Historie kuchenne dla laików i nie tylko. Barbara Czaykowska-Kłoś

Historie kuchenne dla laików i nie tylko. Barbara Czaykowska-Kłoś

„Jak ważne jest przygotowywanie posiłków, jedzenie przy wspólnym stole. Zwykle nie poświęcamy temu wiele czasu. Ot, byle szybko, byle nie być głodnym” – pisze Barbara Czaykowska-Kłoś w swojej pierwszej książce, pełnej rodzinnych wspomnień, anegdot i przepisów na zdrowe, smaczne potrawy. A dziś dzieli się z nami sposobami na proste, ale pyszne dania ze składników, które mamy w swoich kuchennych szafkach i lodówkach. Bez wychodzenia z domu!

Magda Wieteska: Już latem możemy się spodziewać drugiej części Pani „Historii kuchennych o miłości, rodzinie i sile tradycji” z podtytułem „Czym chata bogata”. Co w niej będzie?
Barbara Czaykowska-Kłoś: Po zamknięciu pierwszej części „Historii kuchennych…” zostałam z lawiną wspomnień i przepisów, których książka nie mogła pomieścić. Głębokie szuflady skrywały wciąż całą masę najrozmaitszych notatek – opisów wielu wydarzeń, sięgających dawnych lat i korespondencji pełnej rodzinnych historii.
Od lat czerpię z tych bogactw. To one wraz z nabytymi przez lata doświadczeniami dają mi wciąż motywację i siłę do przeciwstawiania się codziennym trudnościom. Pełno w nich przykładów na to, że „kiedy się wydaje, że Pan Bóg zamyka drzwi – otwiera na oścież okno”.
Dopóki przed laty nie rozpoczęłam spisywania kuchennych historii, dopóty wszystkie wspomnienia spokojnie drzemały w mojej głowie, poukładane bardziej lub mniej składnie, a pisząc ze wzruszeniem odkrywałam, że nawet bardzo odległe doświadczenia, wspomnienia różnych wydarzeń z czasów dzieciństwa i młodości, wiele z moich późniejszych zachowań czyniły oczywistymi – tłumaczyły je i usprawiedliwiały. Wspomnienia nabierały kształtów choćby w postaci najróżniejszych, zapamiętanych potraw i smaków.
Odkąd pojawiły się wnuki, moja kuchnia wzbogaciła się o całkiem spory zbiór najróżniejszych pomysłów na zdrowe i smaczne potrawy dla małych dzieci, które powstawały w oparciu o pewną wiedzę i niemałe doświadczenie. Postanowiłam więc choć niektóre z nich umieścić w tej książce, z nadzieją, że okażą się przydatne zwłaszcza opiekunom małych „jarzynowo-owocowych niejadków”.

Tegoroczna wiosna na dobre zmieniła nasze funkcjonowanie, również w zakresie naszych zwyczajów kulinarnych…
Ten paskudny wirus-celebryta, który wdział koronę i straszy, w końcu sczeźnie i życie powróci na swoje tory. Wierzę, że wyjdziemy z tego silniejsi, choć wielu w żałobie po stracie najbliższych.
Ci, którzy zapracowani, nie mieli czasu na stołowanie się w domu bądź nie lubią w domu pitrasić, wrócą pewnie do swoich ulubionych restauracji, a inni, może nabrawszy z konieczności chęci do przyrządzania posiłków w domu, połknęli bakcyla i od czasu do czasu coś we własnej kuchni zechcą przyrządzić najbliższym bądź sobie…

A co by Pani polecała tym kulinarnym laikom? Coś prostego, ale smacznego…
W tak zwanych ciężkich czasach, kiedy kiełbasa „zwyczajna” była bardzo zwyczajna – lekko wysmażona, a więc pozbawiona przede wszystkim nadmiaru wody, z dodatkiem zeszklonej cebulki i kilkoma podsmażonymi pieczarkami, podana w chlebie na gorąco prosto z piekarnika i dodatkowo oprószona startym żółtym serem, plasowała się wśród naprawdę znakomitych dań.
Teraz jest o wiele łatwiej. Można to pyszne danie przygotować z każdej niemal kiełbasy. Doskonałe są „Śląska” i „Drobiowa” – z tych korzystałam. Danie nie musi być podane w chlebie, może być obok  Plusem potrawy jest też to, że można ją zawekować i w razie potrzeby po prostu otworzyć słoik z gotową strawą.

Rzeczywiście nie wydaje się trudne. Smażona kiełbasa z chlebem…
A ja zamiast pieczywa proponuję zrobić kopytka – banalnie łatwe.
Ugotowane kartofle, bez soli, gotuję w łupinach (mniejsze straty, szybciej i zdrowiej).
Ugotowane – widelcem sprawdzam, czy miękkie, odcedzam do wiaderka (nawóz dla roślin znakomity!), zalewam je w garnku zimną wodą i po kilku chwilach można je już „obrać” – skórka sama schodzi. Przestudzone przeciskam przez praskę, lekko ugniatam, by były w misce płasko ułożone. 1/4 wyjmuję i układam na pozostałej ziemniaczanej masie, by zrobić miejsce dla mąk – dwie części mąki pszennej i jedną ziemniaczanej. W zależności od ilości ziemniaków daję jedno całe jajo, jedno żółtko i trochę soli. Trzeba ciasto szybko wyrobić – po prostu połączyć składniki. To bardzo wdzięczne ciasto! Trudno tu o błędy. Trochę mąki zostawiam sobie obok deski, na której toczę wałeczki ciasta. W międzyczasie nastawiam na palniku wodę w płaskim garnku, lekko solę.
Wałeczki ciasta mają około 2 cm średnicy, długość taką, by wygodnie się wałkowało. Kroję ukośne ok. 1.5 cm kluseczki, odkładam na oprószoną mąką deskę. Gotuję krótko. Kiedy tylko wypłyną, są gotowe. Wyjmuję łyżką cedzakową na półmisek i polewam łyżką oleju. Wtedy warstwy kopytek się nie sklejają.
Z ugotowanych w ten sposób (w mundurkach) ziemniaków można przyrządzić znakomitą sałatkę.
Wystudzone i obrane pokroić w cienkie talarki, wymieszać ostrożnie z posiekanym szczypiorkiem i koperkiem, skropić jabłkowym octem, olejem, popieprzyć i posolić do smaku. Pyszna sałatka.

W czasie domowej izolacji skłaniamy się do kasz, makaronów, ziemniaków i tego, co mamy w zasięgu ręki. Czy np. kasze są w Pani kuchni obecne?
Oczywiście! Kasze to kopalnia witamin, minerałów i wszelkiego dobra. Warto jak najczęściej wykorzystywać je komponując posiłki. Mamy ogromne bogactwo kasz. Gryczana, kukurydziana, jęczmienna, pęczak, drobna krakowska, pszenica czy wreszcie niezwykle zdrowa kasza jaglana. Chińczycy twierdzą, że kasza jaglana „wypędza” wilgoć z organizmu i należy ją jeść zwłaszcza w czasie jesienno-zimowo-wiosennym… Warto je wykorzystywać w każdy możliwy sposób.
Na przykład wszystkie kasze, które bardzo chętnie zjada mój wnuczek, gotuję na solidnych wywarach z jarzyn, by było zdrowiej. Taki trik sprytnej babci. Cały wartościowy wywar kasze wchłoną i uczynią posiłek jeszcze zdrowszym. Mama chwaliła moje pomysły, ale przecież to jej szkoła…
Są co najmniej dwa sposoby, by pozbawić kaszkę nieprzyjemnej goryczki. Albo starym zwyczajem przepłukać na bardzo gęstym sitku zimną wodą i potem przelać wrzątkiem, albo przed gotowaniem wysypać kaszę na patelnię lub do garnka i chwilę prażyć (aż zacznie pachnieć), a następnie zalać wodą i porządnie przepłukać.
Po przepłukaniu kaszy w ten czy inny sposób zalewamy ją wodą (lub wodą pół na pół z mlekiem) – zawsze dwa i pół raza tyle płynu co kaszy, lekko posolić i posłodzić, i gotować do miękkości na wolnym ogniu. Pod koniec dodajemy łyżkę świeżego masła.

A zapiekanki? Dla nas to coś jak włoska pizza, która swój początek zawdzięcza wykorzystywaniu właśnie obiadowych resztek…
Ze względu na utrudnione możliwości wychodzenia z domu po zakupy jak najbardziej warto wrócić do zapiekanek, które zawsze zdawały egzamin i w tym czasie bardzo je polecam.
Składniki do przyrządzenia zapiekanek zawsze się w domu znajdą. Można do nich wykorzystać wszelkie kasze, włoszczyznę, ziemniaki, makarony i kluseczki, a także pozostałe resztki chleba czy bułek.
Moja ulubiona. Patelnię smaruję masłem i olejem, na niej ciasno układam kromeczki bułki lub chleba, zatykając wszelkie szparki pokruszonymi kawałkami. Po wierzchu smaruję cienko masłem i układam rozdrobnione mięso pozostałe z obiadu albo kawałki wędliny. Zawsze ze dwie, trzy posiekane i zeszklone cebule, kilka plasterków kiszonych ogórków, pomidorów obranych ze skórki, kilka rozdrobnionych oliwek, podduszonych wcześniej talarków pora … i co tam jest pod ręką. Wszystko okrywam plastrami żółtego sera (jakikolwiek, byleby się rozpuszczał pod wpływem temperatury). Kilka jaj roztrzepanych z solą, pieprzem, odrobiną śmietany (lub mleka) i pasującymi do dania ziołami. Całość zalewam taką jajeczną masą.
Przykrywam pokrywą i na maleńkim ogniu przez około 25 minut tworzy się znakomite pożywne danie. Przygotowanie posiłku zajmie akurat tyle czasu ile trzeba, by nakryć do stołu. Jeśli nie mamy jaj, można wykorzystać łyżkę lub dwie pszennej mąki – do rondelka z wywarem (powstałego choćby z duszenia pora, cebuli) wsypuję mąkę i energicznie roztrzepując trzepaczką doprowadzam do zagęstnienia – można doprawić do smaku odrobiną śmietanki, pieprzu i soli.
Podobną zapiekankę (pieróg) z białym serem można upiec, wykorzystując to samo ciasto. Dzielę je na kilka porcji, lekko rozpłaszczam na grubość ok. 3-4 cm, na środku układam kulkę, ok. 2 łyżek twarogu dobrze zmieszanego z odrobiną fety lub innym solankowym serem. Po czym sklejam ciasto, unosząc brzegi koła, kształtuję kulę i lekko rozpłaszczam dłonią lub wałkiem – na grubość ok. 1,5 cm. Piecze się tę pychotkę kilkanaście minut. Znakomity dodatek do czystych zup, do piwa, wina…

W dobie koronawirusa szukamy też przepisów na potrawy zero waste, czyli zero marnowania.
Bardzo to chwalę. Niczego w kuchni nie marnować, wszystko co się da należycie zagospodarować – mawiała moja mama, odcedzając wodę z ziemniaków do drugiego garnka – będzie znakomita kartoflanka, dogotujemy trochę kartofli, trochę jarzynek, dodamy zeszkloną cebulkę, trochę śmietany, koperku, wędzonych skwarek…
Wywar z odcedzanych ziemniaków przydawał się nie tylko do kartoflanki, ale także do zupy grochowej, ogórkowej, dyniowej, do barszczu ukraińskiego i wielu innych.
Chłonęłam tę wiedzę, praktyczną i ekologiczną zarazem. Kiedyś zagospodarowywanie tego, co było, po ostatni okruszek, wynikało z biedy i nierzadko z trudności w zdobywaniu produktów. Mnóstwo przepisów powstawało, aby podpowiadać, jak tworzyć coś z niczego. Teraz jesteśmy zasypywani bogactwem produktów, ale mądrze gospodarując: planując zakupy i wykorzystując to, co mamy, możemy jednocześnie zaoszczędzić i potrenować wyobraźnię, kreując pyszne dania z tego, co nam w garnkach czy w lodówce zostało.

No właśnie, a jak Pani sobie radzi w dobie koronawirusa?
Jak sobie radzę… Nie jestem sama. Mam pod opieką wymagające czworonogi, ptaki i jeże w ogrodzie. Nie mogę się źle czuć. Robię porządki w szafie ku uciesze Łatki – skacze po pustych półkach. Wymalowałam balkon, starając się trafić pędzlem pomiędzy liśćmi hedery i dzikiego wina, które wespół wlazły poprzez szpary i zadomowiły się na teoretycznie oszklonym balkonie. Do niedawna mieszkała na balkonie mysia rodzina – przeniosła się już do rezydencji, gdzieś w ogrodzie, wrócą późną jesienią.  Dzieci zapewniają mi aprowizację, zakupy, a ja raz w tygodniu podjeżdżam pod ich balkony z zawekowanym jedzeniem – sprawia mi to ogromną radość. Cieszy mnie, że przyroda trochę odetchnęła, zwierzęta mają więcej spokoju…  Szczęśliwie od 18 maja ruszyły zakłady fryzjerskie, bo już rozglądałam się za kokardkami do warkocza 🙂 Ufam, że życie wróci na swoje tory. Na lepsze tory.
Bardzo serdecznie i z nadzieją na dobre czasy pozdrawiam Czytelników.

Przepisy Barbary Czaykowskiej-Kłoś na proste, zdrowe i smaczne dania znajdziesz TUTAJ

Przepisy Barbary Czaykowskiej-Kłoś na proste, zdrowe i smaczne dania

Historie kuchenne o miłości, rodzinie i sile tradycji – książka Barbary Czaykowskiej-Kłoś

 

Kategorie
Udostępnij