Wywiad z autorką książki Miłość w Sanatorium

Wywiad z autorką książki Miłość w Sanatorium

Autorka książki „Miłość w sanatorium” zaczęła pisać na emeryturze, choć z wykształcenia jest malarką. Wprowadza w swoje powieści trochę autobiograficznych wątków, ale publikuje pod pseudonimem. Z Eleonorą Dworak, autorką powieści, rozmawia Linda Matus.

Więcej aktualnych informacji znajdziesz na stronie głównej GazetaSenior.pl

Linda Matus: 18 listopada 2019 r. ukazała się książka pt. „Miłość w sanatorium”. Bohaterką jest seniorka – kuracjuszka. Kiedy pierwszy raz zakiełkowała myśl, aby powołać do życia Zośkę – energiczną, sześćdziesięcioletnią malarkę?
Miłość w Sanatorium Eleonora Dworak: Sądziłam, że kuracjuszka Zosia ma ze mną niewiele wspólnego, ale ci, którzy czytali i mnie znają, mówią, że jest do mnie bardzo podobna. Narodziła się zapewne wtedy, kiedy po raz pierwszy pojechałam do sanatorium, czyli w 2005 roku. Od dawna uważałam, że na temat sanatoryjnych kontaktów powinno się napisać, ponieważ byłby to materiał na niejedną powieść. Przygodę z twórczością literacką zaczęłam trzy lata temu, dopiero na emeryturze. Wcześniej byłam wykładowcą akademickim w warszawskiej ASP. Właściwie jestem malarką i dlatego moje bohaterki często też parają się sztuką.

Jakimi jeszcze autobiograficznymi atrybutami obdarowała Pani główną bohaterkę?
Podobnie jak Zośka uważnie obserwuję ludzi, lubię ich i mam z nimi dobry kontakt. Wszędzie, gdzie się pojawiam, lgną do mnie i chętnie opowiadają o sobie. Podobnie jak ona, jestem energiczna i towarzyska. Mam dzieci i wnuki oraz wiekowych rodziców, więc z bliska obserwuję poszczególne fazy w życiu człowieka, a moi bohaterowie są na ogół „konglomeratem” postaci, bardziej lub mniej mi znanych.

Publikuje Pani pod pseudonimem. Skąd taka decyzja?
Publikuję pod pseudonimem, ponieważ przekonano mnie, że moje obecne nazwisko jest nie do zapamiętania i będzie przekręcane na wiele sposobów. Eleonora Dworak to także ja. Imię Eleonora jest moim drugim imieniem, natomiast Dworak jest moim panieńskim nazwiskiem, wybór więc nie jest przypadkowy.

Sanatoryjna rzeczywistość nie była Pani obca, gdy zasiadała Pani do pisania „Miłości w sanatorium”. Czy Pani znajomi, przyjaciele z turnusów obawiali się publikacji?
W sanatoriach bywałam kilkakrotnie, zawsze z moim mężem. W powieści nie opisałam poznanych tam postaci, raczej ich typy charakterologiczne, które uwikłałam w wymyślone sytuacje. Często jedna postać posiada cechy kilku poznanych osób, dlatego nie mam obaw, że ktokolwiek poczuje się urażony.

Co Panią w starości najbardziej zaskakuje?
Właściwie to starość mnie jeszcze nie zaskoczyła. Nie czuję się stara może dlatego, że nie mam na to czasu. Założyłam w mojej miejscowości Klub Aktywnego Emeryta i działamy prężnie. Maluję, piszę, opiekuję się wnukami, rodzicami i znajomymi, którzy sobie radzą gorzej ode mnie. Myślę, że gdyby pani zapytała o starość moich równolatków, nikt by się do niej nie przyznał. Nie, niczym mnie nie zaskoczyła. Starzenie się następuje powoli, czasem zauważamy je wtedy, kiedy stawy strzykają podczas zginania, gdy w kalendarzu widzimy kółka oznaczające jakieś badania czy wizyty lekarskie, kiedy krem na zmarszczki przestaje działać, a młodsi znajomi zaczynają podziwiać naszą witalność, która wcześniej nikogo nie dziwiła. Pewnie to jest starość, ale inaczej ją sobie wyobrażałam.

Czy trend się odwraca i powoli przechodzimy od kultu młodości do kultu dojrzałości?
Myślę, że kult młodości nie mija i pewnie nigdy to nie nastąpi. Młodość jest ciekawością, próbą, poznawaniem nieznanego. Zawsze wspomnienie młodości będzie wywoływało uśmiech na naszych twarzach. Moim zdaniem dojrzałość nie będzie kultowa, podobnie jak starość. Popularność programów o ludziach starszych bierze się zapewne stąd, że telewizję najchętniej i najczęściej oglądają ludzie w „słusznym wieku”, a oni chcą jeszcze o czymś marzyć, sprawdzić się, pokazać innym, że to nie koniec i że nie należy odpuszczać, bo wiek nie jest usprawiedliwieniem dla nicnierobienia. Wszak wszyscy będziemy kiedyś starzy, jeśli szczęśliwy los na to pozwoli.

Przyglądając się spektakularnych sukcesom telewizyjnym, to seniorzy i programy z ich udziałem przyciągają największą widownię (Sanatorium Miłości, Voice Senior). Czy myśli Pani, że show-biznes będzie skazany na seniorów?
Mam nadzieję, że show-biznes nie będzie skazany na seniorów, ponieważ starość nie jest najładniejsza, a niemal wszyscy jesteśmy estetami. W naszym kraju starsze osoby nie są przedmiotem uwielbienia, a i o szacunek często trudno. Teraz jest taki czas, że młodszych zajmuje internet, fora społecznościowe, wirtualne spotkania i anonimowość. Jeśli nawet oglądają zmagania staruszków to po to, żeby się pośmiać, poczuć własną przewagę, a w najlepszym przypadku wywołuje u nich rozczulenie, bo wspominają własnych dziadków czy babcie. Umówmy się, zmagania seniorów na scenie nie dadzą się porównać do występów osób młodszych, chociaż należy je docenić, bo na pewno wstydu nie przynoszą.

My tutaj po drugiej stronie życia nie możemy odpuszczać. Młodzi powinni wiedzieć, że jesteśmy, jeszcze nie rezygnujemy, więc walkower nie wchodzi w grę. Dzisiejsi sześćdziesięciolatkowie to wciąż czynni, często prowadzący własne firmy ludzie z marzeniami i całkiem pokaźnym potencjałem, na dodatek podpartym doświadczeniem.

Czy będzie Pani kontynuować obrany pisarski kierunek i powstanie cała seria przygód Zośki?
Oprócz książki „Miłość w sanatorium czyli dziennik kuracjuszki”, mam na swoim koncie jeszcze pięć innych tytułów. Niemal wszystkie dotyczą osób pięćdziesiąt plus. Niestety, na razie stać mnie było na wydanie jednej, tej wyżej wymienionej i tylko dzięki temu, że wydawnictwo Novae Res zgodziło się ją współfinansować. Obecnie mam na pulpicie siódmą, którą dopiero zaczynam. Nie ma kontynuacji żadnej z nich, ale w każdej staram się budzić uśpione emocje, nakręcać do działania i do wychodzenia z domu na spotkania z innymi ludźmi. Doświadczenie mi mówi, że siedzenie w domu i skupianie się na osobistych rozterkach nie prowadzi do niczego dobrego. Tylko inny człowiek może nas zaciekawić, pomóc rozwikłać nasz problem, albo sami mu się przydamy w trudnych chwilach. Trzeba wychodzić innym naprzeciw, żeby nie utknąć w domu ze wstydu przed starością.

„Miłość w sanatorium czyli dziennik kuracjuszki” (fragment książki)

Dzień pierwszy
Długo zastanawiałam się, czy składać papiery z prośbą o przydzielenie sanatorium. Ciągle wydawało mi się, że nie powinnam zajmować miejsca, bo są bardziej potrzebujący. Dopiero, kiedy zaczęły mi drętwieć ręce, a biodra odmówiły dalekich spacerów i nie pomogła stacjonarna rehabilitacja, zdecydowałam się na to. Złożyłam papiery, które mój ortopeda okrasił niezrozumiałymi dla mnie nazwami chorób, jakie mnie dotknęły. Znaczenie nazw wyjaśnił mi dopiero „doktor Google”. Nie miałam pojęcia, że mam coś takiego jak „krętarze” większe i mniejsze i to właśnie one – do dziś nie wiem, które – są odpowiedzialne za ból w moich biodrach. Nie istnieje metoda na wyleczenie dolegliwości, ale nadal pozostaje rehabilitacja, która bardzo pomaga, dlatego zdecydowałam się na wyjazd.

W tym samym okresie, gdy zaczęły mnie boleć biodra, okazało się, że mój mąż znalazł sobie kochankę. O ile mnie plotki i przeczucie nie zawiodły, nie była pierwsza. Po przegonieniu obojga, poczułam się samotna, opuszczona i bez prawa do lepszego jutra. Policzyłam zmarszczki, zważyłam się i szlag mnie trafił. Zaczęłam od odchudzania, bo po długim namyśle doszłam do wniosku, że czasu raczej nie cofnę. Niestety nigdy nie grzeszyłam konsekwencją, więc tym razem też zrezygnowałam z katowania siebie oraz najbliższej rodziny i postawiłam na naturalność i moją wątpliwą urodę. Te wszystkie wydarzenia miały miejsce jakiś czas temu i, gdy już przebrzmiała sprawa rozwodu, a krętarze po licznych zastrzykach nieco odpuściły, dostałam skierowanie do sanatorium w Kołobrzegu.

Do uzdrowiska przyjechałam całą dobę wcześniej, jak poradziły przyjaciółki, które często w takich przybytkach bywały. Dowiedziałam się od nich, co zrobić żeby dostać jednoosobowy pokój, kiedy pójść do lekarza i na jakie tortury warto wystawić swoje ciało. Miałam też pamiętać, żeby poprosić o zabiegi przed obiadem, by móc dowolnie dysponować całym popołudniem.

Budynek, w którym wylądowałam, miał świetną lokalizację. Z wychodzącego na północ okna balkonowego widziałam deptak, plażę i morze, a bliżej szeroki pas starych ażurowych sosen. Dostałam ładny, wygodnie urządzony pokój, a w nim oprócz dużego łóżka znajdowała się spora szafa w ścianie i stolik, na którym położyłam laptop. Były też dwa krzesła i miękki fotel. Balkon, a raczej loggia, mógł z trudem pomieścić jeden leżak. Na ścianie przy oknie wisiała instrukcja ostrzegająca przed pozostawianiem jedzenia na zewnątrz, bo może paść łupem mew. Z korytarzyka zaopatrzonego w półkę na buty i wieszak wchodziło się do niewielkiej łazienki wyposażonej w prysznic, umywalkę i kibelek. Zaproponowano mi też możliwość oglądania telewizji za drobną opłatą, ale na razie miałam dość katastrof wszelkiego autoramentu. Byłam świadoma, że zapłaciłam za lokum sporo kasy, jednak wygoda nie miała ceny. Oby jeszcze udało się z tymi zabiegami!

Od budynku, w którym miałam pokój, do pięknej szerokiej plaży było około stu metrów. Miał cztery poziomy, przy czym dwa stanowiła część hotelowa, a w podziemiach odbywała się rehabilitacja. W kompleksie znajdował się też spory basen z jacuzzi. Na najwyższym piętrze ulokowano salę gimnastyczną i dużą restaurację. Szerokie korytarze, na których umieszczono też kilka miejsc do siedzenia, powodowały, że poczułam się tam całkiem komfortowo. Zmęczona podróżą, zjadłam przywiezione kanapki, popiłam je herbatą i poszłam spać.

Fragment książki pt. „Miłość w Sanatorium – Dziennik Kuracjuszki” publikujemy dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res. Książka do nabycia w księgarniach. Gorąco polecamy nie tylko kuracjuszom.

Linda Matus
CATEGORIES
Share This

Zapisz się do newslettera Gazety Senior!

To proste, aby otrzymywać nasz Newsletter, wypełnij trzy pola poniżej i kliknij „Zapisz mnie do Newslettera”. Usługa jest bezpłatna.


This will close in 0 seconds