Wanda Kwietniewska – Skóra to zawsze jest skóra

„Hi-fi”, „Nie będę Julią” to przeboje z lat osiemdziesiątych, które znamy i nucimy do dziś. Śpiewała je Wanda Kwietniewska, która choć dziś przekroczyła już 60-tkę, nadal koncertuje, nagrywa płyty i jest, jak ją nazywają fani, prawdziwą „petardą”. Z wokalistką Wandą Kwietniewską, założycielką grupy rockowej Banda i Wanda, o muzyce, Mazurach i siatkówce rozmawia Magda Wieteska.

Magda Wieteska: O jakim zawodzie marzyła Pani w dzieciństwie?
Wanda Kwietniewska: Marzyłam, jak wiele innych dzieci, by zostać kierowcą autobusu albo jeszcze lepiej – wozu strażackiego! Potem, już jako nastolatkę, fascynował mnie szkolny kabaret, ale na równi ze sportem, zwłaszcza siatkówką, którą uwielbiam do dzisiaj. Chciałam zostać zawodowym siatkarzem. Tak, siatkarzem, a nie siatkarką!

M.W.: Jak odkryła Pani swój talent muzyczny? Czy był ktoś, kto w tym pomógł, a może zainspirował?
W.K.: Zaczęło się od tańca. Byłam małą, trzyletnią dziewczynką i u dziadków w szkole, którą prowadzili, zachwyciła mnie piosenka „Wala twist” Filipinek. Przetańczyłam całą sylwestrową noc do upadłego. Można więc śmiało powiedzieć, że ten utwór autentycznie zwalił mnie z nóg. Oblatany miałam też repertuar Mazowsza, ale wkrótce mój straszy brat wszedł w posiadanie legendarnego adapteru Bambino, a że nasz wujek produkował pocztówki dźwiękowe, więc bez reszty pochłonął mnie polski bigbit, a wkrótce potem i zachodni rock, bo wszystko było pod ręką. W szkole podstawowej zaczęłam się uczyć grać na gitarze i stałam się gwiazdą naszych ognisk harcerskich…

Wanda Kwietniewska

Wanda Kwietniewska, PAP/StrefaGwiazd/Stach Leszczyñski

M.W.: Najpierw śpiewała Pani w Lombardzie, a dopiero potem założyła własny zespół – Bandę i Wandę. Jak wspomina Pani pracę w Lombardzie? A co było największym wyzwaniem w prowadzeniu własnej grupy?
W.K.: Lombard wspominam bardzo dobrze i z wielkim sentymentem. Tam wszystko wydarzyło się po raz pierwszy. Wielkie koncerty, festiwale, programy telewizyjne i ogromna popularność. No i oczywiście pierwsza w życiu Złota Płyta za longplay „Śmierć dyskotece”. Było pięknie, ale ponieważ w Lombardzie nie mogłam się przebić z własną twórczością i bardzo pyskowałam managerowi, zostałam szczęśliwie wyrzucona z kapeli i musiałam szybko stanąć na nogi. W 1983 roku, w noc sylwestrową zaprezentowałam pierwszy utwór własnej formacji Banda i Wanda. To było bardzo ekscytujące wydarzenie. Na antenie Programu III Polskiego Radia Piotr Kaczkowski puścił nasz utwór „Fabryka marzeń”. Z małymi przerwami prowadzę mój zespół (dziś jako Wanda i Banda) od 35 lat.

M.W.: Życie artystyczne w latach 80. Co było wtedy, czego nie ma już dziś? Czy za czymś Pani tęskni?
W.K.: Lata osiemdziesiąte to okres największej popularności mojego zespołu. Pierwszy skład to: Marek Raduli, Jacek Krzaklewski, Henryk Baran i Andrzej Tylec. W tym składzie zjechaliśmy Polskę wzdłuż i wszerz, grając po 30-40 koncertów w miesiącu. Wokół było szaro, ponuro, kartki na mięso i cukier, a na koncertach wrzała, kipiała i buzowała krew młodych ludzi. To był inny świat. Koncerty były wielką radością i świętem zarówno dla publiczności, jak i wykonawców. Charakterystyczne dla tych czasów było również to, że artyści przyjaźnili się ze sobą. Na festiwalach lubiliśmy spędzać czas razem, popijając drinki i gadając aż po świt. Dziś już tak nie jest, każdy przyjeżdża, gra swoje i wyjeżdża. Tej integracji bardzo mi brakuje.

M.W.: Gracie od 35 lat. Czy jakiś koncert, spotkanie z publicznością mocno zapadły w Pani pamięć?
W.K.: Jest wiele takich koncertów, ale ponieważ właśnie świętujemy 35-lecie zespołu, więc powiem o tegorocznym występie w moim rodzinnym Przywidzu. Rodzinnym, bo właśnie tam się urodziłam na kancelaryjnym stole we wspomnianej szkole u dziadków! Mama nie zdążyła mnie „dowieźć” do Gdańska, a tam miała rodzić. No i w tym roku, w sierpniu Przywidz zaprosił mnie na rocznicowy koncert. A moje zaproszenie do wspólnego występu przyjęła Małgosia Ostrowska i poczułyśmy się na scenie jak za starych, lombardowych czasów! Było wspaniale i wzruszająco, bo spotkałam też panie, które pamiętały mnie z dzieciństwa, a organizatorzy przygotowali niespodzianki – monument Korzenie Rocka przy Bulwarze Zespołu Czerwone Gitary przyozdobiło logo mojego zespołu, a przy wejściu do budynku szkoły (obecnie biblioteki) odsłonięto tablicę z informacją o owym wydarzeniu na kancelaryjnym stole… Cudowne chwile, fantastyczni gospodarze, rewelacyjna publiczność, jezioro – czyli było wszystko! Długo będę to wspominać.

M.W.: Mieszka Pani w Warszawie, a wypoczywa na Mazurach. Ma tu Pani własne siedlisko. Jak wyglądają Pani weekendy nad jeziorem?
W.K.: Mieszkam w Warszawie, ale każdą wolną chwile staram się spędzać na Mazurach. Z tym że nie są to na ogół weekendy, bo wtedy najczęściej gramy. Chcę tam zamieszkać na stałe, bo to piękne miejsce! W zależności od pory roku robię tam różne rzeczy. Sporty wodne (jestem zapalonym motorowodniakiem), pływanie, wędkowanie. Jesienią oczywiście grzyby, a zimą – łyżwy i dokarmianie zwierząt. Mam grupę przyjaciół, którzy często nas odwiedzają. Zawsze jest bardzo wesoło i nigdy się nie nudzimy.

M.W.: Jest Pani fanką siatkówki. Czy sama również uprawia Pani ten sport?
W.K.: Siatkówkę kocham miłością dozgonną i grywam, kiedy mam tylko okazję. Jestem zagorzałym fanem naszej ligi i oczywiście reprezentacji. Nasi siatkarze, mistrzowie świata zasługują na najwyższe uznanie i podziw. I dobrze by było, gdyby zarabiali znacznie więcej.

M.W.: Wizerunek sceniczny Wandy Kwietniewskiej nie zmienia się od lat. Gitara, rockowe ciuchy, nie pamiętam, żebym widziała Panią na szpilkach czy w kostiumie…
W.K.: Klasyczne kostiumy pozostawiam paniom polityczkom, szpilki to piękna sprawa, ale ja jestem i pewnie pozostanę typem „trampkowo-glanowym”. Po prostu lubię określony styl. Skóra to zawsze jest skóra. Ponadczasowo!

M.W.: Fani mówią o Pani „petarda”. Jak udaje się zachować tak wspaniałą formę i kondycję?
W.K.: Nie wiem… Żyję dość szybko. Nie przywiązuję wielkiej wagi do diet. Ćwiczę dość nieregularnie, jeżdżę na nartach i ogólnie dużo się ruszam. Staram się cieszyć z tego, co mam i nie zadręczać się tym, że czegoś nie mam. Czyli u mnie szklanka zawsze jest do połowy pełna, a nie pusta. To powoduje, że nie jestem ponurakiem, a śmiech i uśmiech, jak wiadomo, to zdrowie!

M.W.: Wolny czas – jak Pani odpoczywa, ładuje akumulatory?
W.K.: Akumulatory najchętniej ładuję na Mazurach, a jeśli nie mogę wyjechać, to zawsze książka i dobry film relaksują mnie znakomicie.

M.W.: Marzenia Wandy Kwietniewskiej.
W.K.: Mam córkę, Kaję, która ma 22 lata. Chciałabym, aby ona i jej pokolenie nie musieli wyjeżdżać z kraju w poszukiwaniu normalnego życia.

Polecamy również ZAKŁADKĘ WYWIADY TUTAJ

źródło: Gazeta Senior wydanie 2/2019

 

CATEGORIES
Share This

COMMENTS

Disqus ( )