Krystyna Rydz opowiada o zespole Zakręcone Babki

Krystyna Rydz opowiada o zespole Zakręcone Babki

Zakręcone Babki tańczą od dziesięciu lat i rozkręciły niejedną imprezę. O tym, co wydarzyło się przez ten czas i że warto czasem rzucić się na głęboką wodę, opowiada Krystyna Rydz – założycielka zespołu.

Krystyna Rydz w rozmowie z Aleksandrą Gracjasz wspomina powstanie zespołu, opowiada o przygotowaniach do występów oraz zdradza tajemnicę świetnej kondycji. Przypominamy wywiad, który ukazał się w wydaniu drukowanym Gazety Senior w numerze 5/2019.

Aleksandra Gracjasz: Jak doszło do założenia zespołu?
Krystyna Rydz: Tak naprawdę wszystko zaczęło się od mojego skoku na bungee – wtedy poszerzyły mi się horyzonty, wcześniej nie myślałam o tańcu, chociaż śpiewałam w chórze przez wiele lat. Wyczytałam na słupie ogłoszeniowym, że jest impreza na Malcie organizowana przez jedną ze stacji radiowych i postanowiłam, że się wybiorę. Akurat miałam na sobie spodnie, bo na co dzień ich nie noszę – byłam tego dnia z mamą na rybach. Pan prowadzący zapytał mnie przed skokiem, jak mi na imię. Powiedziałam, że jestem Krystyna i że taki skok był moim marzeniem. W kolejce stały same osiemnastki. Jak podjechałam do góry windą, spojrzałam w dół, to się przeraziłam, ale powiedziałam sobie: „Dasz radę, idź na całość”. Wzięłam dziesięć głębokich wdechów i wydechów, ręce w bok, głowa w dół i skoczyłam – dwa razy mnie okręciło. Prowadzący powiedział do mnie: „Krycha, jak żyjesz, to zaklaszcz!”. A ja z głową w dół zaklaskałam z radości. Miałam wtedy 61 lat. Tym skokiem pokonałam swoje lęki, których było sporo w moim życiu. To była dla mnie ogromna inspiracja – wtedy już wiedziałam, że mogę wszystko.

Później na targach senioralnych kupiłam sobie strusie pióra, które spodobały mi się u dziewczyn tańczących taniec orientalny. Postanowiłam, że też sobie takie pióra kupię, uszyję strój i będę występować na scenie. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Wybrałam utwór, śpiew wzięłam na siebie – w końcu działałam w chórze. Zaprosiłam koleżankę, która gra na keyboardzie i dziewczyny ze spartakiady senioralnej – w sumie było ich pięć, jedna z nich ułożyła choreografię. Uszyłam sobie strój, innym też pomagałam, zrobiłam stroiki na głowę. Zgłosiłam nas jako Zakręcone Babki – nazwa zespołu wzięła się od tytułu popularnej piosenki Reni Jusis. Podchwyciłam ten wątek, a dziewczyny na to przystały. Próby robiłyśmy w ogródku koleżanki, która grała na keyboardzie, nie miałyśmy żadnej sali, ale już po trzech miesiącach zgłosiłam zespół z układem „Sambalele”.

Podczas pierwszego występu poszłyśmy na żywioł. Gdy pojawiłyśmy się na scenie, publiczność ogarnęła euforia – wszyscy bili brawo. Tańczyłyśmy razem z publicznością. Dla mnie to było ogromne wydarzenie, samba zrobiła wrażenie, więc zaplanowałyśmy na następny rok kankana. I tak to się zaczęło.

O.G.: Pani ma zmysł artystyczny, ale jest też niezłym logistykiem.
K.R.: To wszystko mi się ułożyło w głowie po tym skoku na bungee.

O.G.: Czy dzisiaj skoczyłaby Pani jeszcze raz?
K.R.: Tak! Tylko niestety lekarz mi zabronił, bo mam za gęstą krew. Po skoku na bungee chciałam skoczyć ze spadochronem, ale też się nie zgodził.

O.G.: A wcześniej rzucała się już Pani w życiu na głęboką wodę?
K.R.: Mając 16 lat, zapisałam się na naukę pływania. Koleżanka mnie zaprosiła, od razu się nauczyłam – i tam skakałam z trampoliny.

O.G.: Czyli ten skok jest u Pani motywem przewodnim?
K.R.: Jak już skoczyłam na pływalni, to z wieży też skoczyłam. Jako dziecko trenowałam gimnastykę sportową, pasjonowałam się sportem. Lubię ruch, zmiany – zawsze muszę coś robić. Kiedyś też malowałam, robiłam gobeliny i szyłam. Przez cały czas od założenia zespołu myślałam o tym, żeby się pięknie zaprezentować i żeby inni dostrzegli to, że mimo naszego wieku tańczymy jak osiemnastki.

O.G.: Co przez te dziesięć lat się działo?
K.R.: Od zawsze miałyśmy problem z miejscem prób. Trochę byłyśmy w Dąbrówce na początku, później na Ratajach, potem w Domu Tramwajarza, gdzie jesteśmy do teraz. Dziś jak Dom Tramwajarza nie może, to Ogród Botaniczny nam pomaga. Przez te wszystkie lata bywało różnie. Na początku mógł przyjść każdy, ale później nie wszyscy sobie radzili. Były dziewczyny, które odeszły, potem przyszły nowe. Niektóre występują dziś w innych grupach tanecznych i chórach. Muszę to wszystko zgrać, żeby wszystkim pasował konkretny dzień na próbę, co nie zawsze jest łatwe (śmiech).

O.G.: Ile jest Was teraz w zespole? Jest jakaś stała liczba?
K.R.: Zawsze musi być co najmniej 6 dziewczyn, żeby występ mógł się odbyć.

O.G.: Co tańczycie? Czego można się spodziewać podczas Waszych występów?
K.R.: Tańce orientalne, cygańskie, hiszpańskie, „Habanerę” z opery „Carmen”, kankana czy country. W danym sezonie proponujemy coś nowego. Zawsze prezentujemy tańce w jednym stylu – dwa układy. Drugi chwilę po pierwszym. Do każdego tańca się przebieramy. Przez dwa lata chodziliśmy do szkoły tańca, a tańca hiszpańskiego dziewczyny nauczyły się z internetu – są naprawdę zdolne. Teraz tańczymy głównie to, czego nauczyłyśmy się kiedyś. W tym roku na targach Poznań Viva Senior! zaprezentujemy taniec orientalny. Dziewczyny na początku mówiły, że jest w nim zbyt wiele obrotów, że nie dadzą rady, ale już po kilku próbach powiedziały, że wszystko umieją – i nie kręci im się w głowie!

O.G.: Czyli to jest kwestia dobrego nastawienia?
K.R.: I praktyki. Zapierały się na początku, a potem przyznawały mi rację. Oczywiście zdarzają się różne sytuacje, jesteśmy w końcu po 70-tce – pojawiają się problemy zdrowotne, dziewczyny opiekują się swoimi wnukami. Ja też dziś bardziej się męczę niż kiedyś, ale jak tańczę, to tego nie czuję – przychodzę do domu i jestem padnięta, a w trakcie nigdy. Bardzo się cieszę z tego, że jeszcze mogę tańczyć. Lekarz sam się dziwi i mówi, że to mi służy. Początkowo mówił, że powinnam ograniczyć taniec, ale nie mogę – ja to po prostu kocham. To jest silniejsze ode mnie. Moim zdaniem zawsze warto coś robić. Nie jestem w stanie usiedzieć w jednym miejscu. Jak zaczęła się moda na nordic walking, to ja już dawno chodziłam. Przez lata działałam w chórze. Z wnukami ciągle chodziłam na spacery. Ruch to zdrowie. Pozytywne myślenie przy tym wszystkim też jest ogromnie ważne.

O.G.: Gdzie do tej pory występowałyście?
K.R.: Kiedyś latem byłyśmy w Bydgoszczy na festynie anielskim, był też Zaniemyśl, Pobiedziska, Swarzędz, Biedrusko. W Poznaniu – Ogród Botaniczny, Stary Rynek, plac Wolności, park Wilsona, Stare Zoo, domy kultury i domy opieki. Przez lata uzbierało się tego naprawdę sporo. Jak jeździłyśmy nad morze, to zawsze zabierałyśmy ze sobą stroje i, mimo że byłyśmy na wczasach, tańczyłyśmy na plaży czy przy ognisku.

O.G.: Jak publiczność reaguje na Wasze występy? Na które tańce najżywiej?
K.R.: Najbardziej ludziom podoba się kankan. Zawsze o niego pytają, zwłaszcza mężczyźni – pokazujemy wtedy reformy (śmiech). Tańce orientalne i country też robią wrażenie.

O.G.: A młode zespoły co o Was sądzą?
K.R.: Podziwiają nas. My je też – za lepszą kondycję, ale same jesteśmy też niczego sobie. Uśmiechem i strojem nadrabiamy nasze braki.

O.G.: Kostiumy i choreografię przygotowujecie same?
K.R.: Dzisiaj mamy już wszystko – przez lata nazbierało się sporo kostiumów. Dziewczyny je też zmieniają, unowocześniają. Wianeczki na głowie to moja specjalność, bo bardzo lubię kwiaty. Zawsze chcę, żeby było kolorowo. Do strojów dziewczyny szukają inspiracji w internecie. Niczego im nie narzucam, rozmawiamy i potem wspólnie decydujemy. Moje skrzydła Izydy, które tak się podobają, podpatrzyłam u nauczycielki tańca orientalnego i zapragnęłam też takie mieć. Bardzo je lubię i jeśli mogę nimi ozdobić jakiś występ, chętnie to robię. Występowałyśmy też z układem „Seniorki jako przedszkolaki”. Z kolei w parku Wilsona, jak były piłkarskie mistrzostwa, to założyłyśmy krótkie spodenki.

O.G.: Czy jakiś występ wspomina Pani szczególnie?
K.R.: Festyn anielski w Bydgoszczy był wyjątkowy. Odbywał się na trawie, było bardzo ciepło, my na boso – to było przepiękne. Podobało mi się też to, że dałyśmy radę mimo upału. Każdy występ jest dla nas ważny – szczególnie wspominamy te w domach opieki, podopieczni się bardzo cieszą i tańczą razem z nami. Ludzie podziwiają to, że jesteśmy odważne – to się im bardzo podoba.

O.G.: Co zyskujecie dzięki tym występom?
K.R.: Radość życia! Kiedy inni się cieszą – nam się chce. Buzie są roześmiane, ludzie nam gratulują, tego się nie da opisać.

O.G.: Jesteście zakręcone na scenie, ale w zespole musicie się jakoś dogadywać.
K.R.: Dziewczyny mają sporo innych wyjazdów, ale dogadujemy się – staram się tak to zorganizować, żeby wszystkim pasowało. Przyjaźnimy się, jesteśmy wobec siebie życzliwe i nie ma zgrzytów między nami.

O.G.: Czy wszystkie dziewczyny są tak samo zakręcone jak Pani?
K.R.: Zdecydowanie tak. Jedna nawet robi szpagat – jest z tego znana. Podziwiam wszystkie dziewczyny i bardzo bym chciała, żeby jak najdłużej tańczyły. Kiedy jedną boli kolanko, to ja mówię: „Jakbyś wiedziała, co mnie boli, to byś nie uwierzyła, ale czy z tego powodu mam nie przychodzić na próbę?”.

O.G.: Jakie macie plany?
K.R.: Marzyłam zawsze o występie w Urzędzie Miasta. Teraz głównie tańczymy w Poznaniu. W tym roku na pewno będziemy tańczyć na Dniu Jeżyc, w Ogrodzie Botanicznym, podczas targów, a co jeszcze wydarzy się w przyszłości – to czas pokaże.

O.G.: Czego życzyć Zakręconym Babkom na kolejne dziesięć lat?
K.R.: Zdrówka! Bo jeśli będzie zdrowie, to kolanko będzie chodzić i będziemy tańczyć.

O.G.: To życzymy dużo zdrowia w takim razie.
K.R.: Pięknie dziękujemy! (śmiech)

Krystyna Rydz

Krystyna Rydz

Przeczytaj również:
Wanda Kwietniewska – Skóra to zawsze jest skóra

Kategorie
Udostępnij