obrazy nie zostały wyświetlone
KULT Łukasz Orbitowski. Książka roku 2019! FRAGMENT powieści

KULT Łukasz Orbitowski. Książka roku 2019! FRAGMENT powieści

KULT Łukasza Orbitowskiego został wyróżniony przez portalu lubimyczytać.pl i wybrany książką roku 2019. To mistrzowska opowieść o nas samych. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Świat Książki specjalnie dla czytelników Gazety Senior publikujemy fragment powieści. Gorąco polecamy.

KULT. O czym opowiada Łukasz Orbitowski?

1983, okres największej beznadziei Polski Ludowej. Po prowincjonalnych parafiach rozchodzi się wieść o Maryi ukazującej się na działkach w podwrocławskiej Oławie. Kościół odcina się od objawień, a generał Jaruzelski grzmi o religijnej ciemnocie. Mimo milicyjnych szykan dziesiątki tysięcy pątników nadciągają do małego miasteczka. Prostoduszny rencista Heniek z nadludzką konsekwencją dąży do wybudowania wielkiego sanktuarium, które ma konsekrować papież Polak. Jego brat Zbyszek uporczywie lawiruje między poczuciem rodzinnej lojalności a oczekiwaniami przyjaciół, tworzących lokalną partyjno-kościelną elitę. Jego słabość do kobiet, równie silna jak miłość do żony i dzieci, to wymarzony materiał na esbecki szantaż.

Kult to najdojrzalsza powieść Łukasza Orbitowskiego, snuta z humorem i czułością. Zbeletryzowana, ale doskonale udokumentowana historia oławskich objawień jest tylko pretekstem do fascynującej opowieści o miłości i stracie, lojalności i próbie zrozumienia najbliższych. O potrzebie odkupienia win. O cudach i ich tajemnicy.

KULT. Łukasz Orbitowski FRAGMENT POWIEŚCI

Taśma pierwsza
Oława, 12 lipca 1997 roku, rano

Panie, to już się nagrywa?

Więc nim Heniek zobaczył Matkę Boską, miał sen o pszczołach. Był ranek, gdy mi o tym opowiedział. Pamiętam. Ja pamięć mam lepszą niż słoń. Czekałem na śniadanie i czytałem w „Polityce”, jak Rakowski tłumaczy się z cen umownych. Danka gotowała jajka i parówki i smarowała chleb margaryną, a dzieci kotłowały się pod stołem. Kuba okładał Adasia gumowym smokiem chińskim i śmiał się okropnie, Adaś wrzeszczał, Danka darła się na nich obu, ja uciszałem ich wszystkich i próbowałem czytać tego Rakowskiego. Słowem, był pierdolnik jak to zawsze u nas o siódmej rano.

Na to wszystko przyszedł Henio, ubrany, jak to on, w spodnie podciągnięte na szelkach po piersi i sprany lejbiczek. Usiadł, sięgnął po nożyk i zaczął sobie obierać jabłko. Właśnie taki był. Zdzierał też skórkę z chleba, a rybę jadł pół dnia, bo w nieskończoność wygrzebywał ości. Odkąd zachorował, zaczął łysieć i nie zakrywał już uszu włosami. Uszy miał brzydkie fest, do tego białe i miękkie jak lane kluski czy coś takiego.

– Śniły mi się pszczoły, braciszku – powiedział, obierając to jabłko. – Takie, no tysiące czy miliony pszczół i one weszły we mnie i zaczęły brzęczeć w brzuchu. – Odłożył nóż, żeby pokazać mi dokładnie gdzie. – Łaskotały mnie tam w środku, tak że ten, skrzydełkami swoimi łaskotały.
– To piękny sen. A co było dalej?

Odłożyłem gazetę. Danka podała chleb i jajka na miękko. Chłopcy usiedli. Kuba balansował chińskim smokiem na krawędzi stołu, a Adaś patrzył na niego ponuro spod grzywki. Henio wrócił do obierania jabłka. Zawsze pilnował, by skórkę usunąć w jednej spiralnej wstędze i smutniał, gdy mu to nie wychodziło.

– Te pszczoły wyszły mi z ust, tylko były już inne, takie złote, większe i piękne jak broszki. Nie mogłem się na nie napatrzeć, braciszku, i teraz tylko się zastanawiam, co to może znaczyć, bo chyba coś dobrego, też tak myślisz? Taki piękny sen. Będę miał jakąś przygodę, no bo jak? Będę miał przygodę, prawda?

Przekroił jabłko na cztery części i z każdej wyciął środek. Przyglądałem się, jak spycha pestki na środek talerzyka, myślałem o tych pieprzonych pszczołach, o czekającej operacji i rosła we mnie potrzeba powiedzenia czegoś = nieprzyjemnego. Czasem tak właśnie jest. Musimy zrobić przykrość komuś bezbronnemu, właśnie dlatego, że jest bezbronny.
– No dobrze, Heniu – powiedziałem. – Jeśli dobrze rozumiem, pszczoły wyleciały ci z ust. A którędy, którym otworem w ciebie weszły, powiesz mi?

Henio zamarł nad jabłkiem. Nóż zaczął chodzić mu w palcach, uszy zrobiły się purpurowe. Tak miał, kiedy się peszył albo denerwował. Zerknął nerwowo na dzieci i wymamrotał:

– Ja tego słowa nie powiem.
Wrócił do jedzenia jabłka i tego ranka już się nie odezwał. Po śniadaniu powlókł się do łazienki, gdzie długo lał na siebie wodę. Był z niego czyścioszek nawet jak na takiego borsuka. Danka zapytała, czemu znowu byłem dla niego niemiły. Zdziwiłem się, bo przecież nie znosiła Heńka i wściekała się o to, że z nami mieszka.
– Nie wiem właściwie – odpowiedziałem. – W swojej sytuacji mógłby pomyśleć o czymś innym niż sny.

Heniek wyszedł z łazienki i zniknął na chwilę u siebie. Wiedziałem, że się modli przed jednym z tych swoich obrazków albo świętych figurek. Zabrał swój chlebak i się pożegnał. Przez okno widziałem, jak odpina swój czarny rower od stojaka, wsiada, rusza wolno, chwiejnie, wężykiem jak dziecko, wreszcie odzyskuje równowagę, przyspiesza i zasuwa na działki.

***

Nie wiem, kiedy Henio się zepsuł, i nie rozumiem, czemu właściwie ludzie się psują. Dlaczego jednego dnia taki czy owaki jest zupełnie normalny, a drugiego już nie. Ma rodzinę, pracę, przyjaciół, interesuje się czymś, coś tam lubi, i nagle widzimy go bez tego wszystkiego. Zostają mu gołe dni bez żadnego sensu i żadnej miłości. Tak też podziało się z Heńkiem. Za młodu był zupełnie normalny, a ja nie potrafię wskazać momentu, kiedy mu się spieprzyło.

Na początku nie mieszkaliśmy jeszcze w Oławie, tylko w Jaczkowicach, tuż obok, gdzie tatul dostał piętro w poniemieckim folwarku. W piwnicach zalegały tysiące słoików Wychodziło się wprost na podwórko z kurnikiem, stodołą i zrujnowanym wielkim budynkiem, gdzie jeszcze przed wojną trzymano maszyny gospodarcze. Czego nie rozkradli, to pordzewiało. Dalej ciągnęły się łąki i płynął strumień, gdzie w ciepłe noce łapaliśmy raki zaostrzonym kijkiem. Romek, ten sam, który potem został księdzem i narobił nam tyle gnoju, wyciągał je spod kamieni, łapiąc od tyłu za tułów. Ja tak nie potrafiłem, wkurwiałem się, chlapałem wodą, żeby przepłoszyć mu te raki, no i wtedy żeśmy się bili, wszyscy z wyjątkiem Heńka.

Włóczyłem się z Romkiem i tym draniem Waldkiem Gotfrydem, a Henio, jako mój młodszy brat, był na przyczepkę. Ojciec kazał się zajmować, to się zajmowałem. Strasznie próbował nam dorównać ten mały pocieszny Henio. Najchętniej bawiliśmy się w wojnę. Za bunkier robiły resztki zamku, taki jednopiętrowy mur z basztą. Zresztą w tamtych czasach, jak się patrzyło na Oławę, to można było pomyśleć, że właśnie skończył się nalot dywanowy. Słyszałem, że jak Ruskie zdobyły miasto, to podpaliły kilka kamienic na wiwat, ale nie wiem, czy to prawda.

W każdym razie w zamku robiliśmy sobie bunkier, w wieży stanowisko obserwacyjne. Mieliśmy karabiny z gałęzi i pistolety, które tatul wystrugał nam z grubej deski w robocie. Inne chłopaki nas szturmowały, potem myśmy szturmowali ich i tak to się kręciło. Raz nieustraszony Henio wylazł na samą krawędź muru i heja, napierdalał w łopiany z tej swojej sosnowej pepeszki. Zanim dobiegłem, on już walnął o ziemię, i to tak, że gawrony z drzew prysnęły w niebo. Henio siedział i kompletnie ogłupiały gapił się na luźno dyndające przedramię. Na głowie pęczniał mu guz.

Z Romkiem i Waldkiem zanieśliśmy Henia do tego starego szpitala na Świętego Rocha, a ja na przemian cieszyłem się, że braciszek jednak żyje, i martwiłem perspektywą lania od tatusia. Ojciec bił długo, a Henio goił się powoli. Jeszcze miesiąc później z jego czoła wyrastała żółtawa, przekrwiona kopuła. Kto wie, może właśnie wtedy to się zaczęło?

Jeżeli zainteresowała Cię powieść KULT Łukasza Orbitowskiego, książka do nabycia w księgarni internetowej wydawnictwa Świat Książki TUTAJ

Więcej ciekawych propozycji książkowych znajdziesz w rubryce Książki – Gazeta Senior 

Złe dzieci PREMIERA KSIĄŻKI

Nocna Droga powieść o kobietach i trudnych wyborach (fragment książki)

Kategorie
Udostępnij