodu, stoją na przystankach autobusowych w pikowanych kurtkach. Z zaciekawieniem patrzą na Polaków taplających się jedynie w kąpielowych strojach, w hotelowym basenie, za siatką odgradzającą od ulicznego chodnika. W taki chłód…?!

W styczniu normalną temperaturą na Kubie jest plus dwadzieścia osiem. Stymulatorem samopoczucia jest kawa.
– No, co siedzisz? – matka dyskretnie szturcha nastolatkę. – Widzisz, że goście przyszli? Biegnij do ogrodu urwać kawy.
Dziewczyna znika i po chwili, z kuchni, na cały dom rozpływa się cudownie aromatyczny zapach kawy prażonej na patelni.

Kawa z saturatorów

W miejscach publicznych, poczekalniach dostępna jest kawa z saturatorów. Ceramiczne kubeczki małe jak naparstki. Phi! Też mi porcja?! Jednak już pierwszy łyk powoduje wytrzeszcz oczu ze zdumienia: Aaaleee kaaawaa! Aromatyczna, esencjonalna, o działaniu odczuwalnie aktywizującym serce i umysł.
W Sofii, na ulicach, dużo „minikafejeczek” na wolnym powietrzu. Dwa, trzy, maksymalnie cztery stoliki ogrodowe (z tworzywa), z takimiż ogrodowymi fotelikami. Co kilkadziesiąt kroków. Przysiadają mieszkańcy okolicznych bloków, spotykając znajomych, którzy także wyszli na zakupy. Przysiadają na chwilę, a nie na długie konwersacje. Kawy się tutaj nie celebruje. Kawę się pije. Rankiem, w każdej grupce oczekującej na tramwaj lub autobus, kilka osób w biegu pije z plastikowych kubeczków kawę kupioną przed chwilą w owych mini kafejkach. Prowizorka, ale masowa. Mówią, że pobudza ich zapach kawy bardziej niż sam napój.

„Kawa czy herbata?”

W Polsce lat siedemdziesiątych kawa była symbolicznym prezentem „wspierającym sprawę”, której bieg wymagał wzmożenia urzędniczej życzliwości. Prezencik skromny, małogabarytowy, niekwalifikujący się jako łapówka, ale magicznie zwiększający powodzenie. Paczką kawy obłaskawiało się urzędniczki niższej rangi (w kontaktach z mężczyznami był inny gadżet). Sekretariaty tonęły wtedy w komfortowym, aromatycznym zapachu kawy. Sekretarka często kręciła młynkiem. Podawała jej dużo w godzinach pracy.
– Kawa czy herbata? – rytualnie pytała sekretarka.
– Dziękuję.
– Dziękuję: tak, czy dziękuję: nie?
Rytuał owego czasu. W pokojach biurowych, przed każdym niemal urzędnikiem, a na pewno przed każdą urzędniczką stała szklanka pełna fusów z wystygłą, niedopitą kawą. I oto hit: – Słuchajcie! W SAM-ie mają elektryczny młynek!! Kupujesz kawę i ekspedientka na życzenie od razu ją miele! Naprawdę!
Kawa w sklepach była bowiem wyłącznie ziarnista.

Elektryczny młynek – powiew Zachodu

„SAM” – sklep samoobsługowy był wynalazkiem PSS „Społem”. Był symbolem postępu cywilizacyjnego i elegancji w ekspozycji towarów handlowych („Słuchaj, normalnie wchodzisz między półki i sama bierzesz z nich towar! Rozumiesz? Nie tak, że ekspedientka ci podaje. Sama sobie grzebiesz w towarach i wkładasz do koszyka, co chcesz, a potem tylko idziesz do kasy. Masz wolność! Rozumiesz?”). Tak więc elektryczne młynki w sklepie w sposób widomy uświadamiały nowoczesność kraju, w którym żyjemy, pozwalały osobiście doświadczyć, wkraczającego w nasze życie, postępu technicznego. Zachód mamy! – cieszyliśmy się.

Kawiarenki…

Życie towarzyskie toczyło się w licznych kawiarniach. Już samo wejście do kawiarni było wejściem w aromat kawy. A wewnątrz: eleganccy starsi panowie zatopieni w czasopismach lub niegłośno rozprawiający o czymś przy filiżance kawy, eleganckie panie jak kumoszki półgłosem przędące barwne i pełne oburzeń rewelacje przy kawie z ciasteczkiem, grupki młodzieży wesoło chichoczące…
Każda „paka” młodzieży miała swoją kawiarnię. Szło się tam w czasie wolnym i albo zastawało się kogoś ze znajomych, albo zamawiało kawę i czekało – lada chwila ktoś z paki na pewno zajrzy. Czas oczekiwania urozmaicał pianista lub skrzypek. A młodzi ludzie przy filiżankach kawy ćwiczyli się w sztuce interesującej konwersacji, ścigając się nierzadko w różnych popisach intelektualnych. Ileż to było wysiłku dla tego jednego, uważnego, dziewczęcego uśmiechu…

Dziś prawdziwych kawiarni już nie ma

W mojej kawiarni owego czasu nie ma już pianisty, skrzypka, pluszowych foteli, infantylnej atmosfery, dyskretnego oświetlenia ani zapachu kawy. Jest sklep z dżinsami. W moim mieście nie ma już kawiarni z klimatami (może z wyjątkiem resztki po dawnej „WZ”, gdzie w niektóre dni, jak za czasów młodości, licznie gaworzą przy filiżaneczkach eleganckie seniorki z UTW). Samotni, eleganccy starsi panowie, z filiżankami wystygłej kawy, zatopieni w czasopismach, rozpierzchli się po kawiarenkach marketowych, jak rodzynki w tanim cieście. Jedyna kawiarnia z takimi klimatami, jaką jeszcze spotykam, chociaż już bez aromatycznej kawy, jest w Bydgoszczy.

Żeby kawa była kawą

Znużony dniem zabiegowym w sanatorium siadam na restauracyjnym tarasie.
– Kawę poproszę.
– W szklance…? – pyta siwowłosy kelner. Zamieram ze zdumienia: kto dziś pija kawę w szklankach? Błyskawicznie w mózgu pojawiają się dawno zanikłe obrazy. Biuro, szklanki z kawą – przyjątko, goście wyłącznie w garniturach, kieliszki, w szklankach kawa pachnąca egzotyką i dobrym towarzystwem.
– Wie pan, rzeczywiście, kiedy byliśmy młodzi, twórczy, przebojowi, kreowaliśmy rzeczywistość, kawę pijało się wyłącznie w szklankach… – wzdycham nostalgicznie.
– Dlatego pytam, jak patrzę na pana siwe włosy – odpowiada kelner. Pewnie także były „umysłowy”.
Dzisiaj kawę pija się w filiżankach albo fajansowych kubkach. Ale dzisiaj – nawet świeżo zaparzona kawa nie miewa aromatu. Dlaczego? Tego nie wie nawet pani w specjalistycznym sklepie na ulicy Jaskółczej. Kiedy w Grudziądzu, w restauracji zapytałem (przez ciekawość zresztą, a nie jako maruda), dlaczego podana, świeżo zaparzona kawa nie ma zapachu kawy, zrobił się rwetes. Właścicielka przybiegła osobiście z wymówkami, że się czepiam i podsunęła mi pod nos świeżo otwartą paczkę firmowej, mielonej kawy „Tchibo”, aby udowodnić, że kawa wcale nie musi pachnieć kawą, żeby była kawą. „Znaczy, zapach kawy jest jej cechą historycznie zmienną” – podsumował towarzyszący mi uczony kolega.
W latach dziewięćdziesiątych zmieniło się wszystko, nastąpiła era rozpuszczalnej. Pozbawionej aromatu, rytuałów i romantyki. Miejsce kawy zajęło, wszechobecne teraz, piwo. Tylko siwowłosi piją jeszcze kawę jako rytuał towarzyski w rozmowach, które już nie pachną kawą. A szklanek „w koszyczkach” nawet już nie ma.

tekst i zdjęcia: Andrzej Wasilewski

Kategorie
Tagi
Udostępnij