Nikt nie chciał tego filmu. Rozmowa z Aleksandrą Potoczek reżyser filmu “xABo. Ksiądz Boniecki”

Nikt nie chciał tego filmu. Rozmowa z Aleksandrą Potoczek reżyser filmu “xABo. Ksiądz Boniecki”

Wierzący i ateiści garną się do księdza, jego życie to nieustająca posługa. Liczą, że otrzymają receptę lub przepis na życie, a Boniecki jest otwarty na każdego, kto się przysiądzie, dosłownie. W czasach, w których artykuł, film, mem żyją tak krótko, skąd determinacja i cierpliwość, aby poświęcić trzy lata życia na jeden projekt…? To dość nietypowe, można by powiedzieć, staroświeckie podejście. Rozmawiamy z Aleksandrą Potoczek, reżyser filmu „xABo. Ksiądz Boniecki”, który 24 lipca wszedł do kin.

Narodziny filmu

Linda Matus: Ksiądz Boniecki modlił się, aby odstąpiła Pani od pomysłu nakręcenia tego filmu. Bóg nie wysłuchał jego prośby. Czy czuła Pani wsparcie opatrzności, siły wyższej, losu, czy raczej były to głównie kłody pod nogi?
Aleksandra Potoczek: Na początki czułam, że nikt oprócz mnie nie chce tego filmu. Gdy on (ksiądz – przyp. red) odmawiał mi, rozumiałam go. Wiedziałam, że to jest człowiek bardzo zajęty i to, co mu proponuję, do niczego nie jest mu potrzebne.
Początek był bardzo trudny. Długo robiłam ten film zupełnie sama, np. ze swoich środków jeździłam za księdzem z kamerą. Czasem podróż przez całą Polskę szła na marne, bo okazywało się, że księdza nie ma w miejscu, w którym miał być. To był czas, kiedy bohater przekonywał się do mnie i choć wciąż było mi ciężko uwierzyć w to, że film powstanie, miałam w sobie jakąś dziwną determinację. Bo przez pierwsze pół roku nic nie wskazywało, że się uda. Nawet bliscy mi ludzie mówili, że może czas, żeby odpuścić. Teraz to widzę i nie nazwałabym może tego opatrznością, ale jakaś przemożna intuicja kierowała mną w tamtym okresie. Bardzo chciałam zrobić ten film, wiedziałam, że to jest ważne. Nawet tak mówiłam do księdza, innych argumentów nie miałam, a on odpowiadał „Wiem, wiem, to jest ważne…”.
Po roku pracy zaczęło się jakoś powolutku układać. Znalazł się koproducent w postaci stacji TVN, następnie „Tygodnik Powszechny” oraz ludzie, np. operator Adam Palenta, który tchnął w to swoją ciekawą myśl. To była druga część pracy nad filmem, a w sumie robiliśmy go trzy lata.
Ostatni etap to czas, kiedy razem z bohaterem byliśmy już drużyną, to czas pełnego zaangażowania księdza i jego wsparcie. Najpierw szedł ksiądz, a za nim czteroosobowa ekipa cieni, tak nas nazywał.
To, co następowało, wynagradzało wcześniejsze trudny.

xABo. Ksiądz Boniecki/Materiały prasowe

Praca z ks. Bonieckim

Ksiądz Boniecki jest niezwykle zajętym człowiekiem, 300 dni w roku w podróży, blisko 200 spotkań autorskich w roku. Nawet nie może zjeść w spokoju, jak widzimy w filmie. I do tego Pani z ekipą filmową. Jak radziła sobie Pani z tą chyba mało komfortową sytuacją, może również wyrzutami sumienia?
Zamysł reżyserski był taki, aby to było delikatny, obserwacyjny, nieingerujący film. Dbaliśmy o to, aby nie być kolejnym obciążeniem, widząc, jak on jest przemęczony tymi tłumami ludzi. Nie chcieliśmy stać się kolejnymi zabieraczami czasu. Cały czas tłumaczyłam sobie to wartościami, które mną kierowały, że to jest ważne, że będzie ważne dla tych ludzi, którzy tak tłumnie przychodzą na spotkanie z księdzem. Nawet pamiętam jeden z wyjazdów, gdzie ksiądz był w trzech miastach jednego dnia. Setki podpisanych książek, każdy chciał zająć tylko chwilę, z czego robiły się godziny. Byliśmy już zezłoszczeni tym, że ci ludzie nie widzą jego zmęczenia, wieku. Na drugi dzień zebraliśmy się na delikatną rozmowę z księdzem, aby zaczął się oszczędzać. Z politowaniem skwitował to zdaniem, że „znaleźli się ci, co nie przeszkadzają”.

Są różne szkoły pracy nad dokumentem. Jaką metodę zastosowała Pani w pracy z tak nietuzinkowym człowiekiem? Co się sprawdziło, a co niekoniecznie?
Przyjęłam jedną podstawową metodę: metodę odrzucenia wszelkich metod. Zarówno w Szkole Wajdy, jak i łódzkiej filmówce, które ukończyłam, dokumentalistów uczy się różnych metod otwierania bohatera i zbliżania się do niego. Wiedziałam od samego początku, że nasz bohater ma potężną przewagę intelektualną nade mną. Osobiście też chciałam, żeby to było uczciwie postawione, bez kombinowania, nie próbowałam na nim żadnych metod. Moim jedynym założeniem było, aby być w porządku i jak najmniej absorbować księdza, aby to był czysty dokument. I to się chyba sprawdziło. Gdybyśmy byli jakąś ekipą kombinatorów, to by się nie udało. Brak metody jako metoda sprawdziła się więc bardzo dobrze.

xABo.Ksiądz Boniecki/Materiały prasowe

Przewodnik duchowy czy celebryta?

Obserwując księdza, już seniora, czy uważa Pani, że dopiero starość daje nam odpowiedni dystans, aby widzieć życie takim, jakie jest, „aby nie kombinować”, jak mówi bohater?
Bardzo chciałam, aby to był portret zrozumienia starości. Do tej pory widzę, że sprawy, którymi się przejmujemy, zupełnie nie zajmują księdza. To wynika z osobowości, mądrości, ale też doświadczenia życiowego. Starość i jej fizyczne ograniczenia dają tę mądrość, spokój wobec życiowych zakrętów i pewność.

Z jednej strony pewność, z drugiej mnóstwo wątpliwości. To film o księdzu, Bogu, wierze i wątpliwościach. Jak to jest przyjmowane?
Bardzo się cieszę, że ten film jest utkany z wątpliwości bohatera. Mam takie poczucie, że to jest obraz osoby, której siła tkwi w zadawaniu sobie pytań. Wciąż wątpi, ma swoje dylematy, pęknięcia. Dopóki myślimy, dopóty wątpimy.

Zapadło mi w pamięć stwierdzenie księdza, które pada w filmie: „Szczęście to efekt uboczny”. Dążenie do szczęścia stało się mantrą naszych czasów. Zaskakujące było również, jak często pada pytanie, czy ksiądz jest szczęśliwy, a Boniecki wydaje się wcale go sobie nie zadawać.
To pytanie: czy jest szczęśliwy, to był nasz refren w tym filmie. Dla ludzi pytających go o różne ważne dla nich rzeczy, czy on jest szczęśliwy, jest takim rewersem. To tak jak z psychoterapeutą lub przewodnikiem duchowym, za którego wielu go uważa, wydaje nam się, że ma fantastyczne życie bez problemów. Ludzie pragną myśleć, że to szczęście jest w jego życiu. A w filmie pada, że on sobie takich pytań nie zadaje i że to nie jest pierwszoplanowa kwestia w jego życiu.

Podsumowanie i co dalej?

Trzy lata pracy to ogromna ilość nagrań. Co stanie się z materiałami, które nie weszły do filmu? Czy ma Pani na to jakiś pomysł?
Na razie nie myślę o tym, bo produkcja była bardzo pracochłonna, właściwie trzy lata poświęciłam tylko na to. Materiały zostały zarchiwizowane i pojawiają się różne pomysły, ale póki co chciałabym, aby film wszedł do kin, aby zobaczyło go jak najwięcej osób. Na razie myślę na krótkich odcinkach.

Czy to doświadczenie filmowe zmieniło Panią? Czy będzie Pani teraz robić inne filmy?
Tak, myślę, że tak. Gdy zabierałam się do pracy nad filmem, wiedziałam, że chcę zrobić to jako rozmowę, dialog, wbrew temu jak się robi filmy dokumentalne, czyli wychodząc od konfliktu i budując intensywną narrację. To postać księdza pozwoliła mi po prostu iść za nim, choć wiele osób mówiło, że nie powinnam lubić swojego bohatera. Powinnaś zrobić to w bardziej kontrowersyjny sposób, przecież to ksiądz, który ma zakaz mówienia. Posłuchałam siebie. To jest dla mnie nauką, że warto sobie zaufać.

Czy teraz ma Pani dużo pracy przy promocji filmu?
Dużo. To mnie głównie teraz zajmuje, ale też cieszy, bo chciałabym, aby film trafił do jak największej publiczności.

Cały ciężar spadł na Panią?
Ksiądz to dobrze wymyślił (śmiech).
Marzyłam, aby to był film oglądany w zaciszu kinowym i to się udało. Jestem po pierwszym pokazie z publicznością, ponieważ pandemia trochę pokrzyżowała nam szyki. Zamiast oglądać film patrzę na ludzi i widzę, jakie emocje budzi postać księdza i to, co pada w filmie. Jest to dobra energia.?

„xABo: Ksiądz Boniecki” Zwiastun filmu

Strona filmu i możliwość kupienia biletu na seans TUTAJ

xABo: Ksiądz Boniecki – film o ks. Adamie Bonieckim (ZWIASTUN). Nagroda KFF. W kinach od 24 lipca

Kategorie
Udostępnij