Portrety jesieni życia, czyli o wizerunku starości słów kilka

Portrety jesieni życia, czyli o wizerunku starości słów kilka

Czy ageizm to problem tylko naszych czasów? O to, w jaki sposób postrzegano seniorów dawniej, jak to się zmieniło i dlaczego zapytaliśmy pana prof. dra hab. Jerzego Semkowa, andragoga.

Ewelina Kodzis: Papież Franciszek powiedział, że naród, który nie szanuje ludzi starszych, nie ma przyszłości. Jak to jest z tym naszym stosunkiem do seniorów?
Jerzy Semków: Starość na przestrzeni dziejów była różnie postrzegana. Nastawienie względem seniorów zmieniało się sinusoidalnie. W okresie wspólnoty pierwotnej, kiedy ludy przenosiły się z jednych terenów na drugie, a wędrówka była istotą ich funkcjonowania, starsi ludzie byli zawadą, czymś, co spowalnia wędrówkę. Znane są przekazy, które mówią o tym, że starszych ludzi zostawiano, albo wręcz pozbawiano życia, by nie utrudniali drogi. To zmieniło się w momencie, kiedy te ludy zaczęły prowadzić bardziej osadniczy tryb życia. W starożytności, zwłaszcza w Grecji i Rzymie, ludzie starsi byli szanowani. Liczba seniorów nieustannie rosła. Ludzie żyli nawet siedemdziesiąt i więcej lat.

E.K.: Ponoć w starożytnym Rzymie nawet 38 proc. mieszkańców miało więcej niż sześćdziesiąt lat.
J.S.: To prawda. Warto również podkreślić, że żyli oni w luksusowych, jak na tamtą epokę, warunkach. Zwykle mieli niewolników, co oznaczało, że sami nie angażowali się w żadną wyniszczającą organizm pracę. Starość była przedmiotem szacunku. To zaczęło się zmieniać, kiedy nadeszła epoka najazdów barbarzyńskich. Barbarzyńcy prowadzili niestabilny tryb życia, nie koczowniczy, ale jednak często przenosili się z różne rejony Europy. W ich szeregach nie było miejsca dla seniorów. W średniowieczu ludzi starszych było bardzo mało, bo i życie ludzkie uległo zdecydowanemu skróceniu. Niewiele osób dożywało pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu lat – to były pojedyncze, rzadkie przypadki. Co ciekawe, najwybitniejsze postaci tamtych czasów żyły dłużej niż wynosiła ówczesna średnia. W XVIII i XIX wieku seniorów nadal było niewielu, ale ich liczba wolno wzrastała, jednak starość nie cieszyła się wielkim szacunkiem. Od drugiej połowy XIX wieku warunki życiowe zaczęły się poprawiać, nastąpił rozwój przemysłu i medycyny. W rezultacie w XX wieku długowieczność zaczęła być zjawiskiem powszechnym. Już w drugiej połowie XX wieku w USA na dziesięć tysięcy mieszkańców jeden miał ponad sto lat, a tych, którzy mieli ponad siedemdziesiąt było bardzo wielu. Nie zapomnę, kiedy pod koniec lat 50. i 60. do Europy przyjeżdżały wycieczki amerykańskich emerytów. Opisywało się to w prasie jako ewenement. U nas emeryci nie mieli tak dobrej sytuacji finansowej, by móc pozwolić sobie na dalekie wojaże.

E.K.: Również z tych bogatszych krajów przyszły do nas senioralne miasteczka, wioski. Czy to ageizm i chęć zepchnięcia emerytów na margines, czy naturalna potrzeba przebywania w swojej grupie wiekowej, wśród osób o podobnych zainteresowaniach?
J.S.: To intrygująca kwestia. Bałbym się jednoznacznie wyrokować, że jest to wyraz ageizmu. Wśród ludzi, którzy wchodzą w okres późnej dorosłości, są tacy, którzy znajdują przyjemność w obcowaniu z młodszymi. Do takich właśnie należą te osoby, które partycypują w działaniach uniwersytetów trzeciego wieku, w akademiach i klubach seniora. To są ci ludzie, którzy nie odżegnują się od młodych. Nie widzą nic złego w kontakcie z młodymi, a wręcz dostrzegają funkcje rozwojowe tych relacji. Obok takich ludzi są i tacy, którzy źle znoszą kontakt z młodszymi osobami. Nie wiem na karb czego to składać, złych doświadczeń, kiepskiej własnej młodości, czy wreszcie poczucia skrzywdzenia – „mam małą emeryturę, jestem w złej kondycji, więc usunę się na bok”. Jedni preferują pozytywną, aktywną starość, a drudzy – ten zdystansowany model. Nie wolno tego wartościować, każdy potrzebuje czegoś innego. Są osoby, które w jesieni życia potrzebują wyciszenia, ograniczenia aktywności, chwil na samotne rozmyślania. Tych ludzi nie wolno potępiać – to wynika z ich religijności lub bardzo dojrzałego stosunku do życia, świata, otoczenia. Jednak z badań wynika też, że niektórzy doskonale odnajdują się w rzeczywistości takich „senioralnych enklaw”. Dostają tam to, czego nie dało im życie rodzinne – ciepło, uczucie, przyjaciół w tym samym wieku. Jeszcze innym starszym ludziom często doskwiera izolacja. Narzekają na to, że nawet jeśli mieszkają z rodziną w jednym domu, ale na innym piętrze, to już nikt do nich nie zagląda. Kiedy siedzą przy wspólnym stole – nikt z nimi nie rozmawia.

E.K.: To czasami przechodzi w bardziej jawną izolację. Jak np. granny’s houses (babcine domki) w Australii, o których opowiadała nam jedna z czytelniczek. Pomysł, by senior zamieszkał wspólnie z dziećmi i wnukami jest dla mnie akceptowalny, ale lokowanie seniora poza rodzinnym domem – w specjalnym, małym domku w ogrodzie – to już trochę dziwne.
J.S.: Starałbym się spojrzeć na to z pozytywnej strony. Senior jest blisko, kontakt z rodziną jest zachowany, ale ograniczony w takim stopniu, że nie jest na co dzień uciążliwy dla jednej ani drugiej strony. Może to nowy przejaw szacunku dla starości w naszej najnowszej cywilizacji?

E.K.: To daje seniorowi to poczucie samodzielności, niezależności?
J.S.: Właśnie tak, to droga do autonomii, a niektórzy bardzo tego potrzebują. Potrzebują też niekiedy takiego odizolowania się na dłuższy czas. Grupa osób późnej dorosłości ma niesamowicie zróżnicowane potrzeby.

E.K.: Czy w ten sposób nie tworzy się sztucznej bariery? Czy nie pojawiają się wtedy dwie grupy? „my” i „oni”?
J.S.: Ta groźba będzie zawsze obecna, zwłaszcza przy realizowaniu tego typu pomysłów. Jestem przekonany, że wszystko będzie zależało od tego, jak sąsiedzi będą traktowali tych seniorów i od samych seniorów. Czy zechcą nawiązać kontakty z tym szerszym środowiskiem? Jak będą wyglądały te kontakty? Od seniorów nie da się całkowicie odizolować. Jeśli chodzi np. o Wrocław, to przez pierwszych dwadzieścia lat po wojnie starsi ludzie byli rzadkością. A teraz – proszę zobaczyć jak to się zmieniło.

E.K.: Właśnie, zmieniło się bardzo wiele. Żyjemy dłużej i okres późnej dorosłości chcemy spędzać inaczej. Po swojemu. „Wyemancypowani” dziadkowie nie chcą tylko opiekować się wnukami i siedzieć przed telewizorem. Co się stało ze stereotypowym seniorem?
J.S.: Tu mamy do czynienia z takimi dwoma nakładającymi się zjawiskami związanymi z transformacją ustrojową: pierwsze to przejście na gospodarkę wolnorynkową i do ustroju demokracji parlamentarnej, drugie to otwarcie na zachód i cały świat. Obserwowałem to uważnie, napłynęły do nas nowe mody, przyjmujemy dobre wzorce spędzania czasu po przejściu na emeryturę. Te wzorce powoli zadomawiają się w naszej kulturze. Na różne sposoby propaguje się pozytywny wizerunek starości. Muszę odwołać się do lektury, która zmieniła moje podejście do starości: „Życie bez starości. Młode ciało, ponadczasowy umysł”. To piękna książka, bestseller. Jej autor, Deepak Chopra, pokazuje, że czynnikiem, który ma największy wpływ na to, jak wygląda nasz okres późnej dorosłości, jest świadomość. Założenie, że nasza świadomość kształtuje nasze życie, jest już poparte badaniami. Badano ludzi, którzy przeżyli bardzo wiele, ale przyjmowali to wszystko z naturalnym spokojem. Szukali pozytywów w każdej sytuacji, niezależnie od zrządzeń losu byli z nimi pogodzeni. Przebadano wszystkich stulatków w Stanach Zjednoczonych. Okazało się, że w zależności od tego, jak o sobie myślimy, tak kształtuje się nasze dalsze życie. Przebadano też osoby, które nie miały żadnych zainteresowań i w momencie przejścia na emeryturę traciły poczucie sensu życia – ci ludzie szybko gaśli, odchodzili. Rezultat badań mówi jasno, że póki człowiek może i ma ku temu minimum warunków psychofizycznych, musi być aktywny w trzech zakresach: intelektualnym, fizycznym i psychospołecznym. Nie można rezygnować – nawet z tradycyjnych spotkań przy herbatce, z wyjść z przyjaciółmi na spacer, z imienin u znajomego. Bo to zawsze nas w pewien sposób wzbogaca. Człowiek może rozwijać się całe życie, najlepszym tego dowodem są uniwersytety trzeciego wieku. Ludzie wracają do zapomnianego języka, uczą się nowego, tańczą, poznają tajniki obsługi komputera, malują, piszą. Jeśli nasz umysł jest ćwiczony, to (pomijając przypadki np. choroby Alzheimera) nawet w wieku dziewięćdziesięciu lat będziemy w stanie sprawnie nim operować. Sposobem na dobrą starość jest takie formowanie świadomości, by ten świat nie wydawał nam się pełen zła, ale pełen dobra – musimy je widzieć i na nim właśnie się koncentrować. Szczęście jest ulotne, to są chwile. Nie wolno ich przeoczyć.

E.K.: A co jeśli ktoś nie ma ochoty biegać, malować i podróżować po dalekich krajach? Co jeśli ktoś nie ma ochoty „starzeć się z wdziękiem”? Czy powinniśmy zaufać, że ów ktoś wie, co jest dla niego najlepsze, czy też powinniśmy starać się aktywizować tę osobę na przekór jej niechęci?
J.S.: Znałem kiedyś pewnego pana, który po śmierci żony postanowił odciąć się od świata i aktywnego życia. Jeden z jego znajomych nie odpuścił i tak długo namawiał go na przyłączenie się do uniwersytetu trzeciego wieku, aż tamten uległ. Spotkałem go pól roku później i to był zupełnie inny człowiek. Zadowolony z życia, szczęśliwy. Odnalazł sens. Ponoć i w jego sercu jest weselej – poznał nową towarzyszkę życia.

E.K.: To kolejny trudny temat, kiedy samotni ojciec i dziadek lub matka i babcia znajdują miłość w jesieni życia. W stereotypowej wizji samotnego seniora nie ma miejsca na miłość inną niż ta do dzieci i wnuków. Jednak kiedy kilka miesięcy temu opublikowaliśmy w „Czerwonym Portfeliku Senior” rozmowę z seksuologiem o potrzebach osób dojrzałych – odzew był nad wyraz pozytywny. Czyżby i w tej kwestii coś się zmieniało?
J.S.: Poprzednie pokolenia raczej nie mówiły otwarcie o swoich potrzebach. Teraz rzadziej niż kiedyś od samotnych seniorów oczekuje się, że bez reszty poświęcą się rodzinie. Coraz więcej osób nie chce samotnej starości. Przybywa nam seniorów żwawych – duchem i ciałem. Jeżdżąc tramwajami i autobusami widzę czasem jak młode osoby ustępują miejsca starszym i wręcz nalegają, by tamte skorzystały. Starsi niejednokrotnie dziękują i odmawiają. Z jednej strony mamy tu troskę o seniorów, a z drugiej – seniorów, którzy jeszcze nie czują, by brakowało im sił i wymagali opieki. Obecnie starsze pokolenia raczej nie doznają ageizmu w tej najgorszej, ciężkiej postaci, nie czują się odrzucani przez młodszych. Jednak daje im się we znaki popularne przekonanie, że kiedy człowiek ukończy np. sześćdziesiąty rok życia, to już we wszystkim wymaga pomocy. I tu warto się zastanowić: czy taka postawa wynika z uprzejmości, czy z przekonania, że starszy człowiek musi być niedołężny?

E.K.: Nadopiekuńczość?
J.S.: Tak, to potrafi być szalenie denerwujące i jednocześnie niezręczne dla obu stron. W podejściu do seniorów można wyróżnić dwa bieguny. Pierwszy to nadopiekuńczość, która utwierdza starszego człowieka w przekonaniu, że sam nie jest w stanie już nic zrobić i wymaga pomocy, opieki. Drugi biegun to całkowity brak zainteresowania seniorem i jego potrzebami. Trzeba szukać złotego środka między tymi skrajnościami, a to nie uda się bez przyjęcia postawy otwartości. Starzenie się z wdziękiem to dla mnie właśnie otwartość – także na średnią dorosłość, młodą dorosłość. Otwartość zamiast zrzędzenia i postawy roszczeniowej.

E.K.: Społeczeństwo to taka rozsypana układanka, w której wszyscy szukamy swojego miejsca. Czy mamy już wszystkie puzzle, by ułożyć obrazek, czy jeszcze czegoś brakuje?
J.S.: Obawiam się, że jeszcze trochę pracy przed nami.

E.K.: Przed kim dokładnie? Starsi uczęszczają na uniwersytety trzeciego wieku, akademie, do klubów seniora, uczą się, rozwijają. A młodsi?
J.S.: Dużo się mówi o potrzebie przygotowywania do starości już od wieku przedszkolnego, o potrzebie uświadamiania, że starość czeka wszystkich. To może pomóc układać te nasze puzzle, choć całkowicie ich ułożyć zapewne nigdy nie zdołamy – możemy tylko próbować. Tak duża liczba seniorów w społeczeństwie to dla nas nowa sytuacja. Osób po siedemdziesiątym roku życia jest tak wiele i żyją tak długo, że zaczęto okres życia po sześćdziesiątce dzielić na trzy etapy – młoda starość (60-74), dojrzała starość (75-85) i starość sędziwa (powyżej 85).

E.K.: Czy to nie zmierza w kierunku przesunięcia wieku emerytalnego?
J.S.: Prawdopodobnie jeśli ta tendencja się utrzyma, to i wiek emerytalny znów będzie trzeba przesunąć. Praca przedłuża naszą aktywność. Ja również jestem bardzo szczęśliwy, że mogę nadal pracować ze studentami.

E.K.: Przyznam, że z mojej perspektywy praca do np. siedemdziesiątego roku życia wygląda raczej przygnębiająco…
J.S.: Okres późnej dorosłości jest szalenie zróżnicowany. Niektórzy zmieniają wówczas swoje życie i podejście do wielu spraw. To wymaga odwagi i świadomości, że ma się jeszcze wiele lat do przeżycia i że można je przeżyć w poczuciu sensu tego, co robi się dla siebie oraz innych.

CATEGORIES
TAGS
Share This

COMMENTS

Disqus ( )