obrazy nie zostały wyświetlone
Co zabrać do sanatorium? Felieton z cyklu Słowo daję

Co zabrać do sanatorium? Felieton z cyklu Słowo daję

Joanna Ciechanowska-Barnuś

Tak, tak! To ja! Autorka ta sama, tylko tytuł nowy. Bo skoro nowa dekada, to wypada się odświeżyć. Nie ma nic gorszego niż rutyna i powtarzalność. No, może z wyjątkiem nieustannego marudzenia i narzekania. Ani jedno, ani drugie nie jest mi bliskie i póki życia, póty zmiany.

Nowy tytuł cyklu felietonów, które zamierzam napisać dla Gazety Senior, wziął się z przekonania, że warunkiem dobrego życia na emeryturze jest angażowanie i dzielenie się tym, co mamy. I tu każdy z nas, stypendystów ZUS-u, musi znaleźć swój sposób. To wcale nie jest takie łatwe. Bo choć coraz więcej na ten temat się mówi, to pomysły na mądre angażowanie seniorów i wykorzystywanie ich kompetencji zdarzają się rzadko. Rośnie za to oferta, w której senior ma być odbiorcą cudzej aktywności. Poza tym nadal wszechobecny jest mit, że leżenie – pod palmą lub na kanapie – i nicnierobienie wystarczą, by odczuwać szczęście. Nie wiem, co trzeba zrobić, byśmy się odkleili od tego schematu. Życie to ruch, to aktywność, to bycie potrzebnym. I stąd właśnie zmiana tytułu – bo ja chcę i mogę dawać słowo. Moje szczęście, że jest ktoś, kto tego potrzebuje!

Bo w sanatorium jest miejsce dla każdego

To tyle tytułem wstępu i wyjaśnienia do nowego cyklu refleksji. Tymczasem nawiązując ponownie do wspomnianych wyżej, utrwalonych w obiegowym przekazie stereotypów, pozwolę sobie wtrącić swoje trzy grosze w sprawie tematu poruszanego w numerze 2.2020 Gazety Senior  – czyli sanatoriów. Wśród moich znajomych zdania na temat oferty leczenia sanatoryjnego są bardzo podzielone. Spora grupa uważa, że sanatoria to fanaberia i mydlenie oczu. Szczególnie współmałżonkom. Inni traktują leczenie sanatoryjne jako znakomity sposób na powrót do zdrowia. O ironio! W nieskończenie długich kolejkach po skierowanie sanatoryjne stoją zgodnie jedni i drudzy. Bo w sanatorium jest miejsce dla każdego.

Wychowałam się w domu, w którym pobyt w sanatorium był czymś tak oczywistym, jak fakt, że człowiek oddycha. Jeździła mama, u której zaraz po wojnie wykryto gruźlicę. Potem moja siostra, której dzieciństwo – ze względu na stan zdrowia – miało dramatyczny przebieg i właściwie częściej była w szpitalu lub w sanatorium, niż w domu. Potem ja, kiedy posypałam się zdrowotnie. Oczywiście należę do grupy zwolenników tej formy leczenia i nic mi w życiu tak dobrze nie robi, jak poranna gimnastyka, najlepiej na świeżym powietrzu. Jako kuracjuszka jestem zdyscyplinowana, zadowolona, punktualna i otwarta na wszystkie propozycje turystyczne, kulturalne i taneczne. Nawet kiedy pobyt jest niekoniecznie najbardziej udany, robię wszystko, by dostrzegać tylko pozytywy. Zawsze są! W końcu nie po to jedzie się na leczenie do wód, by potem nie wykorzystać lub nie docenić tego, co się dostaje.

✔ Przeczytaj również: Sanatorium NFZ 2020 zmiany i nowe zasady skierowań

Ten sam wiek, to samo imię

Ale ludzie pobyt w sanatorium traktują bardzo różnie. Przywożą do niego swoje problemy, nadzieje, wyobrażenia, przekonania i dzięki temu, dla uważnego obserwatora, czas spędzony w sanatorium to źródło wielu refleksji o naturze ludzkiej. Kilkanaście lat temu mieszkałam z dwiema paniami, które przyjechały z różnych stron Polski. Były w równym wieku i miały tak samo na imię. I to było wszystko, co je łączyło.

Jedna była stosunkowo młodą wdową. Od śmierci męża minęło już kilka lat, ale umarł bardzo młodo, kilka lat po ślubie, w wyniku jakiegoś banalnego, a strasznego w skutkach, niedopatrzenia lekarzy. Kobieta przyjechała z małej miejscowości, w której rodzina jej zmarłego męża tak skutecznie obwiniała ją o jego śmierć, że ona o niczym innym nie mówiła. Każda rozmowa na dowolny temat – pogoda, dzieci, wycieczka, pies, jedzenie, ciuchy – zmierzała nieuchronnie w kierunku tematów funeralnych – pogrzeb, stypa, cierpienie po stracie, wina, odzież żałobna. Niewątpliwie nadawała się na terapię, ale to był czas, kiedy problemy ze zdrowiem psychicznym leczono skierowaniem sanatoryjnym.

Druga była mężatką, przyjechała z dużego miasta i była zaprzeczeniem pierwszej. Miała tyle apetytu na życie, że wystarczyłoby dla całego piętra. Przyjechała w góry, w które zazwyczaj kuracjusz zabiera odzież sportową. W jej walizce i zestawie odzieży dominowały wieczorowe sukienki, szpilki i całe zestawy kosmetyczne pozwalające błyszczeć na wieczornych fajfach. Któregoś dnia w sporej grupie wybraliśmy się na spacer i prawie sobie nogi połamała, próbując pokonać kamienistą ścieżką w lakierowanych czółenkach. Innych butów nie zabrała. Niewątpliwie była gwiazdą każdego wieczoru i rząd admiratorów szturmował drzwi, by pozyskać jej względy.

✔ Przeczytaj również: Wywiad z autorką książki Miłość w Sanatorium

Sanatoryjny niezbędnik

Już pierwszego dnia obie wiedziały, że mają bardzo mało wspólnego ze sobą. Ale okazywały sobie sympatię i zrozumienie. Pierwsza w swym osamotnieniu pozostała milcząca i smutna. Druga była na ustach wszystkich i stanowiła ulubiony temat do rozmów, prowokując wyglądem i zachowaniem. Zaprzyjaźniłam się z obydwiema i wiele lat utrzymywałyśmy kontakt. Od tamtego pobytu wiem jedno. W sanatoryjnej walizce każdego kuracjusza najbardziej się przyda i koniecznie musi się znaleźć spora dawka akceptacji dla innych, z którymi przyjdzie nam spędzić turnus. Bo sanatorium to prawdziwe życie. Tylko w soczewce.

źródło: Gazeta Senior 2.2020

Felietony Joanny Ciechanowskiej-Barnuś można przeczytać też na blogu: www.senioralki.blogspot.com

Dbasz o zdrowie? TUTAJ odnajdziesz ciekawe artykuły poświęcone zdrowiu.

Przeczytaj również:

Kolejki, wizyty prywatne i brak lekarzy – opieka medyczna w 2020

Seks seniorów – fakty i mity

 

Kategorie
Udostępnij